Córka Nastawiacza Kości
- Автор: Tan Amy
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Córka Nastawiacza Kości». Краткое содержание книги:
Аннотация
Córka Nastawiacza KościNa koniec opowieści o spotkaniu z tymi ludźmi Ojciec dodał:
– Dziś po południu Sławny Łowca Duchów przyjdzie do naszego domu.
Kilka godzin później Sławny Łowca Duchów i jego pomocnik stali na podwórku naszego domu.
Kapłan miał białą brodę, a jego długie włosy piętrzyły się niczym niedbale uwite ptasie gniazdo. W jednej ręce trzymał laskę z rzeźbioną rączką, która wyglądała jak obdarty ze skóry pies, rozpięty nad bramą. W drugiej ręce dzierżył krótki kij. Na ramionach miał sznurkowy szal z zawieszonym na nim dużym drewnianym dzwonem. Jego szata nie była z bawełny koloru piasku, jaką najczęściej widywałam u wędrownych mnichów, ale z drogiego błękitnego jedwabiu, choć na rękawach widniały ślady tłuszczu, jak gdyby kapłan często sięgał przez stół, by dołożyć sobie więcej jedzenia.
Patrzyłam chciwie, jak Matka częstuje go specjalnymi zimnymi daniami. Było późne popołudnie i siedzieliśmy na niskich stołkach na podwórku. Mnich częstował się wszystkim – szklistym makaronem ze szpinakiem, pędami bambusa z marynowaną gorczycą, tofu z olejem sezamowym i kolendra. Matka cały czas przepraszała za kiepską jakość jedzenia, powtarzając, jaki to dla nas wstyd, a jednocześnie wielki zaszczyt gościć go w naszym nędznym domu. Ojciec pił herbatę.
– Proszę nam powiedzieć, jak to się robi – zwrócił się do kapłana. – Jak się łapie duchy? Chwyta się je rękami? Czy to gwałtowna lub niebezpieczna walka?
Kapłan odrzekł, że wkrótce nam pokaże.
– Najpierw jednak muszę mieć dowód waszej szczerości. Ojciec dał słowo, że mówimy szczerą prawdę.
– Słowa to nie dowód.
– Jak można udowodnić szczerość? – spytał Ojciec.
– W niektórych przypadkach rodzina mogłaby pójść stąd na szczyt góry Tai i z powrotem, boso i z ładunkiem kamieni.
Wszyscy, zwłaszcza moje ciotki, zdawali się wątpić, by ktokolwiek z nas mógł to zrobić.
– W innych przypadkach – ciągnął mnich – wystarczy mała ofiara z czystego srebra, która przesądzi o szczerości wszystkich członków najbliższej rodziny.
– Mała ofiara, to znaczy ile? – zapytał Ojciec. Kapłan zmarszczył brwi.
– Sami wiecie, czy wasza szczerość jest mała, czy wielka, udawana czy prawdziwa.
Mnich jadł dalej. Matka i Ojciec poszli do innego pokoju, by omówić rozmiary swojej szczerości. Gdy wrócili, Ojciec otworzył sakiewkę, wyciągnął z niej srebrną sztab – kę i położył przed Sławnym Łowcą Duchów.
– Dobrze – rzekł kapłan. – Niewielka szczerość jest lepsza niż żadna.
Potem Matka wyciągnęła z rękawa sztabkę. Kiedy położyła ją obok pierwszej, rozległ się cichy brzęk. Mnich pokiwał głową, odstawiając miseczkę. Klasnął w dłonie, a pomocnik wydobył ze swojego tobołka pusty słój po occie i kłębek sznurka.
– Gdzie jest dziewczyna, którą duch kochał najbardziej? – zapytał kapłan.
– Tam. – Matka wskazała na mnie. – Duch był jej piastunką.
– Jej matką – poprawił Ojciec. – Dziewczyna jest jej bękartem.
Nigdy wcześniej nie słyszałam, by ktoś wymówił to słowo na głos, i czułam się, jakby za chwilę krew miała mi wytrysnąć uszami.
Mnich cicho chrząknął.
– Proszę się nie martwić. Miałem już równie złe przypadki. – Potem zwrócił się do mnie: – Przynieś mi grzebień, którym czesała twoje włosy.
Moje stopy były jak przykute do ziemi, dopóki Matka nie stuknęła mnie lekko w głowę, abym się pośpieszyła. Poszłam więc do pokoju, który tak długo dzieliłam z Droga
Ciocią. Wzięłam grzebień, którym tyle razy układała moje włosy. Był to grzebień z kości słoniowej, którego nigdy nie nosiła, z wyrzeźbionymi na obu końcach kogutami oraz długimi i prostymi zębami. Przypomniałam sobie, jak Droga Ciocia ganiła mnie za rozczochraną czuprynę, troszcząc się o każdy włos z osobna.
Wróciwszy do nich, spostrzegłam, że pomocnik postawił pośrodku podwórka słój po occie.
– Przeczesz włosy grzebieniem dziewięć razy – powiedział.
Usłuchałam go.
– Włóż go do słoja.
Wrzuciłam grzebień do środka, czując opary taniego octu.
– Teraz stój zupełnie bez ruchu. – Łowca Duchów uderzył kijem w drewniany dzwon.
Rozległ się głęboki dźwięk kwak, kwak. Kapłan i pomocnik zaczęli chodzić w rytm uderzeń, okrążając mnie, śpiewając i podchodząc coraz bliżej. Bez ostrzeżenia Łowca Duchów wydał okrzyk i skoczył w moją stronę. Myślałam, że chce mnie wcisnąć do słoja, więc zamknęłam oczy i wrzasnęłam. To samo zrobiła GaoLing.
Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że pomocnik zabija słój drewnianym wieczkiem. Potem owinął słój sznurkiem, od góry do dołu, od dołu do góry, a potem wokoło, aż słój wyglądał jak gniazdo szerszeni. Następnie Łowca Duchów stuknął w słój kijem i rzekł:
– Zrobione. Została złapana. Proszę, spróbujcie otworzyć. Nie da się.
Wszyscy się przyglądali, lecz nikt nie miał odwagi dotknąć.
– Duch nie może uciec? – spytał Ojciec.
– To niemożliwe – odparł Łowca Duchów. – Zaręczam, że słój przetrwa kilka długości życia.
– Powinien dłużej – powiedziała gderliwym tonem Matka. – Za to, co zrobiła, powinna siedzieć w słoju co najmniej na zawsze. Spaliła nasz sklep. Niemal zabiła naszą rodzinę. Wpędziła nas w długi.
Płakałam, niezdolna wykrztusić słowa w obronie Drogiej Cioci. Zdradziłam ją.
Następnego dnia nasza rodzina urządziła sobie ucztę złożoną z najwykwintniejszych potraw, których w tym życiu niedane już nam będzie zakosztować. Ale nikt z wyjątkiem najmłodszych dzieci nie miał apetytu. Matka wynajęła człowieka do robienia zdjęć, żebyśmy mieli pamiątkę z czasów, gdy żyliśmy w dostatku. Chciała mieć jedną fotografię tylko z GaoLing. W ostatniej chwili GaoLing uparła się, żebym i ja stanęła obok Matki, która nie była tym zachwycona, lecz nic nie powiedziała. Następnego dnia Ojciec i obaj wujowie pojechali do Pekinu dowiedzieć się, jakim odszkodowaniem będzie obciążona nasza rodzina.
Podczas ich nieobecności uczyliśmy się jeść wodnisty kleik ryżowy, urozmaicony tylko kilkoma kęsami zimnych dań. Mniej pragnąć to mniej żałować, brzmiało motto Matki. Mniej więcej tydzień później na podwórku zjawił się Ojciec, zawodząc jak obłąkany.
– Urządź następną ucztę! – krzyknął. Dołączyli do niego wujowie:
– Koniec naszego pecha! Żadnego odszkodowania! Tak postanowił sędzia – nie płacimy żadnego odszkodowania!
Pobiegliśmy do nich wszyscy – dzieci, ciotki, lokatorzy i psy.
Jak to możliwe? Słuchaliśmy wyjaśnień Ojca. Otóż gdy właściciele innych sklepów przynieśli swoje towary do kontroli, sąd odkrył, że jeden miał rzadkie książki, które skradziono z Akademii Hanlin przed trzydziestu laty. Inny, który twierdził, że ma dzieła mistrzów kaligrafii i malarstwa, w rzeczywistości handlował falsyfikatami. Potem sędziowie uznali, ze pożar był odpowiednią karą dla tych dwóch złodziei.
– Łowca Duchów miał rację – zakończył Ojciec. – Ducha już nie ma.
Tego wieczoru wszyscy jedli z apetytem, z wyjątkiem mnie. Inni śmiali się i rozmawiali, wyzbyci już wszystkich trosk. Zdawali się zapomnieć, że nasz tusz zmienił się w węgiel drzewny, a sklep w unoszony wiatrem popiół. Mówili, że ich los się odwrócił, bo Droga Ciocia waliła głową w cuchnące wnętrze słoja po occie.
Nazajutrz rano GaoLing powiedziała mi, że Matka chce natychmiast ze mną rozmawiać. Zauważyłam, że od śmierci Drogiej Cioci Matka przestała nazywać mnie córką. Nie krytykowała mnie. Jak gdyby się bała, że ja także mogę się zmienić w ducha. Idąc do jej pokoju, zastanawiałam się, czy kiedykolwiek żywiła wobec mnie ciepłe uczucia. Po chwili stanęłam przed nią. Na mój widok chyba się zmieszała.
– W czasie rodzinnych nieszczęść – zaczęła ostrym tonem – osobisty smutek jest wyrazem samolubstwa. Mimo to przykro mi, że wysyłamy cię do sierocińca.
Oszołomiły mnie jej słowa, ale nie płakałam. Nie powiedziałam nic.
– Przynajmniej nie sprzedajemy cię w niewolę – dodała.
– Dziękuję – powiedziałam obojętnie.
– Gdybyś została w domu – ciągnęła Matka – kto wie, może duch mógłby wrócić. Łowca Duchów zaręczył, że tak się nie stanie, ale to tak, jakby powiedzieć, że po suszy nigdy nie przyjdzie następna susza, a po powodzi następna powódź. Wszyscy wiedzą, że to nieprawda.
Nie protestowałam. Jednak Matka rozgniewała się.
– Co ma znaczyć ta mina? Próbujesz mnie zawstydzić? Pamiętaj, że przez te wszystkie lata traktowałam cię jak córkę. Czy inna rodzina w tym miasteczku zrobiłaby to samo? Może pobyt w sierocińcu nauczy cię bardziej nas docenić. A teraz zacznij się szykować. Pan Wei czeka już, żeby cię zawieźć.
Jeszcze raz jej podziękowałam i wyszłam z pokoju. Gdy pakowałam swój tobołek, przybiegła GaoLing z policzkami zalanymi łzami.
– Przyjadę i odnajdę cię – obiecała, dając mi swój ulubiony kaftan.
– Matka cię ukarze, jeśli go wezmę – powiedziałam.
– Nie obchodzi mnie to.
Poszła ze mną do wozu pana Weia. Kiedy po raz ostatni wyjeżdżałam z podwórka i mojego domu, żegnała mnie tylko ona i lokatorzy.
Wóz wytoczył się z Zaułka Świńskiej Głowy, a pan Wei zaczął śpiewać wesołą piosenkę o jesiennej pełni księżyca. A ja pomyślałam o tym, co Droga Ciocia kazała napisać żebraczce.