Magom wszystko wolno
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Magom wszystko wolno». Краткое содержание книги:
Westchnąłem. Myśl o królewskim balu wywoływała nie najlepsze wspomnienia.
- Gra - Ora przeciągnęła się jak kotka, brzoskwiniowe płomyki zabłysły jaśniej. - To jedyna rzecz, jaka sprawia mi jeszcze przyjemność. Rozpoczął pan grę z nieznanym panu magiem, właścicielem kamieni. Mało tego, bez mojej wiedzy wciągnął mnie pan w tę grę. Lecz ja już tego niemal nie żałuję. W ostateczności zawsze mogę usunąć się na bok; jestem wszak tylko narzędziem. Ale za to jakim narzędziem; jakim pożytecznym i efektywnym narzędziem! A na początek niech mnie pan zapozna ze swym przyjacielem z dzieciństwa. Nie będzie z tym chyba problemów?
* * *
Baronowa de Jater nie ucieszyła się na widok gości. Mnie, „okropnego czarodzieja”, bała się już z przyzwyczajenia. Zaś widok Ory - jej perłowobiałe włosy i wyniosłe spojrzenie podmalowanych oczu - natychmiast wpędził baronową w stan ciężkiej depresji.
Czułem się niczym sprzedawca osobliwości, który prosi obecnych o ocenę czegoś niezwykle egzotycznego i cennego. Odczułem nawet, szlachetna sowo, coś w rodzaju dumy; szczególnie, kiedy przyglądałem się wyciągniętej twarzy mego przyjaciela. Iwa. Mało mu szczęka nie opadła. Wyglądał jak wioskowy chłopiec, któremu na jarmarku pokazano wielkiego cukierka. Patrząc na jego twarz zrozumiałem nagle, że mój przyjaciel jest najzwyklejszym wieśniakiem, a i ja niewiele się od niego różnię, i że w oczach Ory jesteśmy prostymi pastuszkami.
Stół miał rozmiary niewielkiego placu.
Posadzono mnie obok baronowej. Iw usiadł przy Orze. Rozdzielało nas białe pole obrusu, po którym w srebrnych półmiskach płynęły dania: duszony łabędź z wymyślnie wygiętą szyją, miody prosiak z jakimś dziwacznym warzywem w pysku, mięsny pieróg z oliwkami, sałata ozdobiona naturalnymi płatkami róży i jeszcze coś, czemu nie chciało mi się przyglądać. Tak czy inaczej z całego tego dobra mogłem uraczyć się jedynie warzywami z zupy.
- Jest pan na diecie? - spytała baronowa niemrawym głosem.
Już od dziesięciu lat doskonale wiedziała, że jestem na diecie. Moja obecność sprawiała jej niewysłowione męki; widziałem, jak od czasu do czasu robi lewą dłonią znak odganiający złe duchy. Przez bladą skórę myszowatej twarzyczki prześwitywały sine cienie. A kiedyś była piękną kobietą, pomyślałem bez współczucia.
Rozmawiając przez stół, trzeba było niemal krzyczeć. W końcu między lwem i Orą zawiązała się prywatna, niemal niesłyszana przeze mnie rozmowa. Cała moja rozrywka sprowadziła się w końcu do prób zrozumienia, o czym tak beztrosko gawędzą.
Baronowa ze sztucznym uśmiechem wydawała służbie niepotrzebne polecenia. Jedyny syn i spadkobierca Jatera, posadzony za stołem razem z dorosłymi, wiercił się w fotelu; widocznie dostał niedawno lanie. Przeżuwałem gotowaną marchewkę i patrzyłem, jak rozkwita mój przyjaciel, okrutny sobiepan i pogromca kobiet.
- ...natura...
- ...i położyłem jednym strzałem!
- ...Z przyjemnością! Niedawno wzbogacił się o nowe trofeum!...
- ...trofeum...
- ...Trofeum! Najwspanialsze ze wszystkich!
Oczy barona przypominały dwa krążki masła. Ora jaśniała niczym podświetlony słońcem sopelek; była atrakcyjna. Była zdecydowanie pociągająca. Była pikantna. Dotychczas taka nie była - albo to ja patrzyłem na nią inaczej? A może wciąż bytem otumaniony zapachem, który, niedostępny dla człowieczego węchu, tak poraża młode tchórze?
Baronowa patrzyła w swój talerz.
- Iw jest niezwykle ożywiony - rzekłem, tłumiąc w sobie rozdrażnienie. - Nie wydaje się pani, baronowo?
Nie podnosząc głowy baronowa wydala z siebie zaprzeczający pomruk.
- Moi drodzy! - Iw zerwał się, rozchlapując wino z kielicha. - Pani Szantalia zażyczyła sobie obejrzeć mój salonik myśliwski! Zajmij się Hortem, moja droga, na pewno nie zainteresuje go nasza mała wycieczka; wszak gardzi polowaniem.
- Ma inne zainteresowania - lekko się uśmiechając, oznajmiła Ora. - Woli prawdziwe polowanie!
Baron głośno się roześmiał i śmiało chwytając Orę pod rękę wyprowadził ją z sali.
Zrobiło mi się w ustach sucho. Sucho i parszywie. Zdążyłem zauważyć, jak przy drzwiach ręka barona objęła Orę w talii; i że złośnica nie zaprotestowała, przeciwnie, roześmiała się w odpowiedzi.
Baronet odprowadzał barona długim spojrzeniem. Podczas nieobecności ojca jego plecy wyraźnie się wyprostowały; przestał się nawet wiercić. Iw hoduje sobie niebezpiecznego dziedzica, pomyślałem, patrząc w migdałowe oczy niedojedzonego prosięcia. Migdałowe pod każdym względem - z dwóch orzechów migdała.
- Czas na ciebie, Gel - rzekła baronowa, jakby budząc się z transu. - Pora spać. Masz jutro zajęcia.
Widziałem, jak zatrzęsło dzieciakiem; znalazł w sobie jednak siłę na uprzejme kiwnięcie. Wstał z krzesła, pocałował bladą rękę matki, ukłonił mi się i oddalił w towarzystwie lokaja.
W sali zapadła cisza. Bezgłośnie drgały języki świec - gdzieś za gobelinami ukryte były tajne drzwi, ciągnęło od nich przeciągiem. Słudzy - zostało ich dwóch - zastygli za oparciami foteli. Baronowa cierpiała w milczeniu. Metodycznie opróżniałem talerz z kawałkami gotowanej marchewki.
Rosa. Łopiany. Ruchliwe, niczym strumyk, czarne zwierzątko. Ścielący się ponad ziemią tren - zew zapachu.
Ręka barona na jej talii, podkreślonej męskim, szerokim pasem. Drwiący śmiech.
Zrozumiałem, że jestem zazdrosny i to odkrycie było niczym smagnięcie rózgi.
Jeszcze przed dwoma dniami zapatrzona w siebie pani Szantalia była mi doskonale obojętna! Niemal doskonale - by wyrażać się jasno. Z jakiej racji miałbym zmieniać swój stosunek do niej? Tylko dlatego, że jeden raz zachciało jej się ze mną zabawić?!
Baronowa małymi łyczkami sączyła wino - białe i przezroczyste jak ona sama. Zrozumiałem, że czuję do tej kobiety odrazę. Iw...
Iw!
Tu nie chodzi o Szantalię, podpowiedziało mi poczucie sprawiedliwości i jej spokojny głos na sekundę zagłuszył wewnętrzny jęk rozczarowania. Tu nie chodzi o dziewczynę. Chodzi o to, że Iw jest moim przyjacielem. Może niezbyt bliskim, ale jednak przyjacielem... Przyjacielem z dzieciństwa! Dla niego i na jego prośbę naraziłem się na niebezpieczeństwo! A teraz on, ten przyjaciel, na moich oczach odbija mi kobietę!
To nieważne, że tak naprawdę ona nie jest moja. To nieważne, że Ora się jedynie drażni. Ważne jest to, że ze mnie, z Horta zi Tabora, próbuje się tu zrobić durnia!
Rozejrzałem się. W wielkiej sali nie było nikogo oprócz mnie z baronową i dwóch lokai.
- Wynoście się - rzekłem, wkładając w swe słowa odrobinę magicznej perswazji.
Pochylając się w zwyczajowym pokłonie słudzy się oddalili. Baronowa, zdziwiona i przestraszona, wlepiła we mnie przezroczyste, rybie oczy.
- Panie zi Tabor.
Była uległa, niczym mokry śnieg. Od dawna nie miała już własnej woli.
- Najdroższa - wymamrotałem, wpatrując się w wodniste oczy. - Rozpala panią namiętność. Cała pani płonie. Jest pani moja. A ja jestem pani. Kocham panią. Już od dawna. Jest pani znudzona. Pragnie pani pieszczot - podaruję je pani... Nie zwlekajmy!
Jej oczy od razu utraciły przytomny wyraz. Rysy twarzy rozmiękły, jak rozpuszczony wosk. Moje ręce objęły bezwolną lalkę; zarzuciłem ją na ramię i skierowałem się do tajnych drzwi.
Była to najprawdopodobniej ukryta alkowa - ta, w której Jater oddawał się pozamałżeńskim uciechom. Rzuciłem baronową na szerokie łoże; panowała całkowita ciemność. Moja ofiara była całkowicie ślepa, podczas gdy ja widziałem ją wyraźnie. W brunatnych odcieniach nocnego wzroku moja zdobycz wyglądała nieco atrakcyjniej, niż w pełnym świetle.