Drzwi do lata [The Door into Summer - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Mizar
- ISBN: 83-85309-56-X
- Переводчик: Zbigniew Foniok
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Drzwi do lata [The Door into Summer - pl]». Краткое содержание книги:
Niestety, Dan zna się na maszynach, ale nie na ludziach. Belle i Miles w podstępny sposób oszukują go i pozbawiają prawa do patentów. Rozczarowany życiem Dan Davis decyduje się na zamrożenie w komorze hibernacyjnej na trzydzieści lat.
Po obudzeniu doznaje szoku, powoli jednak zaczyna przystosowywać się do nowego świata. Nie pojmuje tylko jednego. Większość nowoczesnych automatów jest autorstwa... Dana Davisa.
Tę zagadkę można by wyjaśnić cofnięciem się Dana w przeszłość. Ale przecież podróże w czasie nawet w dwudziestym pierwszym wieku wydają się niemożliwe…
— To mi odpowiada.
— Proponuję również spalić ubranie. Znajdę coś dla pana. Czy będzie się palić?
— Nie najlepiej. Roztopi się.
— Ale buty może pan włożyć. Na ogół chodzimy w butach, a te pana ujdą w tłoku. Gdyby ktoś o nie pytał, proszę mówić, że są wykonane na zamówienie. Obuwie zdrowotne.
— To akurat prawda.
— W porządku. — Zanim zdążyłem mu przeszkodzić, zaczął rozpakowywać moje zawiniątko. — Chryste Panie! Danny, czy ta rzecz jest tym, na co wygląda?
— A na co wygląda?
— Na złoto.
— Bo to jest złoto.
— Skąd pan je wytrzasnął?
— Kupiłem.
Wziął drut do ręki, zbadał jego miękkość, jak się bada kit, a potem je podniósł.
— Do licha! Danny… niech pan mnie uważnie wysłucha. Zapytam o coś, a pan musi mi dać jednoznaczną odpowiedź, ponieważ nie potrzebuję klienta-oszusta. Takiemu nigdy nie pomogę. Nie chcę również brać udziału w jakimś przestępstwie. To złoto uzyskał pan legalnie?
— Tak.
— Być może nie zna pan przepisu o rezerwach złota z roku 1968?
— Znam. Nabyłem je legalnie i chcę je teraz sprzedać za dolary mennicy w Denver.
— Ma pan uprawnienia jubilerskie?
— Nie. John, powiedziałem panu czystą prawdę, może pan wierzyć lub nie. Tam, skąd przyszedłem, złoto leży zwyczajnie na półce w sklepie. Wiem, że nie mogę go zatrzymać, bo tego zabrania prawo. Co mi mogą zrobić, kiedy położę je na wagę w mennicy?
— Nic, właściwie nic… jeżeli będzie się pan trzymał teorii ,,ataków”. Ale mogą panu ,,uprzyjemnić życie”. — Spojrzał na złoto. — Sądzę, że powinien pan pobrudzić je gliną.
— To znaczy zakopać?
— Nie, tak daleko proszę się nie posuwać. Jeżeli jednak powiedział mi pan prawdę, lepiej twierdzić, że znalazł je pan w górach. Poszukiwacze złota trafiają tam czasami na jakieś złoża.
— Hm… jak pan uważa. Mnie to niewinne kłamstwo nie przeszkadza, bo według prawa złoto i tak należy do mnie.
— A mamy do czynienia z kłamstwem? Kiedy zobaczył pan po raz pierwszy to złoto? Proszę podać dokładnie dzień, w którym stał się pan jego właścicielem.
Spróbowałem się skupić. Było to w dniu odjazdu z Yumy, gdzieś w maju 2001 roku. Czyli przed dwoma tygodniami… No tak!
— Jeżeli pan stawia sprawę w ten sposób, drogi Johnie, najwcześniejsza data, którą sobie przypominam, jest datą dzisiejszą, trzeci maja 1970 roku.
Przytaknął.
— Więc znalazł je pan w górach.
Suttonowie siedzieli w Klubie do rana. Zostałem z nimi. Całe towarzystwo zachowywało się po przyjacielsku i okazywało minimalne wręcz zainteresowanie moimi prywatnymi sprawami. W każdym razie mniejsze niż ktokolwiek, z kim dotychczas się spotkałem. Później usłyszałem, że takie zachowanie należy do niepisanych zwyczajów obowiązujących członków klubów nudystycznych, lecz wtedy wydawali mi się najbardziej taktownymi i uprzejmymi ludźmi pod słońcem.
John i Jenny mieli własne pokoje. Ja spędziłem dwie noce w sypialni Klubu. Ponieważ porządnie zmarzłem, John pożyczył mi koszulę i dżinsy. Moje ubranie z cenną zawartością spoczywało spokojnie w torbie na dnie bagażnika samochodu — jaguar imperator był wystarczającym dowodem zamożności mojego nowego przyjaciela.
Zatrzymałem się u nich przez całą dobę i już we wtorek dysponowałem pewną sumą pieniędzy. Mojego złota miałem już nie ujrzeć, ale w ciągu kilku następnych tygodni otrzymałem od Johna dokładną równowartość w dolarach. Płacono jak za sztabki o tej samej wadze, z potrąceniem standardowych kosztów honorariów dla uprawnionych handlarzy złotem. Wiem, że John nie kontaktował się bezpośrednio z mennicą, bo po każdej transakcji przekazywał mi kwity z punktów skupu. Sam nie inkasował żadnej prowizji i nigdy nie proponował, że wtajemniczy mnie w szczegóły tych operacji.
Mnie również one nie interesowały. Z chwilą gdy otrzymałem gotówkę, wziąłem się ostro do pracy. Jeszcze tego samego dnia, we wtorek 5 maja 1970, objechałem z Jenny miasto i wynająłem mansardę w starej dzielnicy handlowej. Deska kreślarska, stół do pracy oraz wojskowe łóżko z demobilu — oto co stanowiło właściwie całe wyposażenie mojego nowego mieszkania. Prąd, gaz, bieżąca woda i toaleta (często nieczynna), wszystko to było na miejscu. Niczego więcej nie potrzebowałem, a musiałem przecież oszczędzać każdego centa.
Kreślić starą metodą za pomocą cyrkla i przykładnicy oznaczało stracić mnóstwo czasu, dlatego moim pierwszym posunięciem było zbudowanie ,,Kreślarza Ralpha”. ,,Uniwersalny Frank” zmienił się w ,,Proteusza Pita” * — wielofunkcyjny automat, zdolny zastąpić człowieka we wszystkich czynnościach, które zaprogramuje się w strukturach pamięciowych lamp Thorsena. Zdawałem sobie sprawę, że postać ,,Proteusza Pita” ulegnie z czasem wielu modyfikacjom, jego potomkowie zaś rozwiną się w całą armię wyspecjalizowanych robotów, ale chciałem zapewnić sobie jak najszersze zastrzeżenia patentowe.
Przy zgłoszeniu patentowym nie wymaga się przedstawienia modelu, wystarczą opisy i rysunki techniczne. Ja jednak potrzebowałem funkcjonujących prototypów, gotowych do pokazów, ponieważ z punktu widzenia handlu konieczne było, żeby automaty sprzedawały się same, żeby wykazywały swoją bezsporną praktyczność i niepodważalną oszczędność, którą narzucały wymagania przyszłej produkcji. Prototypy musiały nie tylko funkcjonować, ale również spełniać warunki korzystnych inwestycji — urząd patentowy przepełniony jest wynalazkami, które choć działają, z komercyjnego punktu widzenia są zupełnie bezwartościowe.
Praca postępowała zarazem szybko i powoli — szybko, bo doskonale wiedziałem, jak się do tego zabrać; powoli — ponieważ nie dysponowałem porządnym warsztatem i fachową pomocą. Zmuszony byłem wypożyczyć kilka małych obrabiarek, co w znakomity sposób przyspieszyło robotę. Pracowałem od śniadania aż do chwili krańcowego wyczerpania, i to przez siedem dni w tygodniu. Pozwalałem sobie na jeden tylko weekend w miesiącu, spędzałem go z Johnem i Jenny w ich Klubie. Pierwszego września oba modele sprawnie funkcjonowały i mogłem rozpocząć prace dokumentacyjne.
Nie miałem za wiele czasu, by dokądś chodzić, i dobrze, bo pewnego dnia, przy zakupie serwosilnika, natknąłem się na jednego faceta, którego znałem jeszcze z Kalifornii. Pozdrowił mnie, a ja mu odpowiedziałem bez zastanowienia.
— Hej, Dan! Dan Davis! Co za spotkanie. Byłem przekonany, że siedzisz w Mojave. Uścisnąłem mu dłoń.
— Krótka podróż służbowa, nic więcej. Za parę dni wracam.
— Ja wracam dzisiaj po południu. Zadzwonię do Milesa, że milo się z tobą rozmawiało. Przybrałem zakłopotaną minę — i nie bez powodu.
— Nie rób tego, proszę cię.
— Dlaczego nie! Czyżbyś miał z Milesem na pieńku? Nie pracujecie już razem?
— Nie, to nie to, Mort. Miles nie wie, że jestem tutaj.
Miałem polecieć do Albuquerque w interesach firmy, ale zboczyłem z trasy w całkiem prywatnej sprawie. Rozumiesz? Firma nie ma z tym nic wspólnego i wolałbym uniknąć rozmów na ten temat z Milesem.
— Kobieta, co?
— No… tak.
— Zamężna?
— Można tak powiedzieć.
Szturchnął mnie w bok i porozumiewawczo mrugnął okiem.
— Jasne. Staruszek Miles to zatwardziały purytanin, prawda? W porządku, nie pisnę ani słowa, a kiedyś może mi się zrewanżujesz. Jaka ona jest?
Chętnie utopiłbym cię w łyżce wody, pomyślałem, ty czwartorzędna ofiaro losu. Mort to typ bezczelnego komiwojażera, który więcej czasu poświęca podrywaniu kelnerek niż interesom firmy, a towar, którym handluje, jest taki sam jak on — obiecuje więcej, niż w rzeczywistości daje.