Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Sami Swoi». Краткое содержание книги:

Sami swoi to opowieść o zwaśnionych rodach Pawlaków i Kargulów. Przed wojną kargulowa krowa weszła na łąkę Pawlaków, co spowodowało, że spłonęły dwie stodoły, polała się krew i Jaśko Pawlak, uciekając przed karą za pocięcie kosą Kargula musiał wyemigrować do Ameryki. Jednak spór dwóch rodzin trwa dalej.
Film Sami Swoi cieszy się popularnością aż po dziś dzień. Został on oparty na książce pod takim samym tytułem. Książka ta została napisana przez Andrzeja Mularczyka, który również napisał scenariusz do filmu Sami Swoi.
Początek filmu Sami Swoi jest nieco mało sielankowy… Przed wojną kargulowa krowa weszła na łąkę Pawlaków, Władyk Kargul zaorał miedze na trzy palce i w końcu polała się krew. Jaśko Pawlak, uciekając przed karą za pocięcie kosą Kargula, musiał wyemigrować do Ameryki. Tenże Jaśko, teraz John, przyjeżdża po wojnie do Polski i zastaje sytuację niezwykłą – obie rodziny żyją w zgodzie i harmonii. Tak jednak nie od razu było, ale życie zmusiło emigrantów zza Buga do zakończenia dawnego sporu, a miłość Witii Pawlaka i Jadźki Kargulanki połączyła ich więzami rodzinnymi.
1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 51
Перейти на страницу:

– A ja najwyżej „warszawiaka” na świadka wezmę, że jestem kawaler.

– A skąd on to może wiedzieć?

– Wystarczy, że ja wiem – stwierdził młynarz.

– On tylko podpisać musi.

Rozdział 27

Można czasem uwierzyć w sprawiedliwość ludzką, tracąc równocześnie wiarę w sprawiedliwość wyroków boskich. Cóż, nie można mieć wszystkiego, jak się o tym miał przekonać Kaźmierz Pawlak w dniu, w którym przyszło mu stanąć przed sądem powiatowym. Ubrał się Pawlak jak do ślubu, bo przed sędzią stanąć to jak przed księdzem: i ten, i ten w czarnej sukience, i ten, i ten w twoje sumienie zagląda, przysięgi się domagając. O swoje sumienie był spokojny: jego był kot – i z jego ręki padł jako ofiara Kargulowej perfidii. Bał się tylko, czy sołtys Fogiel wyjątkowo tym razem nie weźmie strony PSL-u, do którego należał Kargul, choćby tylko dla ukarania Pawlaka, który mu odmówił swego czasu wstąpienia do PPR-u. A jeszcze kiedy doniesiono sołtysowi, że Kaźmierz nazwał swego psa „Stalin” – czuł, że przedstawiciel władzy poprze jego wroga. Szykował się do sądu, jak kiedyś na chrzciny Pawełka: koszulę białą mu Marynia wykrochmaliła, założył też kamasze, choć widać Emil Schubert, który je zostawił w szafie, miał o numer mniejszą nogę. Kiedy prawdziwy gospodarz wyrusza w drogę, myśli o tym, co zastanie po powrocie: czy Witia wymłóci cepem pszeniczkę do końca, czy kabanom do koryta zada, czy babcia Leonia nie zapomni napoić rumiankiem Pawełka, który poprzedniego dnia wyjadł „Stalinowi” z miski dobrze już śmierdzące kawałki kury. Witia zaprzęgał klaczkę do wozu po jednej stronie płotu, a po drugiej Jadźka rozczesywała grzywę ogiera.

– Uważaj, bo raz-dwa zyza dostaniesz – syknął Kaźmierz, widząc, że Jadźka przyciąga oczy chłopca niczym magnes opiłki.

– Ty nie dziwacz, tylko za robotę łap sia! Młócenia do czorta! Siedząc obok Maryni na wozie już cmoknął na kobyłę, kiedy podbiegła babcia Leonia z kobiałką w ręku. Wyciągnęła z niej porowkowany granat zaczepny i wcisnęła w garść zdumionego syna.

– Mamo, taż ja na sąd jadę…

– Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie – stwierdziła stanowczo staruszka, wyjmując z koszyczka jeszcze granat obronny.

– Na, weź i ten! Znalazła ja jego w świątecznym ubraniu. Kaźmierz obejrzał się niepewnie i wcisnął ukradkiem granaty do kieszeni. Nie chciał, żeby Kargul widział ten arsenał, bo też by się mógł uzbroić na drogę do powiatu. Kokeszko żegnał się wylewnie z Jadźką, obiecując jej przywieźć zaręczynowy pierścionek. Ledwie za bramą zniknął wóz Kargula, Witia porwał ze stodoły odkopany silnik i przeniósł go przez płot. Korzystając z tego, że Jadźka poszła dać śniadanie młodszemu rodzeństwu, a babcia Leonia poiła ziółkami Pawełka, zataszczył silnik do stodoły Kargula. Już dawno wypatrzył, w którym miejscu wisiał omotany o belki pas trasmisyjny. Otrzepał go z kurzu i nawinął na koło napędowe silnika. Sporo siły go kosztowało, nim dopchał do wrót stodoły stojącą bezczynnie na podwórzu młockarnię.

– Czego ruszasz?! – usłyszał z tyłu głos Jadźki.

– Dobry uczynek chcę zrobić.

– Odkąd to łamanie ojcowskich przykazań cnotą się nazywa? Dobrze wiesz, że na tej stronie płota masz nogi nie postawić.

– Ja mam do wszystkiego praktyczne podejście. Do cnoty też! Wzruszyła ramionami, chciała odejść, ale zaczął ją gorączkowo przekonywać, że ich starzy mogą toczyć ze sobą wojnę, ale oni – młodzi mogą ją wygrać. Po co bić cepem, skoro wystarczy silnik Pawlaków uruchomić, a młockarnia Karguli sypnie ziarnem? Mogą zacząć od Kargulowego zboża: on maszynę uruchomi, ona będzie podawać. Cepy to przeszłość. Oni muszą iść za postępem…

– Ojce by się nie zgodzili – mruknęła niepewnie pod nosem.

– Ale ich nie ma – Witia popchnął ją lekko w stronę stodoły. -A jak wrócą, wszyściuteńko będzie wymłócone. Do pracy ja ciebie namawiam, nie do grzechu. Ty mnie tylko podawaj, a raz-dwa z poniedziałku będzie niedziela. Czuła na sobie spojrzenie Witii i nie wiedziała, czy od tych jego przylepnych oczu ogarnęło ją takie gorąco, czy od jesiennego słońca. Weszła za nim do stodoły. Ogarnął ją zapach siana i zboża. I już kiedy tam wchodziła, wiedziała, że grzeszy. Grzeszy, bo okazuje nieposłuszeństwo rodzicom. A kiedy zgadzasz się na jeden grzech, drugi przychodzi łatwiej… Witia wetknął kabel do gniazdka. Zahuczał motor, załomotała młockarnia, w powietrzu zaczął wirować kurz wciąganej przez zęby maszyny słomy. Jadźka wspięła się na górę po drabinie. Zrzucała snopy pod nogi Witii. Ten prawie cały czas z zadartą głową przyglądał się napiętym łydkom schylonej dziewczyny. Kiedy zrzucała z góry snopy, uśmiechała się do niego. Witia, stojąc przy młockarni, nie wiedział, czy drży od jej dygotu, czy od tego drżenia, które czuł tam w środku. On patrzył z dołu na dziewczynę, ona z góry na podrygującą młockarnię.

– Widzisz, jak chodzi? Najważniejsze to się dogadać.

– Ale oberwiesz, jak ojciec zobaczy, że ty nam swój motor dałeś.

– Iiii, ja tam ojca nie boję się – Witia nurkował wzrokiem pod spódnicą dziewczyny.

– Tylko ty silnie przestrachana jesteś. Wiedziała, że wiele ryzykuje: ojciec wymagał posłuszeństwa, srogi był wobec dzieci, w poście nawet nie wolno było dzieciom się śmiać, a matka Jadźki wyznała jej kiedyś, że choć miał z nią troje dzieci to dwa razy ją tylko pocałował: raz na weselu, a drugi raz z radości, że ich maciora dała w miocie aż tuzin prosiąt. Fakt współpracy z kimś z rodziny Pawlaków mógł się skończyć dla niej laniem. Pocieszała się jednak, że pełne wymłóconego ziarna worki przekonają ojca o jej dobrej woli.

– Kiedy u was wymłócimy? – spytała przekrzykując łomot maszyny.

– Jak założą apelację – odkrzyknął Witia. Jadźka stała na górze, oświetlona słońcem wpadającym przez szpary w deskach stodoły, a nad nią niczym aureola unosił się zbożowy pył. Ale tym razem Witia nie miał skojarzeń z archaniołem Gabrielem ani innym świętym obrazem. Raczej wręcz przeciwnie: wydała mu się zjawą, którą co noc tulił we śnie. Przełknął ślinę. Gardło miał suche nie tylko od pyłu.

– Pomóc ci tam na górze?

– Dam radę sama – odkrzyknęła i znów się pochyliła, odsłaniając swoje białe uda.

– No to ci pomogę – zdecydował Witia i lekko jak kot wspiął się po drabinie. Młockarnia trzęsła się dalej, klaskał pas transmisyjny, ale tryby nie miały co wciągać w gardziel maszyny, bo z góry nie spadały snopy. Jadźka poczuła na swoich biodrach gorące ręce, które nieomal uniosły ją w powietrze, a potem łagodnie położyły wśród snopów. Wokół wirował w słońcu zbożowy pył. Słońce już zaszło, gdy Pawlak z fasonem zajechał pod dom. Kobyłka była spieniona, bo Kaźmierz za wszelką cenę chciał wyprzedzić zaprzęg Kargula. Byłoby to drugie – po wygranej potyczce w sądzie – zwycięstwo nad Kargulami. Zeskoczył z wozu i zawołał Witię. Trzeba było kobyłę wyprząc i napoić, a tu chłopak ulotnił się jak kamfora. Zajrzał do stodoły i osłupiał: pod ścianą stały pękate worki z ziarnem, a na klepisku leżała sterta słomy.

– Patrzaj, Marynia, jaki to zuch chłopak! Więcej zrobił, jak ja mu kazał – policzył worki i zdumiał się.

– Z diabłem młócił, Boże odpuść grzechu, czy jak! Ścięty z nóg nie tylko wypitym alkoholem, ale i dowodem pracowitości syna, chciał przysiąść na silniku, żeby oczy ucieszyć ogromem wykonanej pracy, ale nagle podskoczył do góry, jakby usiadł na jeżu: silnik był gorący niczym podkowa wyjęta prosto z żaru paleniska.

– Ot, pomorek – zaklął pod nosem. Coś go tknęło. Wyjrzał na stronę sąsiada. Kargul stanął właśnie w drzwiach swojej stodoły i patrzył, oczom nie wierząc: pod ścianą stały worki z ziarnem, a na zapolu jego córka spała snem sprawiedliwego, przytulona do boku Witii. Kargul, łapiąc powietrze ustami jak ryba wyrzucona na brzeg, skinął na sąsiada.

1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)