Baltazar i Blimunda
- Автор: Saramago Jose
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Baltazar i Blimunda». Краткое содержание книги:
Lecz udręka zamieniała się w koszmar, gdy droga prowadziła w dół. Wóz w każdej chwili mógł nadmiernie się rozpędzić, trzeba było bezustannie podkładać klocki, wyprzęgać prawie wszystkie woły, trzy, cztery zaprzęgi z każdej strony wystarczały, by ciągnąć kamień, wszelako setki ludzi przypominających mrówki musiało wówczas chwytać za sznury z tyłu platformy i zapierając się nogami w ziemię oraz przechylając się całym ciałem do tyłu powstrzymywać wóz, który w każdej chwili mógł porwać ich za sobą w dolinę i w mgnieniu oka wypaść z zakrętu. Tymczasem woły znajdujące się gdzieś nie opodal obojętnie żuły trawę, obserwując całe zamieszanie, bieganinę ludzi wydających rozkazy, intendenta dosiadającego muła, twarze nabiegłe krwią i zlane potem, one zaś czekając na swoją kolej stoją sobie tak spokojnie, iż nawet nie drgnie oścień oparty o jarzmo. Ktoś wpadł na pomysł, żeby woły zaprząc od tyłu, lecz wkrótce trzeba było z tego zrezygnować, wół bowiem nie rozumie arytmetyki wysiłku wynikającej z dwóch kroków do przodu i trzech do tyłu. Wół albo pokonuje wzniesienie i wlecze pod górę to, co właśnie powinno zjeżdżać, albo bez stawiania najmniejszego oporu daje się pociągnąć w dół, przez co grozi mu połamanie kości w sytuacji, kiedy można by sądzić, że nie powinien się w ogóle zmęczyć.
W ciągu całego tego dnia, od wschodu do zachodu słońca, przebyli jakieś półtora tysiąca kroków, czyli mniej niż połowę tutejszej mili, co w porównaniu z wielkością kamienia równało się jego dwustu długościom. Tyle godzin, tyle wysiłku i tyle potu kosztowało ich przebycie tak krótkiej drogi, w ciągu której wóz toczył się wówczas, gdy właśnie powinien stać i stał wówczas, gdy powinien się toczyć, przeklęty bądź kamienny potworze wraz z tymi, którzy kazali cię wykopać, a nam każą się wlec przez te pustkowia. Wycieńczeni ludzie padają na ziemię, dyszą ciężko leżąc na wznak i patrząc w niebo, które z wolna ciemnieje, najpierw ma się wrażenie, że to świt, a nie zmierzch, potem w miarę ubywania światła staje się coraz bardziej przezroczyste, aż wreszcie znienacka kryształ zamienia się w czarny aksamit i zapada noc. Księżyc znajdujący się w ostatniej kwadrze wzejdzie tej nocy późno, gdy cały obóz będzie już pogrążony we śnie. Ludzie jedzą kolację przy ogniskach, ziemia konkuruje z niebem, tam są gwiazdy, a tu ogniska, może kiedyś w początkach świata wokół tychże gwiazd zasiadali mężczyźni wlokący kamienne bryły, z których zbudowane jest sklepienie niebieskie, i kto wie, może mieli równie zmęczone, zarośnięte twarze, równie ciężkie, zgrubiałe i brudne ręce, z żałobą, jak się to mówi, za paznokciami, może też byli równie zlani potem. Baltazar poprosił Manuela Milho, Opowiedz, co było dalej po tym, jak pustelnik pojawił się u wlotu jaskini, wtedy Józef Mały zaczął zgadywać, Pewnie królowa odesłała paziów i piastunki, szelma z tego Józefa Małego, lecz zostawmy spowiednikowi zadanie mu stosownej pokuty, naturalnie o ile spowiedź będzie uczciwa i pełna, w co należy wątpić, i posłuchajmy Manuela Milho, który mówi tak, Kiedy pustelnik pojawił się u wlotu jaskini, królowa zrobiła trzy kroki w jego stronę i zapytała, jeżeli kobieta jest królową, a mężczyzna królem, co mają zrobić, żeby nie czuli się tylko królem i królową, lecz mężczyzną i kobietą, na co pustelnik odpowiedział innym pytaniem, jeżeli mężczyzna jest pustelnikiem, to co powinien zrobić, żeby czuł się mężczyzną, a nie tylko pustelnikiem, królowa pomyślała chwilę i odrzekła, królowa przestanie być królową, król nie będzie więcej królem, pustelnik opuści pustelnię, ot co każdy powinien zrobić, ale chcę zadać jeszcze jedno pytanie, kim są mężczyzna i kobieta, skoro on nie jest pustelnikiem, a jedynie mężczyzną, ona zaś nie jest królową, a jedynie kobietą, co to jest być nie będąc tym, kim się jest, na co pustelnik odpowiedział, nikt nie może być nie będąc, mężczyzna i kobieta nie istnieją, istnieje tylko to, kim są, i bunt przeciwko temu, kim są, wtedy królowa oświadczyła, ja buntuję się przeciwko temu, kim jestem, powiedz mi teraz, czy ty też się buntujesz przeciwko temu, kim jesteś, on zaś odpowiedział, bycie pustelnikiem jest zaprzeczeniem bycia, tak myślą inni ludzie, wszelako jest to jednak bycie kimś, na co ona, jakie zatem jest wyjście, na co on, jeśli chcesz być kobietą, przestań być królową, resztę poznasz później, na co ona, jeśli chcesz być mężczyzną, to dlaczego nadal jesteś pustelnikiem, na co on, ponieważ najtrudniej ze wszystkiego jest być mężczyzną, na co ona, czy wiesz, co to znaczy być mężczyzną i kobietą, na co on, tego nikt nie wie, po tej odpowiedzi królowa oddaliła się w otoczeniu szemrającego orszaku, resztę opowiem jutro. Dobrze zrobił Manuel Milho przerywając opowiadanie, gdyż dwaj słuchacze, Józef Mały i Franciszek Marąues, już pochrapywali zawinięci w derki. Ogniska powoli wygasły. Baltazar uważnie popatrzył na Manuela Milho, Ta cała historia nie trzyma się kupy, w niczym nie przypomina znanych opowieści o księżniczce pasącej gęsi, o dziewczynce z gwiazdką na czole, o drwalu, co znalazł w lesie dzieweczkę, o błękitnym byku, o diable z Alfusqueiro, o siedmiogłowym smoku, Manuel Milho odpowiedział na to, Gdyby był na świecie olbrzym tak wielki, że sięgałby nieba, uznałbyś, że jego stopy to góry, głowa zaś to gwiazda poranna, jak na człowieka, który twierdzi, że latał w powietrzu i że jest równy Bogu, jesteś zbyt podejrzliwy. Baltazar pominął milczeniem tę wymówkę, powiedział tylko dobranoc, odwrócił się plecami do ogniska i wkrótce zasnął. Manuel Milho jeszcze jakiś czas zastanawiał się, jak najlepiej wybrnąć z historii, w którą się uwikłał, czy pustelnik ma zostać królem, królowa zaś pustelniczką, dlaczego bajki muszą zawsze tak się kończyć.
Podczas tego wlokącego się w nieskończoność dnia tyle wycierpieli, że wszyscy powtarzali, Gorzej już być nie może, a jednak zdawali sobie sprawę z tego, że jutro będzie po tysiąckroć gorzej. Pamiętali dobrze drogę wiodącą w dolinę Cheleiros, pełną ostrych zakrętów, stromych pochyłości i urwistych, prawie pionowych ścian piętrzących się na jej brzegach. Jak my tamtędy przejedziemy, zastanawiał się każdy w duchu. Był to najgorętszy dzień lata, ziemia jak rozżarzone węgle, słońce jak ostroga wbijająca się w plecy. Wzdłuż całego długiego pochodu biegali ludzie z kwartami wody, musieli szukać jej w studniach rozrzuconych po odległych niekiedy dolinach, potem wspinać się pod górę stromymi ścieżkami, by napełnić beczki, było to gorsze niż galery. Koło obiadu znaleźli się na szczycie, skąd w głębi doliny widać było Cheleiros. Właśnie na to liczył Franciszek Marąues, nieważne, czy zjadą w dolinę, czy nie, nic go nie powstrzyma, by spędzić tę noc z żoną. Intendent w otoczeniu kilku adiutantów zjechał aż do płynącego w dole strumienia, po drodze zaznaczali niebezpieczne miejsca, gdzie należało zatrzymać się na odpoczynek i dla większego bezpieczeństwa kamienia, później rozkazał wyprząc woły, odprowadzić je na bok za trzecim zakrętem i trzymać w takiej odległości, by z jednej strony nie utrudniały manewru, z drugiej zaś mogły być szybko sprowadzone, jeśli rzeczony manewr będzie tego wymagał. W ten sposób platforma będzie zjeżdżać sama. Nie było innego wyjścia. Podczas gdy wyprzęgano woły, ludzie rozproszeni po zalanym słonecznym żarem szczycie spoglądali na cichą dolinę, na warzywniki, cieniste ogrody i domy, które tchnęły tak wielkim spokojem, że wydawały się wprost nierealne. Może tak właśnie każdy z nich myślał, a może i nie, może myśli każdego sprowadzały się do jednego tylko zdania, Jeżeli jutro dotrzemy tam na dół, będzie to prawdziwy cud.
O tym, jak to wszystko się odbyło, niech opowiedzą ci, którzy wiedzą więcej. Sześciuset ludzi rozpaczliwie uczepionych powrozów przywiązanych z tyłu platformy, sześciuset ludzi, którzy czuli, że w miarę upływu czasu i przeciągającego się wysiłku wiotczeją im mięśnie, sześciuset ludzi, z których każdy był wcieleniem strachu o życie, tym razem naprawdę, wczoraj to była dziecinna zabawa, a historia Manuela Milho to czysta fantazja, bo czymże w rzeczywistości jest człowiek, którego człowieczeństwo mierzy się siłą mięśni, otóż jest ucieleśnieniem strachu, boi się, że ta siła okaże się niewystarczająca, by powstrzymać potwora, który go bezlitośnie ciągnie za sobą, wszystko zaś z powodu kamienia, który wcale nie potrzebował być aż tak wielki, taras można by przecież zrobić z trzech czy dziesięciu niniejszych, lecz wówczas nie moglibyśmy się pysznić wobec Jego Królewskiej Mości, Jest to jeden kamień, i wobec zwiedzających, nim przejdą do innej sali, Jest to jeden kamień, właśnie tego rodzaju pycha jest źródłem wszelkiego zakłamania, zarówno w skali ogólnej, jak i jednostkowej, o czym świadczy chociażby takie oto stwierdzenie z podręczników historii, Klasztor w Mafrze zawdzięczamy królowi Janowi V który ślubował zbudować go, jeśli będzie miał potomka, a gdzie tych sześciuset mężczyzn, którzy wszak nie zrobili żadnego dziecka królowej, a jednak to oni spełniają ślubowanie, niech to, proszę wybaczyć anachroniczne powiedzonko, cholera weźmie.
Gdyby droga schodziła prosto w dolinę, wszystko sprowadzałoby się do powtarzania na zmianę dwóch czynności, powstrzymywania i zwalniania tego kamiennego latawca, co nawet mogło być niezłą zabawą, poluzować mu sznurek i znów go zwinąć, pozwolić mu się toczyć, póki przyspieszenie jest jeszcze do opanowania, i zatrzymać w porę, by nie runął w dolinę masakrując ludzi, którzy nie zdążą się odeń uwolnić, nieszczęsne latawce uwiązane do tych i innych sznurków. Są wszakże te koszmarne zakręty. Na równym terenie stosowali opisaną już metodę, a mianowicie kilka wołów przesuwało bokiem przód wozu ustawiając go w kierunku prostego odcinka drogi, bez względu na jego długość. Była to praca wymagająca wiele cierpliwości, lecz tylekroć ją powtarzali, że wkrótce nabrali rutyny, wyprzęgać, zaprzęgać, wyprzęgać, zaprzęgać, najwięcej męczyły się przy tym woły, ludzie właściwie ograniczali się tylko do krzyków. Teraz zaś, o ile będą krzyczeć, to z rozpaczy, z powodu tej szatańskiej kombinacji spadku i zakrętów, z którą wiele razy będą musieli się uporać, lecz krzyk w tej sytuacji mógłby spowodować utratę tchu, którego już i tak nie ma za wiele. Lepiej więc wynaleźć inny sposób, krzyki zaś zostawić na później, kiedy będą mogły wyrażać ulgę. Wóz wchodzi w zakręt, trzyma się możliwie najbliżej jego wewnętrznej krawędzi, z tej właśnie strony podpiera się jedno koło, lecz klocek nie może być ani tak solidny, by zahamował cały wóz, ani tak słaby, by został zmiażdżony pod jego ciężarem, jeśli więc komuś się zdaje, że sprawa nie należy do niezwykle trudnych, to widać, że nie wiózł tego kamienia z Pero Pinheiro do Mafry, a tylko obserwował wszystko siedząc z założonymi rękami, albo też ogranicza się do oglądania wszystkiego z odległej perspektywy czasu i przestrzeni, jaką mu daje niniejsza stronica. Przyhamowany w tak niebezpieczny sposób wóz może też mieć szatańską zachciankę, by utknąć w miejscu na dobre, jakby miał wszystkie koła wbite w ziemię. Tak dzieje się najczęściej, jedynie przy bardzo rzadkim zbiegu okoliczności sprzyjających, na które składają się nachylenie zakrętu na zewnątrz oraz minimalna chropowatość terenu i jego odpowiedni spadek, bez trudu udaje się przesunąć bokiem tył platformy, albo, co już jest prawdziwym cudem, ona sama obraca się wokół jedynego punktu oparcia pod przednim kołem. Z reguły jednak jest inaczej, z reguły trzeba znów przykładać ogromną siłę w optymalnych punktach i w odpowiednim czasie, by obrót nie był zbyt zamaszysty, a więc fatalny w skutkach, lub też, Bogu niech będą dzięki za mniejsze zło, by nie był potrzebny nowy, mozolny wysiłek w odwrotnym kierunku. Cztery tylne koła podważa się drągami, próbuje się przesunąć wóz chociażby o pół piędzi ku zewnętrznej krawędzi zakrętu, ludzie trzymający sznury pomagają ciągnąć w tę samą stronę, wszyscy podnoszą wrzawę, i ci od drągów, stojący w gąszczu naciągniętych niczym struny powrozów, i ci ciągnący za sznury, rozstawieni na zboczu, po którym niejeden już się obsunął i przekoziołkował w dół, jak dotąd bez większego szwanku. Wóz wreszcie drgnął, przesunął się na jakieś dwie piędzi, podczas całego tego manewru zewnętrzne koło było na zmianę hamowane i zwalniane, by zapobiec wymknięciu się platformy spod kontroli w jednym z tych momentów, gdy znajdowała się jakby w stanie zawieszenia, pozostawiona własnemu losowi, gdyż nie było dość ludzi do przytrzymywania jej, dla większości bowiem nie było nawet miejsca przy tych skomplikowanych operacjach. Ze szczytu wzgórza przygląda się temu wszystkiemu diabeł i dziwi się własnej naiwności i dobroduszności, jak to się stało, że do tej pory nie wymyślił podobnej tortury dla ukoronowania piekielnych mąk. Jednym z tych, którzy zajmują się podstawianiem klocków pod koła, jest Franciszek Marques. Wykazał się sporą zręcznością na kilku zakrętach, jeden gorszy od drugiego, niektóre nawet wymagały wariackiej odwagi i na każdym z nich trzeba było zrobić ze dwadzieścia ruchów. Jest świadom tego, iż dobrze wykonuje swoją pracę, teraz nawet nie myśli o żonie, wszystko w swoim czasie, cała jego uwaga skupia się na kole, które zaczyna się toczyć i trzeba je w porę zahamować, nie za wcześnie, by nie zmarnować wysiłku towarzyszy ciągnących z tyłu, ale i nie za późno, by wóz nie nabrał rozpędu i nie wyminął klocka. Co właśnie się stało. Może Franciszek zagapił się ocierając ramieniem pot z czoła, może spojrzał w dolinę, na rodzinne Cheleiros, przypominając sobie wreszcie o żonie, nie wiadomo, co było przyczyną, dość, że klocek wyśliznął mu się z ręki w chwili, gdy wóz już się toczył, a on sam znalazł się pod kołem, które po nim przejechało, przypomnijmy, że tylko sam kamień ważył ponad dwa tysiące arrobas. Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami, co istotnie jest prawdą, każdy z nas się o tym przekonał, lecz tym razem ten, który zsyła nieszczęścia, uznał, że wystarczy zabić jednego człowieka. Wóz, który mógł przecież popędzić w podskokach w dół, wkrótce się zatrzymał, gdyż koło wpadło w jakąś dziurę, ratunek nie zawsze przychodzi stąd, skąd można by się go spodziewać.