Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
I wstali z martwych… - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

I wstali z martwych…

Электронная книга - «I wstali z martwych…». Краткое содержание книги:

Czy buk może wyrosnąć w ciągu jednej nocy? Owszem. W ogrodzie śpiewaczki Zofii Simeonidis w Paryżu. Tyle że odtąd kobieta nie może zmrużyć oka, po nocach myśląc o tym drzewie. A potem znika, co wcale nie dziwi jej męża. Mateusz, Marek i Łukasz, trzej sąsiedzi Zofii, wspomagani przez byłego policjanta – inspektora Vandooslera, próbują rozwikłać zagadkę pojawienia się drzewa w ogrodzie i zniknięcia swojej sąsiadki. Odkrywają prawdziwe korzenie drzewa, które liczy piętnaście lat oraz ocieka nienawiścią i zazdrością.
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 58
Перейти на страницу:

– Teraz zdjęcia – powiedział Łukasz, kiwając ręką.

– Tak uważasz?

– Jasne. Dawaj zdjęcia.

– Ale są tu tylko fotosy Zofii.

– Nie ma żadnych ujęć zbiorowych, artystów kłaniających się publiczności, kolacji po próbie generalnej?

– Tylko Zofia, przecież już ci mówiłem.

– W takim razie dajmy sobie spokój.

Łukasz złożył sprzęt i owinął go starym śpiworem, a potem związał wszystko sznurem i zawiesił na długiej linie. Następnie cichutko otworzył okno i ostrożnie spuścił delikatny ładunek.

– Nie ma pokoju bez szczelin – powiedział. – A pod każdą dziurą w ścianie musi być podłoże. To okno wychodzi na śmietnik, na podwórku za domem. Miejsce jest bezpieczniejsze niż ulica. Gotowe.

– Ktoś tu idzie – ostrzegł Marek.

Łukasz zrzucił linę i bezszelestnie zamknął okno. Usiadł na starym fotelu i przybrał nonszalancką pozę.

Policjant wkroczył do archiwum z dumną miną myśliwego, który ustrzelił kuropatwę w locie.

– Zabrania się kopiowania dokumentów, zabrania się wglądu do archiwum – oświadczył głupek. – Takie są najnowsze rozkazy. Proszę zabrać rzeczy i opuścić to pomieszczenie.

Marek i Łukasz wykonali polecenie i gniewnie mrucząc pod nosem, poszli za policjantem. Kiedy weszli do salonu, pani Simeonidis kończyła nakrywać stół dla pięciu osób. A zatem zostali zaproszeni na kolację. Pięć, pomyślał Marek, a więc na pewno pojawi się jej syn. Musiał się z nim spotkać. Podziękowali. Policjant przeszukał ich, zanim zajęli miejsca, potem opróżnił ich torby. Wywracał je na lewą stronę i giął.

– Wszystko w porządku – powiedział. – Możecie spakować rzeczy.

Opuścił salon, by udać się na posterunek przy wejściu.

– Na pańskim miejscu – powiedział Łukasz – stanąłbym raczej przed drzwiami archiwum i nie ruszałbym się stamtąd, dopóki stąd nie wyjdziemy. Nie ma pan gwarancji, że nie spróbujemy tam wrócić. Ryzykuje pan, żandarmie.

Krzywiąc się, policjant wszedł na górę i usiadł w samym archiwum. Tymczasem Łukasz poprosił Simeonidisa, żeby wskazał mu wyjście prowadzące na podwórko, i wymknął się, żeby zabrać sprzęt. Potem schował go na dnie torby. Zauważył, że od pewnego czasu wyraźnie wzrosła rola śmietników w jego życiu.

– Spokojna głowa – szepnął do gospodarza. – Wszystkie oryginały są na swoim miejscu. Ręczę słowem honoru.

Syn pojawił się, kiedy wszyscy zasiedli już do stołu. Powolne ruchy ociężałego czterdziestolatka dowodziły, że Julian nie odziedziczył po matce pragnienia, aby uważano go za niezastąpionego i skutecznego w działaniu. Grzecznie uśmiechnął się do dwóch gości. Marek doznał wyrzutów sumienia, spoglądając na tę niezgułę bez ikry. Facet, który wyrobił sobie opinię pasożyta o dwóch lewych rękach, wzbudzał w nim litość, bo utknął między tryskającą energią matką i ojczymem o charakterze silnego patriarchy. Marek był bardzo wrażliwy na takie miłe uśmiechy. A poza tym Julian opłakiwał Zofię. Jego twarz trudno było uznać za brzydką, choć wyglądała na obrzmiałą. Marek wolałby czuć do niego niechęć, wrogość, awersję, która ułatwiłaby upatrywanie w nim zabójcy. Ponieważ jednak nigdy nie widział zabójcy, powiedział sobie, że człowiek chwiejny, przytłoczony przez matkę i uśmiechający się grzecznie do obcych doskonale nadaje się na podejrzanego. Parę przelanych łez o niczym jeszcze nie świadczy.

Matka Juliana także nadawała się na podejrzaną – bardzo ruchliwa, kręcąca się między kuchnią i salonem z zapałem, jakiego wcale nie wymagało od niej obsługiwanie gości, gadatliwa ponad miarę, Janina Simeonidis była po prostu męcząca. Marek przypatrywał się jej nisko związanemu koczkowi, który nawet nie drgnął starannie upięty, ruchliwym dłoniom, sztucznemu ożywieniu, niepojętej determinacji, z jaką nakładała wszystkim porcje endywii z szynką, słuchał brzmienia jej głosu i myślał, że ta kobieta byłaby zdolna do wszystkiego, co pozwoliłoby jej zdobyć więcej władzy albo pieniędzy i rozwiązać finansowe problemy tego fajtłapy, jej syna. Poślubiła starego Simeonidisa. Czy z miłości? Czy dlatego że był ojcem sławnej śpiewaczki? A może raczej, aby otworzyć przed Julianem drzwi teatrów? Tak, zarówno on, jak ona mieli motywy, aby zabić, a może także – predyspozycje do tego czynu. Na pewno w grę nie wchodził stary. Marek obserwował, jak zdecydowanymi ruchami kroi endywię. Tak autorytarny mężczyzna mógłby stać się tyranem, gdyby Janina nie potrafiła się bronić. Ale rzucające się w oczy ciche cierpienie greckiego ojca nie pozwalało go podejrzewać. Co do tego wszyscy byli zgodni.

Marek nie cierpiał endywii z szynką, chyba że była przyrządzona jak należy, a to należało do rzadkości. Spoglądał na Łukasza, który opychał się tym świństwem – gorzkawym i wodnistym, i przełykał rosnące w ustach kąski. Łukasz wziął na siebie ciężar podtrzymywania rozmowy i skierował ją na Grecję w początkach wieku. Simeonidis odpowiadał mu krótkimi frazami, a Janina starała się za wszelką cenę okazać żywe zainteresowanie wszystkiemu, o czym mówiono.

Marek i Łukasz złapali jeszcze pociąg o 22.27. Na dworzec odwiózł ich samochodem stary Simeonidis. Jechał pewnie i szybko.

– Skontaktujcie się ze mną, gdybyście się czegoś dowiedzieli – prosił, ściskając ich dłonie. – Co pan tam schował, młody człowieku? – zapytał Łukasza.

– Komputer, a na dysku wszystko, czego nam trzeba – odparł Łukasz, uśmiechając się.

– To dobrze. – Simeonidis westchnął.

– A właśnie – wtrącił Marek. – Dompierre przeglądał pudło z roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego, a nie z osiemdziesiątego drugiego. Lepiej, żeby pan o tym wiedział, bo może natrafi pan na coś, co nam umknęło.

Marek był ciekaw reakcji starca. Właściwie było to szaleństwo, bo żaden ojciec nie zabija córki. Żaden, z wyjątkiem Agamemnona.

Simeonidis nic nie powiedział.

– Skontaktujcie się ze mną – powtórzył.

Podczas godzinnej podróży Łukasz i Marek nie odzywali się do siebie. Marek milczał, bo lubił atmosferę nocnych pociągów, Łukasz dlatego, że myślał o wojennych pamiętnikach Fremonville’a-ojca i sposobie ich zdobycia.

XXX

Kiedy Marek i Łukasz wrócili około północy do swojej rudery, Vandoosier czekał na nich w „refektarzu”. Marek zmęczony, niezdolny do uporządkowania zebranych informacji, miał nadzieję, że chrzestny nie zajmie im zbyt dużo czasu. Mimo to doskonałe wiedział, że Vandoosler czeka na relację z wyprawy. W przeciwieństwie do Marka Łukasz wyglądał na pełnego sił. Ostrożnie odstawił ważącą ponad dwanaście kilo torbę i zrobił sobie drinka. Zapytał, gdzie leżą książki telefoniczne.

– W piwnicy – poinformował go Marek. – Uważaj, wykorzystaliśmy je do podparcia półek.

Po chwili dobiegł ich potworny hałas, a tuż potem Łukasz wrócił uszczęśliwiony, niosąc pod pachą grubą książkę.

– Przykro mi, ale wszystko runęło.

Wziął szklankę i usadowił się u szczytu stołu. Wertował książkę telefoniczną.

– Mam nadzieję, że nie znajdę tu całej gromady abonentów, którzy nazywają się Rene Fremonville – powiedział. – Przy odrobinie szczęścia facet mieszka w Paryżu. To wydaje się prawdopodobne w przypadku krytyka teatralnego i operowego.

– Czego szukacie? – zapytał Vandoosier.

– To on szuka – burknął Marek. – Nie ja. Chce odnaleźć krytyka, którego ojciec opisał całą wojnę w małych kajetach. To jego pasja. Modli się do wszystkich dzisiejszych i dawnych bogów, aby ten ojciec okazał się wieśniakiem. Podobno to rzadkość. Modlił się przez całą drogę.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)