Valentine Pontifex [pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-019-4
- Переводчик: Krzysztof Sokolowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Valentine Pontifex [pl]». Краткое содержание книги:
Spokój snów Lorda Valentine'a, władcy olbrzymiego świata Majipoor, zakłócają mroczne koszmary, które niebawem stają się rzeczywistością. Majipoor staje wobec groźby kolejnej wojny z Metamorfami, którzy chcą wypędzić ze swojej planety najeźdźców. Zaprowadzony przez Koronala ład może runąć. Aby ocalić swój świat, Koronal zrzeka się władzy na rzecz młodego następcy Hissune'a.
Natychmiast wrócił do domu. Xhama właśnie przygotowywała śniadanie.
— Gdzie jest Simoost? — spytał.
Nie podnosząc wzroku znad garnków, Ghayrożka odpowiedziała:
— W sadzie drzew niyku, panie.
— One uschły dawno temu, Xhamo.
— Oczywiście, panie. Ale on tam jest. Spędził w nim całą noc.
— Idź po niego. Chcę się z nim zobaczyć.
— On nie przyjdzie, panie. A jeśli po niego pójdę, śniadanie się spali.
Oszołomiony odmową wykonania polecenia Etowan Elacca stał przez chwilę, nie mogąc znaleźć słów. Potem, zdając sobie sprawę, że w tym czasie nieprzewidzianych zmian musi właśnie dziać się jakaś zmiana, o której nie ma pojęcia, tylko krótko skinął głową, odwrócił się bez słowa i jeszcze raz wyszedł na pola.
Tak szybko, jak tylko potrafił, wspinał się pod górę; minął poczerniałe pola stajji, morze pożółkłych, skurczonych sadzonek; minął surowe, zwiędłe krzaczki gleinu, minął pole zaschłego błota — wszystko, co pozostało po hingamortach, aż wreszcie dotarł do sadu drzew niyku. Wyschłe rośliny były tak lekkie, że z ziemi wyrywał je nawet silniejszy powiew wiatru; większość z nich leżała powalona, a te, które jeszcze stały, pochylały się pod najdziwaczniejszymi kątami, jakby jakiś gigant dla rozrywki uderzał je dłońmi. Najpierw nie dostrzegł Simoosta, a potem zobaczył, że ogrodnik idzie jakimś dziwnym zygzakiem wzdłuż granicy sadu, wydeptując ścieżkę między pochylonymi drzewami, zatrzymując się od czasu do czasu, by któreś z nich wyrwać. Czyżby w ten sposób spędzał teraz noce? Ghayrogowie sypiają sezonowo po kilka miesięcy w roku, Etowan Elacca nie czuł się więc zaskoczony, stwierdzając, że Simoost pracuje nocą — lecz podobne, bezcelowe zajęcie wydawało się całkowicie nie w jego stylu.
— Simoost?
— Ach, to pan. Dzień dobry.
— Xhama powiedziała, że cię tu znajdę. Czy dobrze się czujesz?
— Ależ tak, panie. Czuję się świetnie.
— Jesteś pewien?
— Ależ oczywiście, panie. Czuję się świetnie. — Lecz głosowi Simoosta brakowało przekonania.
— Mógłbyś podejść? Chciałem ci coś pokazać.
Ghayrog sprawiał wrażenie, jakby dokładnie rozważał tę prośbę. Po chwili powoli ruszył przed siebie, aż doszedł do miejsca, w którym czekał na niego Etowan Elacca. Wężowe sploty włosów, nie pozostające w spoczynku ani przez chwilę, poruszały się teraz szybkimi, nerwowymi ruchami, a z ciała bił zapach, który Elacca, doskonale znający Ghayrogów, nauczył się kojarzyć z przygnębieniem, z niepewnością. Simoost pracował dla niego od dwudziestu lat i nigdy jeszcze nie pachniał w ten sposób.
— Panie?
— Co cię niepokoi, Simooście?
— Ależ nic, panie. Czuję się doskonale, panie. Chciał mi pan coś pokazać?
— To. — Etowan Elacca wyjął z kieszeni długi, ząbkowany kieł, który znalazł wśród sośninek. Pokazał go Ghayrogowi, mówiąc: — Znalazłem go jakieś pół godziny temu, podczas przechadzki po ogrodzie. Zastanawiałem się, czy przypadkiem nie wiesz, co to właściwie jest?
Pozbawione powiek oczy Simoosta poruszały się, jakby — niepewny siebie — nie potrafił skupić wzroku.
— Kieł młodego smoka morskiego — wyjaśnił w końcu. — Przynajmniej tak mi się wydaje.
— Doprawdy?
— Jestem tego całkiem pewien, panie. Czy były też inne?
— Kilka. Chyba osiem.
Simoost narysował dłonią w powietrzu kształt rombu.
— Ułożone w ten wzór?
— Tak. — Etowan Elacca zmarszczył brwi. — A skąd wiesz?
— To zwykły wzór. Ach, panie, jesteśmy w niebezpieczeństwie, w wielkim niebezpieczeństwie!
Doprowadzony do granic rozpaczy, Etowan Elacca powiedział:
— Specjalnie ukrywasz coś, używając tych wszystkich niedomówień, prawda? Co to za “zwykły” wzór? Jakie niebezpieczeństwo? Na Panią, Simooście, powiedz mi zwykłymi słowami, co o tym wszystkim wiesz!
Zapach Ghayroga stał się ostrzejszy — mówił o silnym niepokoju, o strachu i zawstydzeniu. Simoost najwyraźniej szukał właściwych słów.
— Czy wiesz, panie, dokąd udali się wszyscy twoi pracownicy? — spytał w końcu.
— Mam wrażenie, że do Falkynkip, pewnie szukają pracy na ranczach hodowców. Co to ma…
— Oni nie poszli do Falkynkip, panie, tylko dalej. Dalej na zachód. Do Pidruid. Będą czekać na nadejście smoków.
— Co?
— Chodzi o objawienie, panie.
— Simooscie…
— Więc nie wiesz nic, panie, o objawieniu?
Etowan Elacca poczuł przypływ takiego gniewu, jakiego nie doznał jeszcze w swym spokojnym, nie znającym rade spełnionych marzeń życiu.
— Nie, nie wiem nic o objawieniu — rzekł, za lędźwie powstrzymując wybuch.
— Opowiem ci, panie. Opowiem o wszystkim.
Ghayrog milczał przez chwilę, jakby próbował znaleźć właściwe słowa. Potem wziął głęboki oddech i zaczai mówić:
— Istnieje starożytna wiara, że w pewnym momencie nasz świat czekają wielkie problemy i cały Majipoor wpadnie w chaos. Mówi się, że wtedy smoki morskie opuszczą ocean, wyjdą na ląd i ogłoszą nowe królestwo, a także zmienią naszą pianę tę nie do poznania. Czas ten będzie znany jako czas objawienia.
— Kto to wymyślił?
— “Wymyślił” to dobre słowo, panie. Można to nazywać wymysłem albo baśnią, legendą. Wiemy, że smoki morskie nie mogą wyjść z wody. Lecz wiara w objawienie jest bardzo popularna w pewnych kręgach, niektórzy czerpią z niej wielką pociechę.
— O kim mówisz?
— Głównie o ludziach ubogich, panie. Zwłaszcza o Lumenach, ale to nie ogranicza się do jednej rasy. Słyszałem, że w objawienie wierzą niektórzy Hjortowie i Skandarzy. Istot ludzkich to właściwie nie dotyczy, a już zwłaszcza arystokratów takich jak ty, panie. Ale jest wielu, którzy twierdzą, że teraz właśnie nadszedł czas objawienia, że zarazy i brak żywności to pierwsze oznaki kłopotów, że Koronal i Pontifex zostaną wkrótce obaleni i rozpocznie się czas rządów smoków. Ci, którzy w to wierzą, zdążają teraz w stronę miast na wybrzeżu, w stronę Pidruid, Narabal i Tilomon, by zobaczyć, jak smoki morskie wychodzą na brzeg, i być wśród pierwszych wiernych, którzy oddadzą im cześć. Ja wiem, że to prawda, panie. Tak dzieje się w całej prowincji — mogę nawet zaryzykować twierdzenie, że na całym świecie. Miliony ruszyły w stronę wybrzeża.
— Jakie to zdumiewające — powiedział Etowan Elacca. — Z iluż rzeczy nie zdaję sobie sprawy, zamknięty tu, w swym własnym małym światku. — Przesunął palcami po kle małego smoka aż do ostrego czubka, zacisnął dłoń, poczuł ból. — A to? Co to właściwie oznacza?
— Z tego, co wiem, wynika, że umieszczają je tu i tam — jako znak objawienia i by oznaczyć drogę do wybrzeża. Kilku zwiadowców idzie przed masą pielgrzymów kierujących się na zachód; umieszczają kły, a inni poruszają się wyznaczoną drogą.
— Skąd wiedzą, gdzie umieszczone zostały kły?
— Wiedzą, panie. Nie wiem skąd. Być może wiedza ta przychodzi do nich w snach. Być może królowie oceanu wysyłają przesłania, jak Pani albo Król Snów.
— Więc wkrótce zadepczą nas hordy pielgrzymów?
— Tak sądzę, panie.
Etowan Elacca kilkakrotnie uderzył zębem po dłoni.
— Simooście, dlaczego spędziłeś noc w sadzie?
— Zbierałem się na odwagę, żeby wszystko panu powiedzieć.
— Czyżby wymagało to wielkiej odwagi? Dlaczego?