Bez mojej zgody
- Автор: Пиколт Джоди Линн
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Bez mojej zgody». Краткое содержание книги:
Ma dopiero trzynaście lat, a już przeszła niezliczone zabiegi operacyjne, by jej starsza siostra miała szansę wyleczyć się z białaczki. Jak większość nastolatków, Anna zastanawia się, kim jest; inaczej jednak niż przeciętna nastolatka ma poukładane życie: istnieje właściwie wyłącznie jako dopełnienie siostry. Dlatego podejmuje decyzję, która zagrozi jej rodzinie i prawdopodobnie będzie mieć fatalne konsekwencje dla Kate.
Powieść Picoult stawia wiele ważnych pytań. Co to znaczy być dobrym rodzicem, dobrą siostrą, dobrym człowiekiem? Czy rzeczywiście można robić wszystko, by ratować życie jednego dziecka, kosztem drugiego? Czy należy podążać za głosem serca, czy raczej pozwolić kierować sobą innym? W książce Jodi Picoult znów podejmuje kontrowersyjny temat – i robi to z wdziękiem, mądrością i wrażliwością.
Jodi Picoult to bestsellerowa autorka „New York Timesa”, ceniona za przenikliwość psychologiczną i umiejętność wglądu w serca i umysły ludzkie. Tym razem opowiada historię rodziny dotkniętej nieszczęściem choroby dziecka.
– W książce piszą, że w dobrych warunkach, przy odpowiedniej opiece, złote rybki żyją siedem lat.
Jesse przygląda się, jak Kate kładzie tabletkę na języku i popija wodą.
– Gdybyś była złotą rybką – mówi – już byś nie żyła.
Siadamy z Brianem na krzesłach w gabinecie doktora Chance’a. Minęło pięć lat, ale te znajome siedzenia są jak stara baseballowa rękawica, idealnie dopasowane. Zdjęcia na biurku też się nie zmieniły: żona lekarza wciąż ma na głowie kapelusz z szerokim rondem i stoi na molo w Newport, zbudowanym wprost na skałach, a jego syn zatrzymał się w wieku sześciu lat. Nadal trzyma w rękach tego cętkowanego pstrąga, co dodatkowo pogłębia wrażenie, że tak naprawdę nie ruszyliśmy się z tego pokoju nawet na krok.
Kuracja tretinoiną dala efekty. Przez miesiąc Kate wykazywała oznaki remisji na poziomie komórkowym. A potem w rozmazie krwi znów wykryto promielocyty.
– Możemy dalej podawać jej tretinoinę, w innych dawkach – mówi doktor Chance – ale moim zdaniem obecne niepowodzenie tej kuracji nie daje wielkich szans. Ta droga już jest zamknięta.
– A przeszczep szpiku kostnego?
– To ryzykowny zabieg, szczególnie u dziecka, które w dodatku nie wykazało pełnych objawów klinicznych nawrotu choroby. – Doktor Chance przygląda się nam. – Najpierw warto by spróbować czegoś innego. Nazywamy to wlewem limfocytów dawcy. Czasami dzieje się tak, że zastrzyk świeżych białych krwinek od zgodnego dawcy pomaga pierwszej grupie komórek, tej pochodzącej z przeszczepu krwi pępowinowej, w walce z komórkami białaczkowymi. To jakby taka armia odwodowa, wspierająca front bitwy.
– Czy to doprowadzi do remisji? – pyta Brian.
Doktor Chance potrząsa głową.
– To tylko tymczasowe rozwiązanie. Całkowity nawrót choroby wedle wszelkiego prawdopodobieństwa i tak nastąpi, ale dzięki takiemu działaniu Kate zyska na czasie i będzie mogła przygotować się odpornościowo na bardziej agresywną kurację.
– Ale ile zajmie sprowadzenie limfocytów do szpitala? – pytam.
Doktor Chance odwraca się do mnie.
– To zależy. Kiedy możecie przywieźć do nas Annę?
Drzwi windy się otwierają. W środku jest tylko jeden pasażer, bezdomny w opalizujących niebieskich okularach na nosie. Dookoła niego leży sześć plastikowych toreb wypchanych szmatami.
– Zamykać drzwi, do diabła! – krzyczy, zanim zdążymy wejść. – Nie widać, że jestem ślepy?
Naciskam przycisk parteru.
– Jutro zajęcia w przedszkolu kończą się w południe.
– Zejdź mi z torby! – ryczy bezdomny.
– Nawet jej nie dotknęłam – odpowiadam grzecznie, nieobecna myślami.
– A może jednak… – zaczyna Brian.
– Przecież stoję sto metrów od niego!
– Saro, ja nie o tym. Chodzi mi o ten wlew limfocytów. Nie możesz wymagać od Anny, żeby oddała siostrze krew.
Nagle, bez żadnego powodu, winda staje na jedenastym piętrze. Drzwi otwierają się, a potem zamykają z powrotem. Bezdomny zaczyna szperać w swoich torbach.
– Kiedy Anna się urodziła – przypominam mężowi – mieliśmy pełną świadomość, że będzie dawcą dla Kate.
– Tak. Jeden raz. Poza tym ona tego nie pamięta.
Milczę, dopóki Brian nie spojrzy na mnie.
– Oddałbyś Kate swoją krew?
– Jezu, Saro, co za pytanie…
– Ja też bym oddała. Oddałabym jej połowę serca, przysięgam, gdyby to mogło jej pomóc. Człowiek zrobi wszystko, co trzeba, że by ratować tych, których kocha, tak? – Brian pochyla głowę i po chwili kiwa nią potakująco. – Więc czemu sądzisz, że Anna myśli inaczej?
Drzwi kabiny otwierają się, ale my nie ruszamy się z miejsca. Stoimy, patrząc na siebie. Bezdomny przepycha się między nami, niosąc na rękach swoje skarby, upchnięte w szeleszczących torbach.
– Przestańcie się drzeć! – krzyczy, chociaż żadne z nas nie powiedziało ani słowa. – Jestem głuchy, nie widać?
Dla Anny ten dzień to święto. Mama i tata zabrali ją na wycieczkę. Ją i tylko ją. Może trzymać nas oboje za ręce, kiedy powoli idziemy przez parking. Co z tego, że przyjechaliśmy do szpitala?
Wytłumaczyłam jej, że Kate jest chora i żeby znów była zdrowa, panowie doktorzy potrzebują czegoś, co ma Anna. Wezmą to od niej i dadzą Kate. Moim zdaniem więcej informacji nie było konieczne.
Siedzimy w sali do badań i czekamy na lekarza. Kolorujemy rysunki prehistorycznych gadów – pterodaktyli i tyranozaurów.
– A dziś przy jedzeniu Ethan powiedział, że dinozaury umarły, bo się wszystkie przeziębiły – opowiada Anna – ale i tak nikt mu nie uwierzył.
Brian uśmiecha się szeroko.
– A jak ty sądzisz? Dlaczego dinozaury wymarły?
– Bo… ee… bo miały milion lat. – Anna spogląda na tatę. – A były wtedy urodziny?
W drzwiach staje hematolog.
– Witam wszystkich – mówi, wchodząc do sali. – Mama potrzyma córeczkę na kolanach, tak?
Siadam więc na stole do badań i biorę Annę na ręce. Brian staje obok, tak żeby mógł w razie potrzeby przytrzymać ją za ramię i za nogę.
– Gotowa? – To pytanie do Anny, która wciąż jeszcze się uśmiecha. A potem lekarz bierze do ręki strzykawkę.
– Jedno maleńkie ukłucie – obiecuje. Źle. Nie te słowa. Anna momentalnie zaczyna się rzucać. Jej ręce biją mnie po twarzy, po brzuchu. Brian nie może jej złapać. Przez wrzaski małej przebija się jego krzyk:
– Miałaś jej o wszystkim powiedzieć!
Do sali powraca lekarz; nawet nie zauważyłam, że wyszedł. Prowadzi ze sobą kilka pielęgniarek.
– Dzieci nie lubią zastrzyków, zastrzyki nie lubią dzieci – żartuje.
Pielęgniarki zabierają Annę z moich rąk. Ich łagodne głosy i jeszcze łagodniejszy dotyk szybko uspokajają dziecko.
– Nie bój się – mówią. – My się na tym dobrze znamy.
Déjà vu. Patrzę na tę scenkę i widzę Kate tego dnia, kiedy wykryto u niej białaczkę. Ostrożnie z życzeniami, myślę. Anna naprawdę jest taka sama jak jej siostra.
Odkurzam pokój dziewczynek. Nagle niechcący zawadzam rączką odkurzacza o akwarium. Herkules śmiga w powietrzu. Słój ocalał, ale odszukanie rybki rzucającej się na suchej podłodze pod biurkiem Kate zajmuje mi dłuższą chwilę.
– Trzymaj się, kolego – szepczę, wrzucając go do wody. Zabieram słój do łazienki i dolewam wody do pełna.
Herkules wypływa brzuchem do góry. Tylko nie to, błagam w myślach.
Przysiadam na skraju łóżka. Jak ja teraz powiem Kate, że zabiłam jej rybkę? A może mała nie zauważy, jeśli szybko pobiegnę do sklepu i przyniosę drugą taką samą?
Nagle obok mnie jak spod ziemi wyrasta Anna. Akurat wróciła z porannych zajęć w przedszkolu.
– Mamusiu, a dlaczego Herkules nie pływa?
Wyznanie winy mam już na końcu języka, ale w tym momencie rybka nagle przewraca się z boku na bok, daje nurka i po chwili zaczyna z powrotem krążyć dookoła swojej kuli.
– No widzisz – mówię. – Nic mu nie jest.
Pięć tysięcy limfocytów to za mało. Doktor Chance prosi o dziesięć. Termin pobrania krwi wypada w samym środku przyjęcia urodzinowego koleżanki z klasy Anny. Przyjęcie ma się odbyć w klubie gimnastycznym, na sali do ćwiczeń. Pozwalam Annie pójść tam na chwilę, złożyć życzenia, a potem jedziemy prosto do szpitala.
Solenizantka wygląda jak krucha księżniczka z porcelany; jest kopią swojej mamy w miniskali. Zsuwam z nóg pantofle i stąpam ostrożnie po miękkiej macie, rozpaczliwie usiłując przypomnieć sobie ich imiona. Mała nazywa się… Mallory. A mama? Monica? Margaret?
Od razu dostrzegam Annę. Siedzi razem z trenerką na batucie; obie podskakują jak popcorn na patelni. Mama Mallory podchodzi do mnie z uśmiechem rozpiętym na twarzy jak sznur światełek choinkowych.
– Pani jest pewnie mamą Anny. Nazywam się Mittie – przedstawia się. – Tak mi przykro, że Anna musi już iść. Oczywiście rozumiemy sytuację. To wspaniałe, że otrzyma pani szansę, aby dotrzeć tam, gdzie było tak niewielu.