Próba Ognia
- Автор: Сандему Маргит
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Próba Ognia». Краткое содержание книги:
Móri i jego przyjaciele odkrywają tymczasem nową możliwość rozwiązania zagadki znaku Słońca. Móri, Tiril i Erling, nie bacząc na żadne przeszkody, wyruszają na pełną przygód wyprawę, gotowi przejść przez próbę ognia.
Do wyjścia nie miała wcale tak daleko, zaledwie drugie tyle co do zwłok mnicha, ale musiała się przecisnąć tuż – tuż obok szkieletu i ten odcinek drogi zdawał się nie mieć końca. Wciąż z trudem przełykała ślinę, słyszała trzask łamanych kości pod swoimi kolanami, krzyczała głośno, ale wytrwale pełzła naprzód, kierując się w stronę światła. Zapłakana i rozszlochana.
– Jak ty wyglądasz – rozległ się nagle skrzekliwy głos Nidhogga, rozbawiony, ale i pełen czułości. Tak jej się przynajmniej zdawało. – Chodź!
Nietrudno było ją przekonać, że ma biec na skraj lasu do Erlinga i Móriego.
Tiril nie była w stanie wykrztusić ani słowa, płakała tylko wciąż w szoku i oddała im „księgę”.
– To więcej niż można wymagać od kobiety – powiedział Nauczyciel. – Jest nam wstyd, że musieliśmy ją popędzać.
Móri osuszył jej twarz i oczyścił ubranie. Dyskretnie usunął kości dłoni, które wczepiły się w fałdy jej sukni.
– Włosy masz w strasznym stanie – powiedział, próbując wytrząsnąć z nich ziemię. Potem wytarł jej nos. Tiril powoli odzyskiwała równowagę.
– Co ja takiego znalazłam? – spytała Erlinga, trzymającego w rękach kamienną księgę.
– To bardzo interesujące – odparł. – Te staroświeckie litery dość trudno pojąć, ale, Tiril… Myślę, że znalazłaś, śpiących wielkich mistrzów!
– Jednego na pewno – wykrztusiła z trudem i opowiedziała o tym, jakiego wstrząsu doznała na widok rozpłatanego mnicha. – Jeśli to nie on jest wielkim mistrzem, to już sama nie wiem, kogo szukamy.
Zeszli dróżką kawałek w dół i znaleźli się w małym zagajniku, skąd nie było widać upiornych ruin. Ich samych też nikt by tu nie zobaczył. Niedaleko, w dole, widzieli małą kotlinkę i domyślali się, że są bardzo blisko skalistego wzniesienia. Tylko że teraz niżej niż poprzednio.
Podziękowali swoim przyjaciołom duchom za nieocenioną pomoc i obiecali, że odtąd będą ich wzywać znacznie częściej.
– Dlaczego zawsze mamy was wołać jedynie w potrzebie? – zastanawiał się głośno Móri. – Dlaczego nie pomyśleć o jakimś wspaniałym przyjęciu w Theresenhof?
Wszyscy uznali, że to świetny pomysł. Tiril i Erling również, choć Tiril niepewnie pomyślała o menu. Bo co właściwie jadają duchy?
Na koniec wyściskała Zwierzę, przytuliła policzek do jego głowy i powiedziała cicho: „Dziękuję ci, mój przyjacielu. Często o tobie myślę”.
Wkrótce duchy zniknęły i nagle ludzie poczuli się bardzo samotni w ciemnym lesie.
– Wiecie co? – rzekł Erling nieoczekiwanie dla samego siebie. – Ja ich lubię!
– Oczywiście – odparł Móri spokojnie.
– No jasne – potwierdziła Tiril z naciskiem.
– Ale teraz nie mogę już dłużej tłumić ciekawości oświadczył Móri. – Chodźcie, rzućmy chociaż okiem na te tablice, zanim się całkiem ściemni. Potem szybko stąd zmykamy!
Wyszli na skalną półkę, gdzie było trochę więcej światła. Wszyscy pochylili się nad „księgą”.
– Zaczynamy od górnej – zaproponował Erling. – Patrzcie! Patrzcie na rysunek!
Wszyscy widzieli wyraźnie. Znak słońca z lekko falistymi promieniami. Ta płyta leżała na samym wierzchu i została chyba trochę nadgryziona zębem czasu, ale mogli bez trudu odczytać dość niewyraźne pismo.
– Uff, to okropnie stare – westchnęła Tiril.
– Powinienem sobie z tym poradzić – rzekł Erling. – Jestem przyzwyczajony do starych hanzeatyckich dokumentów. To ten sam styl. Zaraz zobaczymy… Mój Boże, po francusku! Dlaczego akurat ten język, który znam najsłabiej?
– Dziwne, ja też nie pojmuję, skąd się tu wziął napis po francusku – westchnęła Tiril zmartwiona.
– No cóż, znajdujemy się przecież w związku szwajcarskim, a to tereny trójjęzyczne. W Szwajcarii mówi się po niemiecku, po francusku lub po włosku. No i właśnie jesteśmy bardzo blisko francuskojęzycznych kantonów.
– To wygląda beznadziejnie – mruknęła Tiril. – Czyżbyśmy mieli do czynienia z jakąś organizacją obejmującą cały świat?
– Może nie cały świat – odparł Móri. – Ale przecież, od dawna wiedzieliśmy, że jest w to zamieszanych wiele krajów. No, co tam odcyfrowałeś, Erlingu?
Erling sylabizował:
– “Les Grand… Ma…res…” To ostatnie, to z pewnością ma być „Maitres”, potem brak rodzajnika i następuje słowo „Ordre”, znowu coś wypadło, a wszystko kończy się pompatycznie: „Soleil Sainte”. Tak, w swobodnym przekładzie powinno to chyba brzmieć: „Wielcy Mistrzowie Zakonu Świętego Słońca”. Tiril, ty naprawdę odnalazłaś „śpiących wielkich mistrzów”. Te tablice opowiadają chyba o nich.
Tiril rozpromieniła się, jakby sama była świętym słońcem.
Ale pod spodem jest coś jeszcze – wskazał Móri.
– No, masz rację. Zobaczmy, co to. Jakieś takie małe i znowu po francusku – narzekał Erling.
– Tłumacz od razu, jeśli możesz – poprosiła Tiril.
– Spróbuję.
Erling mozolnie sylabizował napis. Wielu liter brakowało, w końcu jednak zdołał uchwycić sens.
– Tu jest napisane: „Mistrzowie nowego czasu”.
– Nowego czasu – jęknęła Tiril rozczarowana. – Nie było ich chyba zbyt wielu.
– Zobaczymy. Trzeba odwrócić kamień.
W milczeniu przyglądali się kolejnej płytce.
– Oj – szepnęli jednocześnie Tiril i Móri. Kiedy dwoje ludzi żyje ze sobą przez wiele lat, uczą się podobnych reakcji, które wyrażają w ten sam sposób.
– „ORDOGNO ZŁY Z LEON” – czytał Erling. – „Wielki Mistrz A. D. 953 – 960. Obrońca kamienia Ordogno”.
– Mamy zatem „Stain Ordogno” – powiedział Móri. – Co tam jest dalej?
– Brak nam teraz czasu, by studiować wszystko dokładnie, ale o tym draniu to chciałbym się dowiedzieć czegoś więcej – syknął Erling. – Tylko że mój francuski nie jest za dobry. Napisano tu mniej więcej coś w tym rodzaju „Pierwszy, który objął Zakon Świętego Słońca po tym, jak spoczywał on przez wiele wieków w spokoju. Ordogno Zły wiedział wszystko o starym zakonie z Rzymu i wyrył wszystko, co mu było wiadome, na tak zwanym kamieniu Ordogno”.
– Dziękuję ci – szepnął Móri. – Czytaj dalej!
– „Ale zapis na tym kamieniu znany jest tylko wielkim mistrzom. I także to, gdzie się kamień znajduje”.
– Znakomicie! – zawołała Tiril. – Dalej!
– Nie, dalej już nic nie ma.
– No to następna tablica!
Erling odwrócił płytę. Nie, tablica jest potłuczona, tekst rozbity, całkiem się zatarł.
– Jaka szkoda – szepnął Móri. – A może kolejne…
Móri odwrócił jeszcze jedną tablicę, z tym samym, niestety, skutkiem. Ale później znowu natrafili na jako tako czytelny tekst i nadzieja powróciła.
– „ROBERT LE DIABLE, KSIĄZĘ NORMANDII, Wielki Mistrz A. D. 1020 – 1035”. Nie, to przecież historyczna postać. Robert Diabeł zwany też Szczodrym lub Wspaniałym, czyż to nie on był ojcem Rolfa Piechura?
– Nie, nie ojcem, był jego krewnym, a poza tym ojcem Wilhelma Zdobywcy – wyjaśniła Tiril. – Rzeczywiście żelazny człowiek. Pomordował swoich zbuntowanych wasali, nikomu nie przepuścił. Co tam o nim mamy?
– Nic. Wszystko zatarte. Okazuje się, że zależy, z jakiego gatunku kamienia została zrobiona płyta. Na granicie zachowało się wspaniale, ale wapień jest kiepskim materiałem.
– Popatrzmy na następną tablicę!
– Czy mamy jeszcze na to czas? – zapytał Móri niespokojnie.
– Zostało ich jeszcze tylko parę – zapewnił Erling. – „DROGO Z NEAPOLU. 1040 – 1051”. O nim napisano niewiele. Tylko to, że był słaby. Chcieli pewnie przez to powiedzieć, że był sympatycznym człowiekiem, bo wydaje mi się, że w to wszystko zamieszane jest wiele zła i wszelkiego diabelstwa. Potem znowu mamy płytę z wapienia, ta rozsypuje mi się pod palcami. No, a następna… O, spójrzcie!