Nefrytowy Różaniec
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #12
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Nefrytowy Różaniec». Краткое содержание книги:
Skąd się wziął nefrytowy różaniec, który pomaga Fandorinowi w skupieniu się? O co staje do pojedynku z samym Sherlockiem Holmesem? Kim jest podstępna „czerwona perła prerii”? Pasjonująca fabuła, klimat i kapitalne nawiązania do klasycznych mistrzów gatunku.
Pogromcy węża wpychali broniącego się rozpaczliwie gada do worka, ale Tulipanow był teraz nieskończenie daleki od tej niegodnej uwagi krzątaniny.
Tu znowu rozległ się znajomy głos, mówiący z wyrzutem:
– A nieładnie, panie B-blinow. Nazywać przyjaciółkę „gadziną”, życzyć jej śmierci?
– Szefie, to pan?! – wydyszał Anisij, wpatrując się ze zdumieniem w zaczerwienionego po walce wiejskiego głupka. Jak to możliwe?
Idiota uśmiechnął się do sekretarza gubernialnego szczerbatymi ustami i zabuczał. Zamiast niego odpowiedział stary pijanica:
– P-piękne dzięki, Tulipanow. Ma pan zbyt wysokie mniemanie o moim talencie maskaradowym.
Młody człowiek nawet nie próbował pojąć, jakim sposobem stary pijak nagle przedzierzgnął się w jego szefa – cóż znaczą sprawy doczesne, kiedy życia pozostało tak niewiele i ciągle wycieka kropla po kropli. Nieważne, jakim cudem znalazł się tu Erast Pietrowicz, lepszy pożegnalny podarunek trudno byłoby sobie wymarzyć.
– Żegnaj, szefie… – tchnął Anisij resztkami powietrza, jakie jeszcze pozostało mu w płucach.
Erast Pietrowicz ściągnął brwi.
– No, no, Tulipanow! Tylko niech panu nie strzeli do głowy naprawdę wyzionąć ducha. Wstyd umierać po prostu ze strachu.
Sekretarz gubernialny spojrzał z wyrzutem na ukochanego mentora. Jak można obrażać umierającego, Eraście Pietrowiczu? To grzech.
W poczuciu krzywdy Anisij wydusił z siebie jeszcze trochę powietrza, dosłownie łyczek.
– Jad… i straszny ból…
– Pewnie, że boli – takie zębiska to nie żarty. – Szef w zadumie obejrzał rękawiczkę, całą podziurawioną zębami węża. – B-brezentu nie przegryzł, ale giemzę bez trudu. Boli, ale nie ma niebezpieczeństwa. Ten wąż nie jest jadowity. To połoz amurski, Tulipanow. Po przeczytaniu pańskich raportów i wysłuchaniu zeznań Angeliny Kraszeninnikowej – jest bardziej spostrzegawcza niż pan – zajrzałem w gminnej czytelni do atlasu zoologicznego. Wspaniały egzemplarz, nieprawdaż, Antonie Maksimilianowiczu?
Prezes ziemstwa był blady i trząsł głową, jakby odpędzał jakiś omam.
Anisij bez słowa – mówić już nie mógł – dotknął palcem swojej grdyki: a ten paraliż oddechowy? Szef polecił:
– No, niech pan powie: „A-psik!”.
Tulipanow zdziwił się, ale kichnął. I – cud prawdziwy – sam nie spostrzegł, jak nabrał trochę powietrza. Potem jeszcze raz, jeszcze raz i wreszcie odetchnął pełną piersią.
– A coś pan za jeden, panie przebieraniec? – zapytał prezes, otrząsnąwszy się z szoku. – Kto to jest, Anisiju Pitirimowiczu? I co za dziwne insynuacje pod moim adresem?
Erast Pietrowicz odwrócił się do niego.
– Asesor kolegialny Fandorin, do usług. Jak widzę, ma pan nową piersiówkę? – wskazał błyszczącą miedzianą flaszkę, wiszącą u pasa Antona Maksimilianowicza. – A gdzież to stara? Założę się, że była w zamszowym futerale i miała śliczną srebrną zakrętkę, służącą za kieliszek.
Propozycja tego dziwnego zakładu wywołała zdumiewający efekt. Wybraniec społeczeństwa przestał protestować i cofnął się.
VI
– Niech się pan przyzna, Tulipanow, czytał pan p-protokół, który mi pan przedwczoraj wysłał? Ten, w którym isprawnik opisuje miejsce śmierci Kraszeninnikowa? – Szef patrzył na swego pomocnika z wyrzutem.
– Nie, a po co? Po prostu kazałem mu od razu pisać przez kalkę… Przecież widziałem wszystko na własne oczy i przedstawiłem to panu w raporcie.
– I w tym cała rzecz. Pan napisał, że na stole stała flaszka w zamszowym futerale z kieliszkiem, a isprawnik żadnej piersiówki nie zauważył. To oznacza, że kiedy pan leżał bez z-zmysłów, owa flaszka w tajemniczy sposób zniknęła ze stołu. Przecież połoz jej ze sobą nie zabrał, prawda?
Anisij zamrugał oczami i ściągnął jasne brwi.
– Tam nie było nikogo oprócz mnie i córki Kraszeninnikowa!
– Właśnie dlatego najpierw podejrzewałem dziewczynę. Wczoraj wieczorem Jej Cesarska Mość ze świtą wreszcie odjechała do Petersburga i natychmiast wyruszyłem tutaj. Odszukałem w Iljińskiem Kraszeninnikową i dokładnie ją wypytałem. Gdyby zeznała, że nie widziała żadnej piersiówki – to by znaczyło, że ona jest z-zbrodniarką. Wszak ocknęła się wcześniej niż pan. Ale Kraszeninnikowa doskonale widziała i opisała flaszkę, jednocześnie zaś przypomniała sobie, że gdy wyszła z omdlenia, flaszki na stole nie było. Z tego wynika, że nieopodal znajdował się ktoś trzeci, kto obserwował was z ciemności. Kiedy Kraszeninnikowa szczegółowo opisała mi węża i ustaliłem, że jest to nieszkodliwy połoz, stało się dla mnie jasne: rządca nie zmarł od ukąszenia. Trucizna znajdowała się najprawdopodobniej we flaszce, która w t-tajemniczy sposób zniknęła. Jakiś gość, którego Samson Stiepanowicz przyjmował w swojej stróżówce, poczęstował go zatrutym napitkiem, a potem zrobił na szyi trupa dwa malutkie nacięcia, imitujące ukąszenie węża. Domorosłego gminnego eksperta ten fortel świetnie wyprowadził w pole. Ponieważ połoz okazał się właśnie amurski, z łatwością wytypowałem prawdziwego mordercę.
Fandorin patrzył już nie na Anisija, ale na prezesa ziemstwa, który stał nieruchomo, gryząc pobladłe wargi.
– Kto poza panem, Blinow, mógł przywieźć tu amurskiego połoza? W ubiegłym roku wrócił pan z Dalekiego Wschodu. Skór tygrysich pan nie przywiózł, ale za to zdobył pan wspaniałe żywe trofeum. Cel miał pan niewinny, a nawet chwalebny: odstraszyć chłopów kłusowników od Gniłowskich Bagien, żeby nie tępili rzadkich gatunków ptactwa i nie przeszkadzali panu polować. Plan był dowcipny i świetnie się powiódł. Ale poza przesądnymi chłopami pańskiego połoza zobaczył też Kraszeninnikow. W każdym razie wiedział, że Skarpeja nie jest wymysłem miejscowych histeryczek, ale śledczemu o tym nie wspomniał. Pewnie się bał, że zostanie uznany za szaleńca. A właśnie, Tulipanow, od samego początku nie podejrzewałem Samsona Stiepanowicza. Wie pan dlaczego? Dlatego, że rozrzucał nad brzegiem stawu zatrutą przynętę dla węża.
– Dlaczego zatrutą, szefie? – zdziwił się Anisij. – Skąd panu to przyszło do głowy?
Fandorin tylko westchnął.
– A k-kotka oficjalisty Sieriogina? Przecież to oczywiste, że zgubił ją przysmak Kraszeninnikowa. Nie, Samson Stiepanowicz nie uwierzył w zaczarowaną Skarpeję i pan, panie Blinow, uznał, że bezpieczniej będzie wyekspediować go na tamten świat. Przy tym wpadł pan na pomysł, by zwalić wszystko na Kraszeninnikowa, i to się panu prawie udało. Odwiedził go pan w stróżówce, poczęstował zatrutą wódką i odpowiednio zaaranżował miejsce zbrodni. Włożył pan do kieszeni zabitego trzcinową fujarkę, przyniósł miskę na mleko, a worek z myszami i żabami biedny Samson Stiepanowicz sam przygotował – dla pańskiej ekspozycji jak znalazł. Zapomniał pan jednak zabrać flaszkę ze stołu i musiał po nią wrócić. Zakomponowana przez pana martwa natura z wężem przeraziła naocznych świadków do utraty przytomności, toteż bez p-przeszkód usunął pan poszlakę, ale w głębi duszy czuł pan niepokój. Dziewczyną niezbyt się pan przejął – ona nie miała po co wracać do Baskakowki, ale Tulipanow… A nuż przeczyta jednak protokół isprawnika i zwróci uwagę na zniknięcie flaszki? No i wymyślił pan zręczny i całkowicie dla pana bezpieczny sposób pozbycia się świadka. Zaprowadził pan Tulipanowa prosto do nory, w której żył oswojony przez pana wąż, i skłonił go pan…
– Za pozwoleniem! – przerwał swemu oskarżycielowi Anton Maksimilianowicz. – Sam pan przecież powiedział przed chwilą, że wąż jest niejadowity. Skoro jestem takim łotrem, jak mnie pan tu przedstawił, to pański pomocnik, wsadzając rękę do nory, niczego nie ryzykował!
– Na przykładzie pani Baskakowej miał pan okazję się przekonać, że strach i autosugestia mogą zabić wrażliwego człowieka pewniej niż nóż. Tulipanow był przekonany, że ukąszenie węża jest śmiertelnie trujące, i święcie wierzył w p-paraliż dróg oddechowych. W tej sytuacji naprawdę by się udusił – wszystko na to wskazywało.