Rzeź bezkręgowców
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Rzeź bezkręgowców». Краткое содержание книги:
Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że Górski usilnie chce mnie czymś zająć dla świętego spokoju…
Kurort. Busko – Zdrój. Sanatoria tam się znajdują…
Coś mi się snuło wokół nieznajomej miejscowości, jakby cień woni, której nie mogłam rozpoznać. Miałam wrażenie, że powinnam się nad czymś zastanowić i coś odgadnąć, ale wysiłki umysłowe nie dawały rezultatów. Wreszcie przyszło skojarzenie, sanatorium, oczywiście, sąsiadka Wiśniewska powiadomiła mnie, że uroczy pan Wystrzyk udał się do jakiegoś sanatorium, jasne, myśl o Ewie Marsz tkwiła we mnie zakorzeniona zapewne bez sensu, ale rzetelnie, rozrastała się i wszystko, co mogło jej dotyczyć, usiłowało zagnieździć mi się trwale pod ciemieniem. Nie swąd, tylko zwyczajna obsesja.
Jednakże nie wytrzymałam, pojechałam na Czeczota.
Krótko wprawdzie, za to intensywnie zastanawiałam się nad jakimś prezentem dla pani Wiśniewskiej. Flachę…? Nie wyglądała na pijaczkę. Jakaś ekstraordynaryjna kawa, herbata…? Poczyta mi to za aluzję do poczęstunku i ugrzęźnie w kuchni, nie chcę. Ciasteczka, czekoladki…? Ruszy całe przyjęcie, gwarantowane. Kwiatek! Najlepszy byłby kwiatek, może nawet w wazoniku, ale przecież nie idę do niej, idę do tych Wystrzyków, których, mam nadzieję, ciągle jeszcze nie ma, to niby, co, z kwiatkiem lecę do rykliwego potwora…? Na głowę upadłam?
Zrezygnowałam z prezentu.
Udało mi się, nie było u nich nikogo, a pani Wiśniewska czuwała. Poznała mnie od razu, zresztą na wszelki wypadek ubrałam się tak samo jak przy poprzedniej wizycie, prawie zostałam wciągnięta do mieszkania.
– No to jak, znalazła pani tę ich Ewę? – spytała chciwie, zaskakując mnie doskonałą pamięcią. – Bo ich nie ma, ale tylko patrzeć jak wrócą, na krótko podobnież pojechali, dwa tygodnie albo i mniej i znowu się zacznie. Znalazła pani? I gdzie ona?
Musiałam szybko podjąć decyzję, powiem prawdę i do tatusia dojdzie, Ewa rzeczywiście będzie musiała uciekać do tej Nowej Zelandii…
– A pani im nie powie?
Pani Wiśniewska aż się cofnęła z oburzeniem, wręcz ze zgrozą, poczerwieniała.
– A co też pani…! On to by chciał, jeszcze jak, akurat! Niech trupem padnę, żeby mu taką przyjemność zrobić! A jej też ani słowa, zaraz gębę do niego rozewrze i wszystko wyklepie. Za nic!
Ujrzałam w niej sprzymierzeńca.
– No owszem, niby znalazłam, ale to cały łańcuch do niej. Do mojej przyjaciółki się zgłosiła przez telefon, jakoś tam do niej dotarło, że ona jej szuka. Nie ma jej w Polsce, po całej Europie się plącze, chwilowo we Francji siedzi i zdaje się, że do Włoch się wybiera.
– I za co to tak? – zgorszyła się pani Wiśniewska. – Kto niby za to płaci?
– Sama płaci. To wcale nie tak drogo wypada, istnieją tanie hotele, pensjonaty, wyżywić się można za grosze…
– Akurat. Grosze, nie grosze, po ulicy nie zbiera.
– Ma przecież pieniądze…
– Akurat! Chyba, że te jej gachy czy tam opiekuny, co to ją tak za uszy ciągli, teraz jeszcze jej dają. Sama to ona tam nic z siebie, co to, nie wie pani, jak to jest? Telewizja ją wypchała do góry, szum wielki zrobili, te tam różne figury, ważniaki, niech ona nawet byle, co pokaże, już oni z tego majątek mają, dla niej ochłapy, a dla nich reszta, chociaż się podobnież postawiła i coraz więcej jej tkali, to może i ma… Ale bez nich nic nie będzie miała, aż jej w końcu całkiem zabraknie i do tatusia będzie musiała wrócić z podkulonym ogonem, to ja się nawet trochę dziwię, że ona się stawia i wyjechała. Wyjechała naprawdę? I kiedy? Dawno?
Rewelacyjne wieści prawie mnie zatchnęły, ale udało mi się wydobyć z siebie głos i powiedzieć, że siedem miesięcy temu. Ten jeden miesiąc mogłam jej dołożyć bez wyrzutów sumienia.
– Znowu, znaczy, uciekła. Co i raz to od jakiegoś ucieka, ale tyle to ja rozumiem, jak jej porządniej zapłacą, znowu wróci. Nie ma ona szczęścia, tyle, że jak od tego rykacza poszła, chociaż te wielkie szychy się nią zajęły i blisko żłobu miejsce zrobiły…
Z wielkim wysiłkiem opanowałam wstrząs, ujawniając za to powątpiewanie.
– Kto tak powiedział? Skąd pani przyszło do głowy…
– No jak to? Ten przyjaciel kochany, ten Florcio, co też go rzuciła, latał tu i się skarżył, sam ją wypchnął, wywindował, na jego rękach wyjechała do góry i tak mu się odwdzięczyła…
Pani Wiśniewska najwyraźniej w świecie miała jakiś przypływ niechęci do Ewy Marsz. Nabierała rozpędu. Możliwe, że nieobecność tatusia i chwila wytchnienia przestawiła ją na nieco inny, acz zbliżony, temat.
– A ten rykacz, jak o tym słyszał, to aż mnie się tynk sypał na głowę, i nic, tylko o pierzu, pierze i pierze, że ona na cudzych karkach tym pierzem porasta, tego znieść nie mógł całkiem. Ze swojego Floriana siódme poty wyciskał, a kto tam tak za nią, kto tam ją reklamuje, kto tam tak ją wysławia i te dobrodziejstwa jej sypie, kto tam za nią wszystko robi, a dla niej chwała. Dla niej chwała, a dla nich pieniądze. Głupia ona, bo samą chwałą nikt się nie pożywi, chociaż tu słyszę od pani, że trochę rozumu nabrała. Ja tam jej dobrze życzę i powiem pani, że tak całkiem w to gadanie nie wierzę, już w końcu niemożliwe, żeby do niczego zdatna nie była, i szkołę skończyła, i w ogóle, on tak chyba w nerwach więcej gadał niż było…
Zalęgły mi się podejrzenia, że pani Wiśniewska podsłuchiwała piętro wyżej przy dziurce od klucza.
– …a nic bym z tego prawie nie słyszała, żeby nie te ryki, bo każde słowo to rykadło w złości powtarzało. Głuchy by usłyszał, a ja, dziękować Bogu, głucha nie jestem. A pani jak myśli? Dobrze gadał, czy nie?
Pytanie padło dość nagle i, skołowana doszczętnie, omal nie przeprosiłam pani Wiśniewskiej za niesłusznie zaległe podejrzenia. Zdementować gadanie Poręcza…? Ależ bardzo chętnie, Ewie to chyba nie zaszkodzi.
– E tam, dobrze. Szkalował ją i obszczekiwał, ma pani rację, że w nerwach. I wcale jej nie pomagał, przeciwnie, raczej przeszkadzał. To zdolna dziewczyna, sama pracuje, chociaż faktem jest, że inni się na niej bogacą…
– No i dobrze mu tak – przerwała pani Wiśniewska mściwie. – Bo tak chciał, żeby jej nic nie wyszło, a wszystko tylko z tatusia ręki miała, a jakby się, kto miał bogacić, to tylko on sam! A zły był niemożliwie!
Udawało mi się jakoś wyłapać, kiedy jest mowa o tatusiu, a kiedy o Poręczu.
– Ze złości się rozchorował…?
– Jakie rozchorował, co też pani? Zdrowy jak byk!
– Ale do sanatorium…
– No to nie z choroby żadnej przecież, tak sobie, dla rozrywki pojechał, ktoś tam znajomy mu naraił, że jeszcze przed sezonem, to tanio wypada. Niby mamrotał, że coś tam ma, reumatyzm czy coś, wielkie mi, co, a kto nie ma? Reumatyzm będzie leczył! Jeszcze udawał, że kuleje!
– I gdzie to sanatorium na reumatyzm?
– A bo ja wiem? Nie mówił. Ona coś tam bąkała, że i jej się przyda, ale gdzie tam jej się co przyda, jak jego ma na głowie!
– A czym pojechał? Ma samochód?
– Ma takie pudło stare, ale jakoś mu ciągle jeździ. I tym pudłem pojechali. Zielone. Opel to się podobnież nazywa, tak mówił… ale co ja gadam, jakie tam mówił, ryczał! Aż szyby brzęczały. Pod domem to trzyma i nawet nikt mu ukraść nie chce…