Człowiek plus [Man Plus - pl]
- Автор: Пол Фредерик
- Год: 1986
- Язык: польский
- Год: Iskry
- ISBN: 83-207-0882-6
- Переводчик: Marek Marszal
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Człowiek plus [Man Plus - pl]». Краткое содержание книги:
Śledzimy więc frenetyczne wysiłki Amerykanów, którzy szykują się do eksperymentu: astronauta Roger Torraway, spreparowany przez lekarzy i cybernetyków, ma jako cyborg wylądować na Marsie. Ten eksperyment służy Pohlowi do rozważań nad osobistą tragedią człowieka, który ma odegrać tę pionierską rolę.
Kiedy Amerykanie odnoszą sukces umieszczając Rogera Torrowaya na Marsie, okazuje się, że przez cały czas byli igraszką w rękach… komputerów.
— Możemy tam posłać na górę człowieka, generale — zaproponował zastępca szefa bezpieczeństwa. — Dwóch naszych ludzi siedzi przed domem w samochodzie.
Na ekranie przesunął się obraz z kamery helikoptera, która ustawiła się po chwili sześćset metrów nad placem Ratuszowym w mieście Tonka. Kamera pracowała na podczerwieni i w górnym rogu ekranu szeroka wstęga Kanału Okrętowego zakreślała skraj miasta. Prostokąt czerni otoczony ruchomymi światełkami samochodów poniżej środka ekranu przedstawiał plac Ratuszowy; przy domu Rogera widniała czerwona gwiazdka znacznika.
Zastępca szefa bezpieczeństwa wyciągnął rękę i dotknął pobliskiej plamki świetlnej, pokazując swój samochód.
— Mamy z nimi łączność telefoniczną, generale — ciągnął. — Nie widzieli, jak wchodził pułkownik Torraway.
Sulie wstała.
— Odradzam to — rzekła.
— Wasze rady nie cieszą się u mnie w tej chwili popularnością, majorze Carpenter — warknął Scanyon.
— W każdym razie, generale… — umilkła na widok uniesionej dłoni Scanyona.
Z głośnika dobiegł cichutki głos Dorki: „Zrobię sobie herbaty”. A potem Rogera: „A może ja bym ci zrobił coś mocniejszego?”. I jej prawie niesłyszalne: „Nie”.
— W każdym razie — podniosła głos Sulie — on jest teraz zupełnie zrównoważony. Nie spieprzmy tego.
— Nie mogę pozwolić, żeby on tam sobie siedział! Kto wie, co on do cholery zrobi za chwilę? Pani?
— Wie pan, gdzie on jest. Sądzę, że nie ruszy się z miejsca, przynajmniej przez jakiś czas. Don Kayman jest niedaleko stamtąd i jest jego przyjacielem. Niech pan poleci Kaymanowi przywieźć Rogera.
— Kayman nie jest żadnym specjalistą w walce.
— Tego właśnie pan pragnie? Jeżeli Roger nie zechce wrócić po dobroci, to co pan właściwie zamierza zrobić?
„Chcesz herbaty?”
„Nie… Nie, dziękuję”.
— I proszę to wyłączyć — dodała Sulie. — Zostawmy biedakowi choć odrobinę intymności.
Scanyon powoli wyciągnął się w fotelu, bębniąc dłońmi w blat biurka, obydwiema jednocześnie, leciuteńko. Nagle podniósł słuchawkę i wydał rozkazy.
— Załatwimy to raz jeszcze po waszemu, majorze — rzekł. — Nie żebym miał do was wielkie zaufanie. Po prostu nie mam też wielkiego wyboru. Nie mogę wam niczym grozić. Jeśli znowu nic z tego nie wyjdzie, wątpię, abym miał jeszcze możliwość karania kogokolwiek. Ale jestem absolutnie pewny, że ktoś to zrobi.
Telesfor o Ramez rzekł:
— Sir, rozumiem pańskie stanowisko, ale wydaje mi się, że to jest niesprawiedliwe wobec Sulie. Symulacja wykazuje, że jemu spotkanie z żoną jest niezbędne.
— W symulacji, doktorze Ramez, chodzi o to, że ma ona wskazywać nam, co się wydarzy, zanim się to wydarzy.
— Tak, ale ona wskazuje również, że Torraway jest w zasadzie całkiem zrównoważony pod każdym względem. Da sobie z tym radę, generale.
Scanyon podjął bębnienie w biurko.
— On ma złożoną osobowość — mówił Ramez. — Widział pan rozkłady jego Testów Apercepcji Podmiotowej, generale. Ma silnie rozwinięte wszystkie popędy pierwotne, sukcesu, przynależności i słabszy, choć zdrowy — władzy. Jego zachowanie nie jest manipulacyjne. Jest introspekcyjne. On musi sobie wszystko przetrawić w głowie. Takich właśnie cech pan sobie życzy, generale. Będą mu wszystkie potrzebne. Nie może pan żądać od niego, żeby był kimś jednym tutaj, w Oklahomie, a kimś innym na Marsie.
— O ile się nie mylę — powiedział generał — właśnie coś takiego mi obiecaliście, z waszą modyfikacją behawioralną.
— Nie, generale — odparł nieporuszony psychiatra. — Obiecałem tylko, że jeśli damy mu nagrodę taką jak Sulie Carpenter, łatwiej zniesie swoje problemy z żoną. I zniósł łatwiej.
— Modbeh rządzi się swoją własną dynamiką, generale — wtrąciła Sulie. — Dość późno mnie wezwano.
— Co wy mi tu wygadujecie? — zapytał groźnie Scanyon. — Że on się załamie na Marsie?
— Mam nadzieję, że nie. Szansę są takie, jakie potrafimy stworzyć, generale. On już się w dużej mierze pozbył starych brudów, co widać w jego ostatnich TAP-ach. Ale za sześć dni od dziś jego już nie będzie i ja też zniknę z jego życia. A to niedobrze. Nie należy nigdy przerywać modbeh jak nożem uciął. Powinno się ją stopniowo wygaszać. Powoli ograniczając moją obecność, żeby dać mu szansę na umocnienie obrony.
Delikatne bębnienie w blat było teraz wolniejsze.
— Trochę późno mi to mówicie.
Sulie wzruszyła ramionami i nic nie odpowiedziała. Scanyon powiódł zamyślonym spojrzeniem dokoła stołu.
— No dobrze. Zrobiliśmy wszystko, na co nas było stać. Zwalniam was do ósmej… nie, umawiamy się na dziewiątą rano. Na tę godzinę oczekuję od każdego z tu obecnych gotowego raportu, nie więcej niż na trzy minuty, o tym, kto za co odpowiada i co mamy robić.
Don Kayman otrzymał wiadomość za pośrednictwem patrolowego wozu policji w Tonce. Ze świstem siadł mu na ogonie migając światłem i wyjąc syreną i zatrzymawszy go nakazał zawracać i jechać do Rogera. Kayman zapukał do drzwi z duszą na ramieniu, nie wiedząc, co zastanie. I kiedy drzwi się otworzyły i wyjrzały zza nich świecące oczy Rogera, Kayman szepcząc pospiesznie „Zdrowaś Mario” usiłował zapuścić spojrzenie w głąb pokoju za plecami gospodarza, żeby zobaczyć… co? Poćwiartowane ciało Dorki Torraway? Krwawą jatkę? Ale zobaczył jedynie Dorkę we własnej osobie, skuloną na fotelu i niewątpliwie zapłakaną. Ten widok niemalże sprawił mu przyjemność, jako że Kayman był przygotowany na coś znacznie gorszego.
Roger zabrał się z nim bez sprzeciwu.
— Żegnaj, Dora — powiedział i nie czekał na odpowiedź.
Miał kłopoty z wpasowaniem się w maleńki samochodzik Dona Kaymana; na szczęście mógł złożyć skrzydła. Odchyliwszy maksymalnie oparcie fotela jakoś sobie poradził, skurczony w karkołomnej pozycji, beznadziejnie niewygodnej dla każdej innej normalnej istoty ludzkiej.
Roger oczywiście nie był normalną istotą ludzką. Jego układ mięśniowy znosił długie przeciążenia w każdej prawie pozycji, da jakiej tylko mógł się nagiąć.
Milczeli obaj niemal do samego Instytutu. Wreszcie Don Kayman odchrząknął.
— Zdenerwowałeś nas.
— Ja myślę — odparł bezbarwny głos cyborga.
Skrzydła drżały mu niespokojnie, muskając jedno drugie, jakby zacierał dłonie.
— Chciałem się z nią zobaczyć, Don. To było dla mnie ważne.
— Rozumiem cię. — Kayman skręcił na obszerny, pusty parking. — No więc? — sondował. — Wszystko w porządku?
Cyborg obrócił ku niemu swoją maskę. Wielkie, wielosoczewkowe oczy zalśniły jak hebanowe brylanty, bez żadnego wyrazu.
— Jesteś bałwan, wielebny ojcze Kaymanie. Jak może wszystko być w porządku?
Sulie Carpenter marzyła z utęsknieniem o śnie, jak gdyby to był urlop na riwierze francuskiej. W chwili obecnej ani jedno, ani drugie tak samo nie wchodziło w rachubę. Wzięła dwie ampułki amfetaminy i zastrzyk B-12, sama kłując sobie ramię w miejscach, które nauczyła się znajdować dawno temu.
Symulacja Rogera uległa zniekształceniom z powodu przerwy w dopływie prądu, więc przeprowadziła ją jeszcze raz od początku, od wprowadzenia danych do odczytu. Byłyśmy zadowolone. Dało nam to okazję dokonania kilku poprawek.
Czekając na wyniki wzięła długą, gorącą kąpiel w wannie hydroterapeutycznej, a kiedy symulacja dobiegła końca, przestudiowała ją uważnie. Nauczyła się sczytywać szyfrowe wersaliki i liczby całkowite, żeby ustrzec się przed błędami programatorów, lecz tym razem nie poświęciła sprzętowi komputerowemu ani chwili i z miejsca przeszła do nie kodowanego odczytu na końcu. Była bardzo dobra w swoim fachu. A tak się składało, że jej fachem nie była praca pielęgniarki. Sulie Carpenter była jednym z pierwszych doktorów płci żeńskiej w dziedzinie medycyny kosmicznej i lotniczej. Uzyskała stopień naukowy z medycyny, specjalizację zrobiła z psychoterapii i całego mrowia pokrewnych eklektycznych dyscyplin, i przeszła do programu kosmicznego, ponieważ nic godnego uwagi nie widziała dla siebie do roboty na Ziemi. Po ukończeniu kursu astronautycznego zaczęła się zastanawiać, czy aby i w przestrzeni kosmicznej jest dla niej coś godnego uwagi. Teoretycznie praca naukowa wydawała jej się czymś takim, więc złożyła podanie o pracę w kalifornijskich zespołach naukowych i została przyjęta.