Wiedźma Opiekunka. Część 1
- Автор: Громыко Ольга Николаевна
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wiedźma Opiekunka. Część 1». Краткое содержание книги:
Czas rozpocząć prawdziwe życie. I to nie byle gdzie – na młodą czarownicę czeka już posada w Dogewie. Tak, tak, Wolha kończy swoją edukację na magicznym uniwersytecie. I to z wyróżnieniem!
Pomiędzy nią, a dyplomem stoi już tylko jedna, jedyna przeszkoda. Staż. Na zamku.
U wyjątkowo niewydarzonego władcy.
Diabeł może by sobie w takiej sytuacji nie dał rady, ale baba…
Decydujące okazało się zdanie Smołki, której nikt nie zapytał. Gdybym nie widziała tego na własne oczy, nigdy bym nie uwierzyła, że ta parszywka może zrobić naraz parę szpagatów – przednimi i tylnymi nogami. Paskudna kobyła ze złośliwym wyrazem pyska obejrzała się na zszokowane pasażerki: „Wypchajcie się sianem i idźcie na piechotę!”.
Podzieliłyśmy się z wredotą naszą szczerą opinią o leniwych oraz bezmózgich bydlętach i wylazłyśmy z siodła. Smołka jak gdyby nigdy nic po pajęczemu pozbierała wyciągnięte kończyny i wstała.
– Gdy kupię konia – burknęła Orsana – będzie to koń, a nie klaun – akrobata z wędrownego cyrku.
– Za to jest bardzo zwinna – wystąpiłam w obronie Smołki. – No, jaki jeszcze koń zgodzi się wieźć cię po zboczu górskim czy po wzgórkach na mokradłach?
– No nie, ja jednak wolę kierować koniem, niż pytać go o zgodę. Moim zdaniem, ona w ogóle nie ma pojęcia, że istnieje takie coś jak stawy. Gdzieżeś ty ją znalazła?!
– To Smołka mnie znalazła – odpowiedziałam żartem. – Przecież nikt nie oczekuje od wiedźmy, żeby jeździła na zwykłym rumaku.
– Niemniej, o ile wiem, większość magów porusza się na jak najzwyklejszych wierzchowcach – nie zgodziła się Orsana.
– Nie będę się wykłócać, ale jeżeli wszystkie zwierzęta należące do wiedźm i czarodziejów uznawane są za nasienia mroku, to dlaczego nie mieliby wybrać sobie za towarzysza prawdziwego demona? To naprawdę ułatwia sprawę, zarówno wiedźmom, jak i przesądnym chłopom.
– Ja nie jestem przesądna – prychnęła najemniczka. – A nasienia mroku nie produkują takich ilości nawozu. A zresztą, jeśli zastanowić się nad tym, czym ona się żywi, to nic dziwnego. Ale dobra, leszy z nią, będę szła obok.
– O nie, jeśli iść, to razem – stwierdziłam zdecydowanie. – I niechaj to leniwe bydlę się wstydzi!
I tak oto Szłyśmy traktem w kierunku Witiagu, niczym nie wyróżniając się z rzadkiego łańcuszka konnych i pieszych. Wyglądało na to, że Smołka rzeczywiście poczuła wyrzuty sumienia i raz na jakiś czas z parskaniem szturchała mnie pyskiem w plecy, proponując podwiezienie – niech nas leszy – obu. Jednak nam się specjalnie nie śpieszyło, a idąc obok siebie, rozmawia się znacznie wygodniej. Gadałyśmy o wszystkim i o niczym: jak robi się słynny belorski bimber – krupnik na dwudziestu siedmiu ziołach, jak po spożyciu rzeczonego krupniku król Naum stwierdził, że nadszedł czas na odwiedzenie grobowca przodków, w którym to grobowcu własnoręcznie odsunął jedną z ciężkich marmurowych płyt, zażądał rodzinnego portretu prapradziadka i długo porównywał go z leżącym w sarkofagu szkieletem – czy podobny, czy może jednak nie. O tym, jak chłopi w Winessie uważają, że najlepszym sposobem na strzygi jest poświęcona w świątyni kaszanka, którą podstępnie rozrzucają po podwórku, a strzyga się potem męczy z bólami brzucha. Czy to prawda, że złe czary można odgonić, pokazując rzucającej je wiedźmie figę albo inny pogardliwy znak. Po co w świątyniach przed wejściem kładzie się dębową gałąź i dlaczego jeden dwuręczny miecz jest gorszy, mimo że dłuższy, niż para jednoręcznych.
Jak wszyscy wiedzą, po takiej rozmowie kobiety zwykle zostają albo przyjaciółkami na całe życie, albo zadeklarowanymi wrogami. I chodzi tu wcale nie o podobieństwo czy różnicę zainteresowań i opinii, ale o stosunek do życia w ogóle.
Obie wolałyśmy poszukiwać w onym jasnych stron i kpić z ciemnych, tak że szczególnych różnic w poglądach nie zanotowałyśmy.
Pod wieczór wyprzedził nas straszliwie hałasujący wóz, do którego zaprzęgnięty był kudłaty zimnokrwisty. Za wozem, przywiązany do kraty, truchtał zgrabny izabelowaty rumak – kasztanoworudy, z jasnym ogonem i grzywą. Budowa wskazywała, że został ułożony pod siodło, ale wyglądał wyjątkowo ponuro: opuszczony łeb, niepewne ruchy, ciągłe potykanie.
Woźnica strzelił z bata i zimnokrwisty posłusznie przeszedł w nierówny kłus, a izabelowaty w płynny inochód. Wydawało się, że nie biegnie po drodze, tylko płynie nad nią.
– Ech, garny źrebaczek! – Orsana patrzyła z podziwem. – I jaki piękny bieg… Ze sto pięćdziesiąt kładni wart albo i więcej.
Rumak potknął się na równej drodze i upadł. Rozpaczliwie podrzucone nogi wzbiły chmurę kurzu. Woźnica zaklął z emfazą i ściągnął wodze. Zimnokrwisty posłusznie zatrzymał się, a rumak przetoczył się po ziemi i wstał, ciężko unosząc boki w oddechu.
Przez ten czas udało nam się dogonić wóz.
– Hej, panie szanowny, co się stało z konikiem? Kulawy jest czy co?
Chłop splunął siarczyście na ziemię:
– Gdzie tam, ślepy! Miesiąc temu oślepł, żeby go cholera. Z woropachowskiej hodowli, może panny słyszały? Najczystszych krwi rumak, po zeszłorocznych wyścigach dwieście kładni za niego dawali, ale pan nie sprzedał. A teraz prowadzę do mydlarni, tam pewnie właściciel i dwudziestu nie da, skąpiradło jedno…
Ostrożnie pogładziłam konika po długim rudym pysku przeciętym białą strzałką. Jego oczy były całkowicie ślepe, ciekła z nich ropa i pełzały muchy.
– Chyba by się nadał do ojcowego młyna, żeby chodzić w kole – powiedziałam, udając głębokie zamyślenie. – Siostrzyczko, jak myślisz?
– Tego… eee… – Orsana wytrzeszczyła na mnie oczy z wyrazem całkowitego braku zrozumienia na twarzy, ale kobieca solidarność i wrodzona domyślność szybko przeważyły: – Wydaje mi się, że tatuś nie będzie miał nic przeciwko.
– Oczywiście, że nie. – Wzruszyłam ramionami. – Na łożu śmierci powiedział, że możemy korzystać z młyna i wszystkich pieniędzy tak, jak uznamy za stosowne.
– Biedny tatko… – chlipnęła Orsana, roniąc skąpą łzę. Objęłam „siostrzyczkę” i obie z rozpaczą zapłakałyśmy sobie w ramionach.
Miła scenka rodzinna rozczuliła woźnicę, który przy okazji dostał szansę opchnięcia ślepego konia dwóm durnym, zupełnie nieznającym się na rolnictwie pannom – bo kto to widział, żeby wyścigowego konia zaprzęgać do młyńskiego koła!
– No cóż, mógłbym go chyba pannom odstąpić za… eee… dwadzieścia kładni.
Płacz przybrał na sile.
– A zresztą, ze współczucia do panien ciężkiej straty… niech już będzie, siedemnaście.
Nieznacznie szturchnęłam Orsanę w bok. Ale ona wyraźnie pożałowała wszystkich posiadanych pieniędzy i w związku z tym zaniosła się tak rozpaczliwym, przeciągłym i wibrującym szlochem, że cena natychmiast spadła do piętnastu.
Wóz pojechał dalej, a my zaprowadziłyśmy konia do najbliższego lasku.
– Ale oszust, w mydlarni by za niego nawet dziesięciu nie dali – warczała najemniczka, chowając do kieszeni wyraźnie oklapłą sakiewkę. – Wolho, po tej historii ze smokiem to ja się już niczemu nie dziwię, ale powiedz mi, czemu wymusiłaś na mnie wydanie ostatnich pieniędzy na ślepego rumaka?
– A czy to naprawdę taka poważna wada? – zażartowałam, kiwając głową w kierunku Smołki, która z entuzjazmem bobra ostrzyła kły o młodą brzózkę. Pogładziłam izabelowatego po szyi, a on westchnął głęboko, uspokajając się i przyzwyczajając do nowego zapachu. Moje ręce prześlizgnęły się po delikatnych krzywiznach lśniących policzków, po czym nakryły zebranymi w garść dłońmi ślepe oczy. – Śliczny jesteś, taki śliczny… Naprawdę wspaniały… I jaki posłuszny…
Rumak stał, jakby go kto wmurował w ziemię. Przycisnęłam swoje czoło do końskiego i zamknęłam oczy, celowo pogrążając się w nasz wspólny mrok.
Jasność, która niespodziewanie przeszyła go na wskroś, odbiła się bólem w głębi czaszki.
Dokładnie jak się spodziewałam, koń zareagował bardzo gwałtownie. Nie zarżał nawet, tylko kwiknął z rozpaczą, jak gdyby ktoś trafił go lancą, rzucił się, przysiadając na ogonie, po czym stanął dęba, prawie że wybijając mi szczękę podkutym kopytem.