Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Pożegnaj się
Pożegnaj się - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pożegnaj się

Электронная книга - «Pożegnaj się». Краткое содержание книги:

Agentka FBI, Kimberly Quincy, kocha swoją pracę. Jest jednak w piątym miesiącu ciąży i powinna zacząć już myśleć nie tylko o sobie. Pewnego dnia zgłasza się do niej młoda prostytutka, informując o zaginięciu koleżanki. Okoliczności, które przedstawia, są tak przerażające, że aż niewiarygodne. Kimberly, nie zważając na swój stan, daje się wciągnąć w niebezpieczną i wyrafinowaną grę z sadystycznym mordercą zafascynowanym pająkami.
Liczba zaginionych kobiet rośnie, wszystko wskazuje na to, że psychopata konsekwentnie realizuje swój plan, lecz poza garścią domysłów i pokrętnymi zeznaniami dziewczyny Kimberly nie dysponuje żadnym dowodem popełnienia zbrodni, ciał bowiem nie odnaleziono. Nie może więc liczyć na pomoc miejscowej policji. Nie zdaje też sobie sprawy, że stąpa po cienkim lodzie. Zabójca, który urzeczywistnia najgorsze kobiece koszmary, jest naprawdę blisko…
Lisa Gardner zdążyła już przyzwyczaić polskich czytelników do mistrzowsko budowanego napięcia, do niezliczonych zwrotów akcji, do grozy towarzyszącej czytelnikowi od pierwszej do ostatniej strony. Krytycy są zgodni – to jej najlepsza powieść.
1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 80
Перейти на страницу:

– Przede wszystkim czy nie ma śladów wapna! – dodał od razu Quincy.

– Wiem.

– Znajdź też jakiegoś botanika. Wąwozy często są porośnięte paprociami… No i entomolog też się przyda, albo nawet arachnolog. Wspominałaś o pająkach…

– Wiem, tato… – powtórzyła z naciskiem.

Quincy się uśmiechnął.

– Znowu pouczam, co?

Przemilczała to.

– Nie. Próbujesz pomóc, a nie da się ukryć, że w tej sprawie pomoc bardzo nam się przyda. Tylko… jest już trochę późno.

– No tak. Dziecko. Powinnaś się wyspać.

– Powinnam. – Ale nikt się nie ruszył od stołu. Kimberly napiła się jeszcze wody, rozmyślając o próbkach gleby, o pająkach i o tym, dokąd mogą zaprowadzić człowieka różne zawiłości śledztwa. Tak jak ostatnio, gdy współpracowała z ekipą USGS i musiała skakać po stertach kamieni, pod którymi czaiły się grzechotniki, zapuszczać się w głąb jaskini, biec przez płonące torfowisko. To w poprzednim życiu, gdy była młodsza, szybsza i odpowiadała tylko za siebie.

– Jak długo zamierzacie zostać? – zapytała w końcu. Ojciec i Rainie wymienili spojrzenia.

– Nie wiemy – odparła Rainie. – Nigdy nie byliśmy w Georgii na dłużej, pomyśleliśmy, że fajnie byłoby wreszcie pozwiedzać.

Kimberly przyjrzała im się podejrzliwie.

– A praca?

– Oto zalety bycia niezależnym konsultantem – powiedział ojciec. – Zawsze możesz zabrać pracę ze sobą.

– Bo on oczywiście nie potrafi jej zostawić w domu! – wtrąciła Rainie.

Kimberly pokiwała głową. Dopiła wodę.

– Chodźmy spać. – Wstała, pozbierała naczynia i zaprowadziła ich do pokoju.

Rainie weszła pierwsza, dyskretnie zostawiając ojca i córkę samych.

Kimberly nigdy nie wiedziała, co mówić w takich chwilach. Quincy był mistrzem milczenia, lecz ona czasem aż dusiła się od słów, które chciały się wydostać z jej gardła. Chciała go spytać, czy jest szczęśliwy. Czy poświęcenie całego życia pracy było warte tego wszystkiego, co po drodze stracił.

Chciała go spytać o mamę, jak to było, gdy oboje byli młodym małżeństwem oczekującym pierwszego dziecka. Chciała go zapytać o wszystko, więc nie zapytała o nic.

Ojciec się nachylił i pocałował ją w policzek.

Przez chwilę zostali w tej pozycji, zetknięci czołami, nie otwierając oczu.

– Dzięki, że przyjechałeś – szepnęła Kimberly.

A ojciec odpowiedział:

– Zawsze możesz na mnie liczyć.

24

„Gdy brakuje pożywienia, a młode są głodne, bywa, że zjadają się nawzajem”. (Herbert W. i Lorna R. Levi, Spiders and Their Kin, A Golden Guide, St. Martin's Press, 2002)

Chłopiec wrócił. Zjawił się pewnego słonecznego popołudnia, grzecznie pukając do kuchennych drzwi. Zatrudniła go do rąbania drewna. Mozolił się ponad godzinę, aż w końcu zdjął koszulę – zobaczyła jego zapadniętą klatkę piersiową i sterczące żebra. Gdy skończył, podała mu omlet z serem, cztery grube tosty i dwie szklanki mleka. Zjadł wszystko, wytarł talerz kawałkiem chleba, żeby nie zostawić ani grama tłuszczu, a na koniec oblizał po kolei wszystkie palce.

Następnie zajęli się pracami wewnątrz domu. Rita pokazała mu, jak wcisnąć szczapę drewna w ramę okna, żeby je dodatkowo wzmocnić. Wysłała go do piwnicy po ozdoby choinkowe. Wrócił, niosąc oburącz wielkie pudło, a na ramieniu siedział mu tłusty brązowy pająk. Kiedy chciała go strącić, oburzył się i uparł, że będzie się z nim bawił w kuchni.

– Pająki są nieszkodliwe – tłumaczył. – Zabijają owady, nie ludzi. Poza tym są naprawdę fajne. Próbowałaś kiedyś, jak smakuje pajęczyna?

Zostawiła go z jego zabawką i poprzywiązywała do klamek świąteczne dzwoneczki – system alarmowy dla ubogich. Zostało jej jeszcze parę rzeczy do zrobienia, ale najpierw musiała coś załatwić.

– Idziesz ze mną czy nie?

Chłopiec zerwał się na nogi.

– A dokąd?

– Do sklepu żelaznego.

Założyła płaszcz, czapkę i rękawiczki. Chłopiec miał na sobie tylko cienką koszulinę, więc wysłała go do pokoju Josepha. Wrócił ubrany we flanelową koszulę, która sięgała mu prawie do kostek. Rita pogrzebała w szafie w przedpokoju i wydobyła z niej stary granatowy płaszcz swojej matki. Ten pasował na niego o wiele lepiej niż ubranie jej brata.

Wyszli na zewnątrz, chłopiec stanął wyczekująco przy garażu.

– Nie bądź niemądry, chłopcze. Pan Bóg po coś dał nam nogi.

– Po coś dał nam też samochody – odparował.

Zaśmiała się zaskoczona.

– Sprzedałam go dziesięć lat temu. W moim wieku trudno mi nawet przejść po prostej, a co dopiero przejechać.

Ruszyła w dół wzgórza, a on za nią, starając się dostosować krok. Szła dla niego o wiele za wolno, więc po chwili zaczął wybiegać do przodu, na boki, potem wracał, zupełnie jak niesforny szczeniak. Kopał po drodze grudy mokrego śniegu, wskakiwał w kałuże. Ubrudził cały płaszcz.

Nie miała pretensji. Dziecko w tym wieku powinno się bawić, skakać i brudzić.

Nie powinno jednak spędzać całych dni w towarzystwie starej kobiety.

Droga do sklepu zajęła im prawie godzinę. Do środka weszli razem, ale już po chwili straciła chłopca z oczu, skupiwszy się za zakupach. Potrzebowała łańcuchów do drzwi. Trzech. Czegoś mocnego, co się łatwo nie urwie.

Cena stalowych zasuwek przyprawiła ją o zawrót głowy. Drżącymi rękami wyjęła portfel.

W końcu z bólem serca zdecydowała się kupić tylko dwie.

Chłopak, jak się okazało, czekał na nią na zewnątrz.

– Co teraz?

– Jedzenie. Masz niezły apetyt, synu. Pokuśtykała w stronę sklepu spożywczego. Chłopiec w podskokach podążył za nią.

Za ladą stał Mel. Podniósł głowę i pomachał na powitanie. Gdy zobaczył chłopca, twarz mu stężała, opuścił rękę, ale nic nie powiedział. Minę miał jednak czujną, nieufną.

– Ja chcę żelki!

– Za drogie.

– Ale prooszę.

– Dziecko, nie przyszłam kupować słodyczy. Jeśli chcesz żelki, kup je sobie sam.

Chłopiec poszedł oglądać półkę z batonikami. Rita patrzyła na jajka i zastanawiała się, kiedy wszystko zdążyło tak podrożeć. Zostało jej dwanaście dolarów. Musi wystarczyć przynajmniej na tydzień, ale chłopak najwyraźniej ma apetyt.

Wymyśliła, że zacznie dolewać do jajek wody w czasie ubijania, wtedy wyjdzie więcej omletów. Mogłaby też jak dawniej robić swojski makaron. Zmieszany z pomidorami z puszki, które stoją w piwnicy, stanowiłby całkiem solidny obiad.

Żałowała, że nie stać ją na sok pomarańczowy. Chłopcu przydałyby się witaminy, a poza tym ten cudowny, kwaskowy smak… W końcu zdecydowała się na mleko w proszku. Chłopak pewnie będzie grymasił, ale trudno, po tylu latach doświadczeń z dziećmi zdążyła się na to uodpornić.

Kiełbasa nie wchodziła w rachubę. Bekon też. W koszu z przecenami znalazła przeterminowany chleb i kilka mączystych jabłek. Zetrze je na papkę, będzie czym smarować tosty. Podążając tym torem myślenia, wzięła też porcję przecenionej wołowiny oraz nadpleśniałe marchewki i cebule. Idealne składniki na gulasz.

Mimo że skrupulatnie liczyła każdy grosz, jej zakupy wypełniły tylko dwie reklamówki. Spojrzała wyczekująco na Mela w nadziei, że pójdzie na zaplecze i podtrzyma ich małą tradycję.

Tymczasem on bacznie się przyglądał chłopcu, który nadal stał przy półce z batonami.

– To pani znajomy? – spytał sztywno.

– Pomógł mi porąbać drewno.

To go trochę uspokoiło, ale wciąż miał niepewną minę.

1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 80
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)