Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Nie ma mocnych». Краткое содержание книги:

Komedia obyczajowa, kontynuacja losów dwóch rodzin zabużańskich, osadników na Dolnym Śląsku, którzy po latach szukają męża dla swej wnuczki, by zdobyć następcę do swojego gospodarstwa. Stary Pawlak, ciężko chory, musi przekazać swą ziemię. Ale starszy syn Witia, ożeniony z Jadźką Kargulówną, więcej gruntów uprawiać nie może, młodszy zaś, Paweł, jest pracownikiem naukowym we Wrocławiu. Cała nadzieja we wnuczce, osiemnastoletniej Ani. Pawlak i Kargul postanawiają ją wydać za mąż za młodego technika mechanizacji rolnictwa Zenka. Ich przemyślna intryga doprowadza do szczęśliwego finału – młodzi pobiorą się, a ziemia zostanie w rodzinie.
1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 63
Перейти на страницу:

– W tym jest przyszłość!

– Tylko że ta przyszłość na nasze pole lizie! – mruczy Kaźmierz przez zęby.

– Taż to moje pole! – oponuje Kargul, co jeszcze bardziej wścieka Pawlaka: moje-twoje, ważne, że nie państwowe! A kombajn z PGR-u!!

Kombajn pruł przez złocisty ocean, dawno przekroczywszy miedzę, odgraniczającą pola PGR-u od hektarów Pawlaka i Kargula. Siedzący na górze kombajnista Podoba jechał przed siebie, ale głowę miał zwróconą w lewo. Cały się wykręcił, zapatrzony w Anię niczym w święty obraz. Dziewczyna stała na skraju pola. Kombajnista Podoba, znużony upałem i całodziennym trzęsieniem się na garbie „bizona”, patrzył na Anię, jakby była mirażem na pustyni. Kombajn jechał prosto przed siebie, a Podoba coraz bardziej odwracał się do tyłu, by nie stracić z oczu tak pięknego obrazu.

– Obiektywnie patrząc w szkodę lezie! – rzucił przez zęby Zenek i zaczął odruchowo zawijać rękawy ślubnej marynarki.

– A on co, bleszczaty na oba oczy?! – wrzasnął Pawlak pod adresem Podoby i zaczął machać rękami jak wiatrak, by powstrzymać zbliżającego się czerwonego potwora. – Stój! Stój, ty państwowa zawołoko!

– Hańdry-mańdry z PGR-em chcesz zacząć? – próbował go ostrzec Kargul. Pawlak nie zwracał na niego uwagi. Patrzył z nadzieją na Zenka. Ten jak sprinter po strzale startera ruszył prosto pod nadjeżdżającą maszynę. Stanął przed nią, rozpościerając ramiona, jakby chciał nimi objąć tego ogromnego potwora. Ania krzyknęła, wciskając w usta obie piąstki; obracające się łopatki maszyny, które za każdym obrotem połykały nowe fale zboża były tuż-tuż przed twarzą chłopca. Zenek stał nieporuszony. Wzrok wbił w twarz kombajnisty, Podoba pochylił się do przodu, jakby nie wierzył własnym oczom. Nie zatrzymał „bizona”. Chciał zmusić zawalidrogę do ustąpienia. Jeszcze dwie-trzy sekundy, a łopatki zagarną głowę Zenka jak kłosy zbóż.

– Ty idyjoto! – wrzasnął Podoba, w ostatniej chwili zatrzymując maszynę, której cień już padł na twarz Zenka. – Ja ci zaraz pokażę, gdzie raki zimują, ty praktykancie jeden!

Podoba zeskoczył z góry, by wcielić w czyn tę zapowiedź. Zenek tylko na to czekał. Kiedy Podoba, nisko przyczajony w przysiadzie, odruchowo poprawiał sobie na głowie beret, dopadł go jednym susem i podciął mu kolana. Potoczyli się w kartofle i na chwilę zniknęli z oczu Pawlaka i Kargula.

– Widział ty, jaki charakterny? – zadudnił Kargul, czekając na wynik zmagań.

– Moja krew – bez wahania rzucił Pawlak. – A nowoczesnego zgrywa.

Coś kotłowało się w kartoflach. Po chwili z kolan podniósł się w czarnej marynarce Zenek i nie zwracając uwagi na pogróżki Podoby, zręcznie wskoczył na siodełko „bizona”. Skierował maszynę w stronę obejścia Pawlaka. Umazany ziemią Podoba uniósł się na łokciu i wygrażając pięścią, w pozycji leżącej obiecywał Zenkowi, że ten cienko będzie jodłował, jak wpadnie w jego ręce!

Zenek, dzierżąc kierownicę „bizona”, dumnym wzrokiem spoglądał z góry na Anię. Przed kombajnem kroczyli niczym straż przednia Kargul z Pawlakiem, gestami zachęcając Zenka, by wprowadził zajętą w szkodzie maszynę prosto do ich stodoły. Krocząc tak obok siebie, dzielili się uwagami na temat Zenka.

– Widzi mi się, że on samo-swój – dudnił Kargul, krocząc jak bocian wielkimi krokami.

– Mój charakter! Cudzego nie ruszy, a swojego ruszyć nie da! – nasładzał się Pawlak, szybko przebierając nogami, by nadążyć przed kombajnem.

– Na niego nie ma mocnych! – zgodził się Kargul.

– A kto jego wziął na kwaterę, a? – Pawlak zabiegł mu drogę, żeby zajrzeć pod obwisłe rondo kapelusza.

– Ty wziął narzeczonego, a ja wezmę młodą parę – zaproponował Kargul, co spowodowało szyderczy grymas na twarzy Pawlaka.

– Ot, pomorek! A załatwił ty jemu posadę?

– Nie boj sia, załatwię i wtedy u mnie gniazdo założą!

– Żeb' z głodu pomarli? Taż twoja Anielcia tylko kluski umie narządzać.

Kombajn hurkotał za ich plecami, a oni kroczyli jak na defiladzie, nie przestając ani na chwilę targować się o dalsze losy młodej pary, jakby ona nie miała tu nic do powiedzenia. Pawlak wpadł do stodoły, wrota szeroko otworzył i kombajn wtoczył się do środka jak hipopotam do klatki. Wtedy od strony pól dobiegł ich głos kombajnisty Podoby. Stojąc na wszelki wypadek w bezpiecznej odległości patrzył, jak za jego „bizonem” zamykają się wrota.

– Ja zamelduję, gdzie trzeba, wy dziady zabugalskie!

– Jak powiedział?!

Pawlak poczuł się do głębi dotknięty tym epitetem i postąpił kilka kroków ku Podobie. Ten, wycofując się tyłem w kartofle Kargula, machał pięścią w bezsilnej wściekłości.

– Milicja tu zaraz przyjedzie!

– Chyba po ciebie, kłusowniku jeden!

– Kłusownikiem byłem prywatnie, a kombajn państwowy!

– Tak i przyjdzie państwu zapłacić za szkodę – huknął Kargul, a Pawlak dorzucił od siebie dobrą radę: niech przyjdzie z dyrektorem, to wreszcie pan Pilch się przekona, kto tu teraz przyszłościowy!

W stodole zamilkł już warkot silnika „bizona”. Pawlak, uszczęśliwiony przebiegiem wydarzeń, które pokazały cechy charakteru Zenka, a równocześnie dały mu szansę zemsty na dyrektorze PGR-u, nagle spojrzał dookoła, jakby kogoś szukał.

– A gdzie Ania?

– Taż w stodole! Za kombajnem wleciawszy…

– Ot pomorek! – Pawlak machnął ręką na Podobę i ruszył spiesznie ku stodole. – Żeb' my tylko nie zapóźnili sia.

– A coż on taki silnie przestrachany, a? – dopytywał się Kargul, kolebiącym się krokiem zmierzając za Pawlakiem.

– A zapomniał ty, co my w stodole zastali, wróciwszy po tym pierwszym sądzie o kota?!

Nie musiał Kargulowi przypominać, jak to pasem rozdzielać musieli Jadźkę i Witię, którzy zasnęli przytuleni do siebie po męczącej młócce.

Wtedy do stodoły pierwszy wsunął się Kaźmierz. I teraz też tak było. Przed jego nosem wyrosła ściana kombajnu. Okrążył go ostrożnie na palcach i nagle zastygł w bezruchu: przed maszyną przyklejona do Zenka Ania obejmowała pod marynarką jego plecy. We włosach miała źdźbła świeżej słomy, a w oczach promienie słońca.

Kaźmierz odchrząknął. Ania wysunęła swoją dłoń przez naderwany pod pachą rękaw marynarki Zenka.

– Trzeba będzie zaszyć – powiedziała szybko, by przekonać obu dziadków, że chciała tylko sprawdzić, jakie straty poniósł jej narzeczony w trakcie odpierania inwazji PGR-u.

– To na co ona czeka? – Kaźmierz popchnął ją lekko ku wyjściu. – Galopem po igłę z nitką leć!

Ledwo Ania zniknęła, Kaźmierz zaszedł Zenka z boku i powiedział cicho, lecz z naciskiem:

– Niech wie, że on ściskać się z nią będzie dopierutko jak jemu organy zagrają. Wtedy prawdziwy ślub będzie.

– Teraz to tylko rejestracja – dodał od siebie Kargul. – Żeb' była podstawa jemu odroczenie przyłatwić.

Zenek nabrał powietrza, jakby chciał wyrzucić z siebie coś, co nie daje mu spokoju, ale nagle dostrzegł za plecami Pawlaka i Kargula Anię. Kładąc palec na ustach, najwyraźniej błagała go, by na razie milczał…

„Magister Palimąka wyśmiewał się ze mnie, że ja chcę kochać jak Stefcia z „Trędowatej”, a teraz nie ma już takich ordynatów jak Michorowski. A dla mnie Zenek zasługuje właśnie na takie same uznanie jak ten ordynat, bo potrafi bronić tego, co jest sensem jego życia, choćby było wbrew tradycjom rodzinnym…”.

Tak pisała Ania w pamiętniku, zerkając z facjatki domu Kargula na przygotowania do wesela: Zenek odbierał od Maryni rozgdakane kury, jednym pociągnięciem noża przecinał ich krzyk – i rzucał ofiarę na pierzasty stos. Anielcia zanurzała pozbawione głów kokoszki w szafliku z gorącą wodą. Dziadkowie Ani wynosili ze stodoły deski, zbijali koziołki z belek, by przygotować stoły na przyjęcie weselnych gości.

1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 63
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)