Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Социально-философская фантастика » Przestrzeni! Przestrzeni! [Make Room! Make Room! - pl]
Przestrzeni! Przestrzeni! [Make Room! Make Room! - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Przestrzeni! Przestrzeni! [Make Room! Make Room! - pl]

Электронная книга - «Przestrzeni! Przestrzeni! [Make Room! Make Room! - pl]». Краткое содержание книги:

Tytuł tej książki to wołanie o pomoc, błaganie nie o komfort, ale o przeżycie w świecie, w którym nie ma już żywności, w którym o każdy skrawek trzeba iść o lepsze ze szczurami i milionami innych ludzi, chyba że uda się upolować szczura, by zjeść go zamiast sojowej papki lub owsianki. Każdy radzi sobie, jak może. Dania odgrodziła się murem, zza którego strażnicy strzelają do każdego, kto pragnie dostać się do tej ziemi obiecanej. Między Związkiem Radzieckim a Chinami toczy się wojna i mało komu zależy na jej zakończeniu, gdyż rozwiązuje to nieco sprawę przeludnienia. Nowy Jork liczy trzydzieści pięć milionów mieszkańców i gorszy jest od dżungli, nie uznaje bowiem żadnych praw. I w tym oto molochu Andy Rush, policjant, ma przeprowadzić śledztwo w sprawie morderstwa. Podejmując się czegoś niemal niewykonalnego, szuka również odpowiedzi na pytanie, dlaczego przyszło mu żyć w ten właśnie sposób: w zgiełku, lecz samotnie, wśród przemocy, głodu — i kto jest temu winien.
1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 58
Перейти на страницу:

— Szykować drobne na przejazd — powiedział Steve, wsiadając za Andym do autobusu. — Ciekawe, skąd wytrzasnęli ten antyk?

— Z tego samego miejsca, skąd wzięli bomby — odpowiedział Andy. — Z muzeum miejskiego. Przyjrzałeś się im?

— Na razie zdążyłem je policzyć, jeśli o to ci chodzi — Steve opadł ciężko na popękane plastikowe siedzenie obok Andy’ego. Worki z bombami położyli na kolanach. Andy wyjął jedną.

— Przeczytaj — powiedział — jeżeli potrafisz czytać. — Chodziłem do Delehanty’ego — mruknął Steve. — Umiem czytać i po irlandzku, i po amerykańsku. Granat ciśnieniowy, gaz do tłumienia demonstracji, MOA trzysta dziewięćdziesiąt siedem.

— Ten drobny druk, na samym dole?

— Napełnione w arsenale St. Louis, kwiecień, tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty czwarty. No, to świństwo nigdy się nie starzeje.

— Mam nadzieję. Z tego co powiedział nam dziś oficer polityczny wynika, że możemy ich potrzebować.

— Nic nie będzie. Za mokro na zamieszki.

Autobus zatrzymał się na rogu w miejscu, gdzie Broadway stykał się z Worth Square. Porucznik Grassioli wskazał na Andy’ego, a potem skierował kciuk ku drzwiom. — Ciebie interesują targowiska, Rusch. Bierzesz rejon stąd do Dwudziestej Trzeciej. Ty z nim, Kulozik.

Drzwi zatrzasnęły się za nimi z piskiem i autobus ruszył powoli, torując sobie drogę przez tłum. Ludzie tłoczyli się ze wszystkich stron, co chwila wpadając na siebie i nawet tego nie zauważając. Nieustannie zmieniające się, lecz ciągle takie samo morze ludzkich twarzy. Wokół obu stojących detektywów w naturalny sposób uczyniła się pustka, mała wysepka mokrego chodnika pośrodku tłumu. Policja nigdy nie była popularna, a funkcjonariuszy w hełmach, z długimi na jard i wypełnionymi ołowiem specjalnymi pałkami wszyscy woleli omijać z daleka. I tak było przez cały czas, gdy przecinali Piątą Aleję, idąc w kierunku Eternal Light, obecnie wygaszonego z powodu braku paliwa i prądu.

— Prawie ósma — powiedział Andy wodząc nieustannie wzrokiem po przechodniach. — O tej porze otwieraj ą zwykle stacje opieki społecznej. Mam nadzieję, że nie spóźnią się z informacją w telewizji.

Szli wolno w kierunku Dwudziestej Trzeciej Ulicy. Stłoczone stragany pchlego targu, który wylewał się już na ulicę, niemal całkowicie blokowały chodnik.

— Dekle, dekle, u mnie najlepsze — zawodził mijany handlarz, niski mężczyzna, który prawie ginął w obszernych fałdach ogromnego płaszcza. Jego ogolona głowa wystawała znad kołnierza jak łeb sępa, brakowało tylko, aby kołnierz był pierzasty. Ocierał kłykciami siąkający nos. Wydawał się trochę niedorozwinięty. — Proszę wybierać dekle, panie policjancie, najlepsze, jakie mogą być, dobre na miski, garnki, wazy, nocniki, wszystko można z nich zrobić…

Minęli go bez słowa.

Około dziewiątej w powietrzu dało się wyczuć narastające napięcie. Tłum poruszał się szybciej, był głośniejszy. Gdy po raz drugi przechodzili obok stoiska sprzedawcy dekli, ujrzeli, że większość towaru została schowana i na ladzie leżały tylko sztuki pordzewiałe, niewarte kradzieży. Ich właściciel osłaniał je ciałem i nie zachwalał już głośno towaru, świdrował tylko wkoło oczami.

— Słyszałeś? — spytał Andy i obaj zawrócili w kierunku targowiska. Ponad szum głosów wybijał się gniewny krzyk, po chwili dołączyły do niego inne. — Chodźmy to sprawdzić.

Skręcili w zatłoczoną ścieżkę, prowadzącą przez rynek. Zwarty tłum blokował drogę. Cała przestrzeń między straganami i wózkami była szczelnie wypełniona i dopiero użycie pałek pomogło utorować drogę. Wystarczyło, by przejechali po barykadzie kostek i nóg, a zaraz, wprawdzie niechętnie, ale rozstępowano się przed nimi. Jądrem zamieszania były trzy stoiska z pokruszonymi sucharami, jedno było przewrócone, a torby z okruchami poniewierały się po ziemi. — Chcieli podnieść cenę! — skrzeczała jakaś kobieta o wiedźmowatej, pociągłej twarzy. — Niezgodnie z prawem chcieli podnieść ceny! Żądali dwa razy więcej za te okruchy!

— Prawo nic nie mówi na ten temat, możemy żądać, ile chcemy — odkrzyknął właściciel straganu, oczyszczając kilkoma machnięciami starego wału korbowego przestrzeń przed sobą, gotów bronić za cenę życia swego stosu pokruszonych sucharów. Było to najtańsze i najbardziej pozbawione smaku pożywienie kiedykolwiek konsumowane przez człowieka.

— Nie masz prawa, łajdaku, te ceny są niezmienne! — krzyknął z kolei jakiś mężczyzna i tłum zawrzał.

Andy zadął w gwizdek.

— Spokojnie! — zdołał jakoś przekrzyczeć głosy tłumu. — Pomału, ja się tym zajdę!

Steve stanął twarzą do gniewnego zbiegowiska i złowróżbnie zakołysał pałką, Andy tymczasem zwrócił się przyciszonym głosem do straganiarza:

— Nie bądź głupi. Daj uczciwe ceny i wyprzedawaj towar…

— Mogę żądać takiej ceny, jaka mi się zamarzy. Nie ma takiego prawa… — zaprotestował i urwał, gdy Andy postukał pałką w bok straganu.

— Owszem, nie ma takiego prawa, jeśli nie brać pod uwagę, że tutaj to oni dyktują prawa. Czy chcesz stracić ten głupi łeb? Obniżaj cenę i pozbywaj się towaru. Jeśli tego nie zrobisz, to po prostu odejdę i pozwolę, by ci ludzie zrobili z tobą, co im się spodoba.

— On ma rację Al — wtrącił handlarz z sąsiedniego straganu, który od niejakiej chwili przysłuchiwał się rozmowie. — Sprzedawaj, co masz i znikamy, jakby co, to oni przejdą po nas. Ja obniżam cenę.

— Zwariowałeś? Pomyśl o forsie! — wrzasnął Al.

— Gówno! Pomyśl lepiej o tej dziurze, którą wywalą mi we łbie, jeśli tego nie zrobię. Sprzedaję.

Wciąż było wiele hałasu, lecz gdy tylko ruszyła sprzedaż po niższej cenie, dość znalazło się chętnych, by kupić i jedność tłumu zaczęła znikać. Gdzieś od strony Piątej Alei było słychać inne krzyki.

— Teraz to już tak będzie — powiedział Steve. — Pokrążmy trochę.

Coraz więcej straganów było zamykanych, a w szeregach wózków ziały liczne luki po tych, którzy zwinęli interes i odjechali. W szczątkach jednego ze stoisk z kanapkami z fasolą leżała rozciągnięta starsza kobieta. Łkała nad swoim poniszczonym i rozkradzionym towarem — gotowanymi ziarnami fasoli ściśniętymi między dwoma sucharami.

— Nędzne gliny — wyrzuciła z siebie, gdy ją mijali. — Czemu ich nie powstrzymaliście, nie zrobiliście czegoś? Nędzne gliny.

Przeszli obok, nie spoglądając nawet na nią i skierowali się ku Piątej Alei. Tłum był podniecony, siłą musieli torować sobie drogę.

— Słyszysz, co ciągnie z północy? — spytał Steve. — Brzmi jak śpiew lub krzyk.

Ruch tłumu stawał się bardziej zorganizowany, z wolna zmieniał się w pochód kierujący się do centrum. Z każdą chwilą skandowanie wielu gardeł było głośniejsze, w tle dawało się rozróżnić tubalne rzężenie wzmacniacza.

Two, four, six, eight. — Welfare rations come too late.

Three, five, seven, nine. — Medicare is still behind.

— To geronci — powiedział Andy. — Znów maszerują na Times Square.

— Nie ma co, świetny dzień wybrali. Wszystko zeszło się akurat dzisiaj.

Tłum cofnął się do krawężnika i w pole widzenia wkroczyli demonstranci, poprzedzani przez pół tuzina umundurowanych funkcjonariuszy wymachujących pałkami. Za nimi napływała pierwsza fala legionu siwowłosych i łysych starców, grupa prowadzona przez Kida Reevesa. Kulał trochę, lecz dzielnie szedł z bateryjnym wzmacniaczem w dłoni: szarą metalową tubą z wmontowanym mikrofonem. Uniósł ją do ust i jego wzmocniony głos wzniósł się ponad pomruk tłumu.

1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)