Samotna
- Автор: Гарднер Лиза
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Samotna». Краткое содержание книги:
Snajper policji stanowej Massachusetts Bobby Dodge obserwuje przez lunetę tragiczne wydarzenia w pobliskim domu. Uzbrojony mężczyzna zabarykadował się w nim z żoną i dzieckiem. Mierzy do nich z broni, powoli zaciskają palec na spuście. Bobby ma tylko ułamek sekundy na decyzję… której może żałować do końca życia. Dla kobiety, próbującej chronić dziecko przed ogarniętym szałem mężem, to nie pierwszy koszmar. Piękna, niedostępna i niebezpiecznie seksowna Catherine Gagnon ma za sobą bolesne wspomnienia. Dwadzieścia pięć lat wcześniej została porwana i uwięziona przez szaleńca, który uczynił z niej swoją seks niewolnicę. Czy znajdzie w sobie siłę i odwagę, by obronić własne dziecko? Mroczny, niepokojący thriller, który przyprawia o solidne dreszcze.
– No dobrze – zaczął Copley, starając się przybrać na tyle srogi ton, na ile to możliwe, kiedy ma się kolana pod brodą. – Musimy wrócić do kilku pytań, które zadaliśmy w czwartkowy wieczór.
– Proszę bardzo. – Bobby spodziewał się, że Copley zacznie od samego początku i zmusi go do powtórzenia całej historii, by wyłowić jakieś nieścisłości. Dlatego jego pierwsze pytanie zbiło go z tropu.
– Wiedziałeś, że Catherine i Jimmy Gagnon byli wielkimi miłośnikami Bostońskiej Orkiestry Symfonicznej?
Bobby zesztywniał. Wiedział już, do czego Copley zmierza, i wcale mu się to nie podobało.
– Nie – powiedział po namyśle.
– Często bywali na koncertach.
– Naprawdę?
– Na imprezach charytatywnych też. Aktywnie działali w tych kręgach.
– I bardzo dobrze.
– Zwłaszcza dla twojej dziewczyny – skwitował Copley.
Bobby nie odpowiedział.
– Susan Abrahms. Tak się nazywa, prawda? Jest wiolonczelistką w orkiestrze.
– Chodziliśmy ze sobą.
– Dziś ucięliśmy sobie z nią miłą pogawędkę.
Bobby upił duży łyk coli. Żałował, że to nie piwo.
– Bywałeś z nią na przyjęciach – powiedział Copley.
– Spotykaliśmy się przez dwa lata.
– Dziwne, że na żadnym z nich nie poznałeś Catherine ani Jimmy’ego Gagnona.
Bobby wzruszył ramionami.
– Jeśli nawet, nie przypominam sobie tego.
– Poważnie? – powiedział Copley. – Bo Susan pamięta ich doskonale. Powiedziała, że spotkała ich przy kilku okazjach. Wygląda na to, że Gagnonowie byli wielkimi fanami muzyki poważnej.
Bobby nie wytrzymał i spojrzał na D.D. Nie tylko unikała jego wzroku, ale wręcz wierciła oczami dziurę w dywanie.
– Detektyw Warren – rzucił Copley – może powie pani panu Dodge’owi, czego jeszcze dowiedzieliśmy się od Susan Abrahms.
D.D. odetchnęła głęboko. Bobby wiedział już, co się zaraz stanie. I przypomniał sobie coś jeszcze – dlaczego z D.D. ze sobą zerwali. Bo oboje stawiali pracę na pierwszym miejscu.
– Panna Abrahms pamięta, że poznał pan Gagnonów na przyjęciu jakieś osiem, dziewięć miesięcy temu. Catherine zadała panu wówczas wiele pytań dotyczących pańskiej pracy w jednostce antyterrorystycznej.
– Wszyscy wypytują mnie o moją pracę – powiedział Bobby spokojnie. – Nie co dzień spotyka się snajperów policyjnych, zwłaszcza w tych kręgach.
– Według panny Abrahms, później powiedział pan, że nie podobało mu się to, jak Jimmy na nią patrzył.
– Panna Abrahms – powiedział Bobby z naciskiem – jest niezwykle piękną i utalentowaną kobietą. Nie podobało mi się to, jak wielu facetów na nią patrzyło.
– Zazdrosny? – mruknął śledczy Casella.
Bobby nie dał się zwabić w pułapkę. Dopił colę, odstawił puszkę i pochylił się do przodu, opierając łokcie na udach.
– Czy panna Abrahms wspomniała, jak długo to rzekome spotkanie trwało?
– Kilka minut – powiedziała D.D.
– Aha. Pomyślmy więc. W pracy co dzień spotykam około piętnastu nowych osób, co daje w przybliżeniu czterysta pięćdziesiąt osób miesięcznie. A więc przez dziewięć miesięcy mam do czynienia z iloma? Z czterema tysiącami różnych ludzi? Cóż więc dziwnego, że nie przypominam sobie dwóch osób, z którymi rozmawiałem przez kilka minut na jakimś przyjęciu, na którym, szczerze mówiąc, nie znałem nikogo?
– Trudno się połapać, który nadziany skurczybyk jest który? – palnął śledczy Casella.
Bobby westchnął. Zaczynał wpadać w złość. Niedobry znak.
– Nigdy nie miał pan złego dnia? – spytał zirytowany. – Nigdy nie powiedział pan czegoś, czego później żałował?
– Susan Abrahms miała pewne obawy dotyczące waszego związku – powiedziała D.D. cicho.
Bobby zmusił się, by oderwać oczy od Caselli.
– Tak?
– Mówiła, że ostatnio wydawał się pan nieobecny. Zamyślony.
– Tak to jest w tym fachu.
– Zastanawiała się, czy nie ma pan kogoś na boku.
– Szkoda, że mi o tym nie powiedziała.
– Catherine Gagnon to piękna kobieta.
– Catherine Gagnon nie dorasta Susan do pięt – rzekł Bobby poważnie. Przynajmniej tak mu się wydawało.
– Czy dlatego zaniepokoiło cię to, że Jimmy się nią zainteresował? – zapytał Copley. – Miał pieniądze, był przystojny. Spójrzmy prawdzie w oczy, był bardziej w jej typie niż ty.
– Zdecyduj się, Copley. Zabiłem Jimmy’ego Gagnona, bo byłem zazdrosny o dziewczynę, czy dlatego, że posuwałem jego żonę? Po trzech dniach przesłuchań powinieneś wiedzieć więcej.
– Może zrobiłeś to z obu tych powodów – uciął Copley.
– A może naprawdę nie pamiętam spotkania z Gagnonami? Może chodziłem na te przyjęcia tylko po to, by dotrzymać towarzystwa mojej dziewczynie. I może mam ciekawsze zajęcia niż rozmyślanie o wszystkich przypadkowo poznanych ludziach.
– Gagnonów raczej trudno zapomnieć – powiedział Casella.
Bobby machnął ręką.
– Znajdźcie jednego świadka, który widział mnie sam na sam z Catherine Gagnon albo słyszał, jak kłócę się z Jimmym. To się wam nie uda. Bo coś takiego nigdy się nie zdarzyło. Bo naprawdę ich sobie nie przypominam, a Jimmy’ego Gagnona zabiłem tylko dlatego, że groził pistoletem żonie. Odebrałem życie, by życie ocalić. Nie czytaliście podręcznika dla snajperów?
Urwał. Przepełniała go odraza. Nie może dłużej tu siedzieć i wysłuchiwać historii lęgnących się w chorym umyśle Copleya. Wstał, nie zważając na to, jakie tym zrobi wrażenie, i zaczął spacerować po pokoju.
– Słyszałem, że piłeś – powiedział Copley.
– Raz się zdarzyło.
– Myślałem, że alkoholikowi raz wystarczy.
– Nie mówiłem, że jestem alkoholikiem.
– No coś ty, dziesięć lat bez kropli alkoholu… Bobby przeszył go wzrokiem.
– Moje ciało jest moją świątynią. Dbam o nie, a ono w zamian dobrze mi służy. – Spojrzał na zaokrąglony brzuch zastępcy prokuratora. – Też powinieneś spróbować.
– Dopadniemy ją – powiedział Copley.
– Kogo?
– Catherine Gagnon. Nie obchodzi nas, co powiesz. Wiemy, że w taki czy inny sposób za tym stała.
– Niby tak wszystko ukartowała, żebym zabił jej męża? Morderstwo przy użyciu snajpera? Dajcie spokój…
Copley patrzył na niego z zimnym błyskiem w oku.
– Wiesz, Gagnonowie mieli gosposię…
– Nie może być.
– Marię Gonzalez. To starsza, bardzo doświadczona kobieta. Wiesz, dlaczego została wylana?
– Skoro nie wiedziałem, że w ogóle u nich pracowała, trudno, żebym wiedział, dlaczego ją wywalili.
– Poczęstowała Nathana kanapką z tuńczykiem. Chłopiec, który notabene ma dziesięć kilo niedowagi, był głodny. Marie podzieliła się z nim kanapką. Nathan zjadł pół. A następnego dnia Catherine zwolniła Marie. Bo tylko niani wolno go karmić. Nawet gdyby umierał z głodu.
Bobby nie odpowiedział, ale coś zaczynało mu świtać.
– Przesłuchujemy inne nianie – powiedział Copley jakby od niechcenia. – Jak dotąd, słyszymy same dziwne, makabryczne opowieści. Jak to Catherine znikała na wiele dni i ledwo wracała, a Nathan znów zaczynał chorować. Jak kazałaby brudne pieluchy przechowywać w lodówce…
– Brudne?
– Obsrane, mówiąc ściśle. Przez pół roku wszystkie lądowały w lodówce. Do tego dochodziły diety, listy rzeczy, które mógł i których nie mógł jeść. W połączeniu z dziwacznymi minerałami, ziołami, preparatami i lekami. Mówię ci, pracuję w tym fachu piętnaście lat i nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Nie ma co do tego wątpliwości, Catherine Gagnon znęca się nad synem.