Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl]
Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl]

Электронная книга - «Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl]». Краткое содержание книги:

Powieść będąca prequelem do całego cyklu „Droga przez Układ Słoneczny”. Ambicją młodego inżyniera, Dana Randolpha, jest zapewnienie uzależnionej odbliskowschodniej ropy Ameryce alternatywnego źródła energii. Eksploatacjazbudowanego przez Dana satelity energetycznego będzie jednak opłacalnatylko pod warunkiem wykorzystywania taniego środka transportu na orbitę, aprototyp wahadłowca ulega katastrofie podczas lotu próbnego. Wiele poszlakwskazuje, że ktoś dokonał sabotażu. Kto stoi za tą zbrodnią? Międzynarodowekoncerny naftowe czy arabscy fundamentaliści? Firma Dana, AstroCorporation, stoi na skraju przepaści. Skąd może nadejść ratunek? Czy od Saito Yamagaty, którego koncern również inwestuje w energię ze Słońca? Amerykańskich koncernów naftowych, które zastawiają się nad inwestowaniem winne źródła energii?
1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 103
Перейти на страницу:

— Nie mogę tu posiedzieć i poczekać?

— Niestety, nie, proszę pana. Przepisy bezpieczeństwa. Dan rozpiął sportową kurtkę.

— Nie mam pod ubraniem żadnych materiałów wybuchowych, na litość boską. Może mnie pan przeszukać, jeśli pan chce.

— Przepisy, proszę pana. Proszę poczekać na zewnątrz. Dan nadął się ze złości, ale przeszedł przez hol i pchnął szklane drzwi. Na ulicy były już parno. Samochody osobowe i ciężarówki leniwie toczyły się po jezdni. Ciekawe, jak to wygląda w godzinach szczytu, zastanowił się Dan. Nie da się poruszać szybciej niż z prędkością mili na godzinę.

Rozdrażniony, stał na zewnątrz i narzekał w duchu. W porze lunchu miał się spotkać z al-Baszyrem i Garrisonem. Samochód, który wynajął na lotnisku imienia Hobby’ego, zostawił na parkingu po drugiej stronie ulicy. Parkingowi pracowali już o siódmej trzydzieści, czemu FBI nie mogło?

— Pan Randolph?

Dan odwrócił się i rozpoznał Chaveza, którego pamięta! z rozmowy telefonicznej. Agent niósł papierową torebkę ze złotymi łukami: logo McDonald’s.

— Jest pan punktualny — rzekł Chavez z uśmiechem, demonstrując piękne, białe zęby.

Dan spojrzał na zegarek. Cyfrowy wyświetlacz pokazał dokładnie 7:30. Jak zwykle przyszedł parę minut za wcześnie.

W nieco lepszym nastroju poszedł za Chavezem z powrotem do holu, powstrzymując triumfalny uśmieszek, gdy podpisywał się na liście gości w recepcji, po czym udał się za agentem do windy.

— Strażnicy powiedzieli, że budynek otwiera się dopiero o ósmej trzydzieści — rzekł Dan, gdy drzwi windy zamknęły się za nimi.

— Zgadza się — odparł Chavez. — Lubię przychodzić wcześniej. Mogę wtedy dużo zrobić, zanim rozdzwonią się telefony.

Biuro Chaveza było niewielką przegródką, ale miało okno. Dan dostrzegł, że widać było z niego tylko pustą ścianę parkingu po przeciwnej stronie ulicy, ale w biurokratycznym świecie agencji rządowych okno i tak było dowodem na osiągnięcie przez niego pewnego statusu w hierarchii dziobania.

Chavez usiadł przy biurku, wyciągnął z torby kartonowe pudełko i otworzył je. Były tam dwie małe bułki nadziane czymś przypominającym jajka na bekonie.

— Kupiłem jedną dla pana — rzekł Chavez, po czym obrócił się w fotelu i otworzył lodówkę. — Cola? Sok jabłkowy? 0, mam nawet butelkę Perriera. Ciekawe, kto ją tu zostawił?

Dan przyjął jajko na bekonie i Perriera. Zanim zdołał o cokolwiek zapytać, agent włączył komputer.

— Muszę panu powiedzieć, że nasze śledztwo w sprawie katastrofy nie posunęło się zbyt daleko. Przyjrzeliśmy się raportom FML, ale nie wykryliśmy tam niczego, co sugerowałoby celowe działanie.

— Prawdopodobnie dlatego, że nie byliśmy z państwem całkiem szczerzy — przyznał Dan.

Chavez odłożył nietkniętego McMuffina, a w jego brązowych oczach pojawiło się zainteresowanie.

— Tak? Co pan ma na myśli?

— Mój główny inżynier doszedł do wniosku, że to był sabotaż. Powiedziałem mu, żeby z nikim o tym nie rozmawiał.

— A dlaczego, u licha, wydał pan mu takie polecenie?

— Nie wiedziałem, kto w firmie może być zdrajcą. To mógł być ktokolwiek. Więc zaczęliśmy węszyć na własną rękę.

Na twarzy agenta pojawiła się mina, która mówiła jednoznacznie, co sądzi o amatorskich dochodzeniach.

— Poza tym — ciągnął Dan — o ile nam wiadomo, dochodzenie w sprawie wypadku ze strony FBI było prowadzone wyłącznie pro forma.

Chavez był teraz śmiertelnie poważny.

— Muszę porozmawiać z tym inżynierem.

— Nie żyje. Zginął w tak zwanym wypadku — i zanim Chavez zdołał zareagować, dodał: — A inny z moich pracowników, facet, którego ten inżynier podejrzewał o zdradę, popełnił samobójstwo kilka dni temu.

— I dopiero teraz pan z tym do mnie przychodzi?

— Nie mam żadnych dowodów — odparł Dan, broniąc się. — Absolutnie żadnych. Tylko wszystko do siebie pasuje.

— Może — odparł Chavez. Sięgnął po McMuffina i odgryzł połowę. — Może — powtórzył.

— I może pan coś zrobić w tej sprawie? Chavez żuł w milczeniu przez parę minut.

— Rozmawiałem z szefem zespołu dochodzeniowego zFML.

— Z Passeau.

— Tak. Co on wie na ten temat?

— Rozmawiałem z nim o tym. Pracował z Joem Tennym, moim głównym inżynierem, aż ten zginął.

— Podczas eksplozji zbiornika wodoru?

— Tak.

— A kim był ten, który popełnił samobójstwo?

Dan opowiedział Chavezowi całą historię jeszcze raz, wprowadzając go w techniczne szczegóły metod wprowadzenia do komputera pokładowego obcych poleceń przy użyciu potężnego nadajnika ustawionego gdzieś na trasie wahadłowca. Zanim Dan skończył opowiadać, Chavez zjadł swoje śniadanie i wypił puszkę Coli. McMuffin Dana leżał nietknięty w papierku na brzegu biurka.

— Rzeczywiście, doskonały moment, żeby nam o tym wszystkim opowiedzieć, panie Randolph — rzekł Chavez, potrząsając głową.

— Pewnie tak. Ale już nie wiedziałem, co innego mogę zrobić.

Do drzwi ktoś zastukał i pojawiła się ruda kobieta o za-dziornyrn wyrazie twarzy.

— Och, przepraszam, nie wiedziałam…

— Wchodź, Kelly. Panie Randolph, to moja partnerka, agent specjalny Kelly Eamons.

Zdaniem Dana wyglądała raczej na licealną pomponiarkę niż agentkę specjalną FBI. Spódnica do kolan, ładne nogi, piękny uśmiech. Usiadła i Dan opowiedział całą historię jeszcze raz. Eamons słuchała z powagą.

Potem spojrzała na Chaveza.

— Nacho, mamy mnóstwo pracy.

Chavez pokiwał głową z powagą. Wstał i wyciągnął rękę.

— Dziękuję, że pan przyszedł, panie Randolph.

— Dan.

— Dobrze, Dan. A ja jestem Nacho. To zdrobnienie od Ignacio.

Dan odwzajemnił uścisk dłoni. — I co teraz?

— Wracasz do biura, na spotkanie czy co tam zamierzasz robić. My bierzemy się za sprawę.

Dan podziękował obojgu, a wychodząc, dostrzegł, jak Kelly Eamons bierze jego nietkniętego McMuffina i z obrzydzeniem rzuca nim do kosza.

WYSPA MATAGORDA, TEKSAS

Dan i Lynn Van Buren obchodzili dookoła smukły v dłowiec o szpiczastym dziobie. Nawet na podłodze har wygląda, jakby rwał się do lotu, pomyślał Dan. Chciał w gnąc rękę i dotknąć gładkiego, metalowego poszycia, ale jak przenikliwy, zazdrosny wzrok Nilesa Muhameda wbij, się w plecy.

— Jak tam spotkanie z Garrisonem? — spytała Van Buren.

— Staruszek siedzi i czeka, aż się ugnę — rzekł Dan. — T( bawne, ale mam wrażenie, że al-Baszyr chce trochę ustął.

— A ty zamierzasz się ugiąć? Półtora miliarda… Dan skrzywił się.

— Słyszałaś kiedyś o Franku Piaseckim? Poszperała w pamięci.

— To ten konstruktor? Pionier w dziedzinie śmigłowce Który wynalazł śmigłowiec o dużym udźwigu, zwany lat; cym bananem?

— Tak. Wplątał się w taką samą sytuację jak nasza, potr bował kapitału na dalsze prowadzenie firmy. Więc pozwo żeby bracia Rockefeller wetknęli nos w jego sprawy.

— Ach, rozumiem, jak to się może skończyć.

— Tak. Piasecki został wykopany, a chłopcy od forsy spr; dali firmę Boenigowi. Teraz jest to oddział Boeniga o nazw Vertol, a drogi Frank spoczywa w grobie.

Van Buren nic nie powiedziała, ale z wyrazu jej twar Dan domyślił się, że zrozumiała.

— I jak tam nasz zero dwa? — spytał, wskazując na wah dlowiec na podłodze hangaru.

— Gotowy do lotu — odpowiedziała Van Buren. — To prav dziwa maszyna latająca.

1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 103
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)