Kroki w nieznane. Tom 4
- Автор: Азимов Айзек, Брэдбери Рэй Дуглас
- Год: 1974
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Кшиштоф Малиновский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Tom 4». Краткое содержание книги:
Wielu spośród autorów tego tomu to nazwiska nowe dla polskiego czytelnika. Brian W. Aldiss (ur. 1925) uważany jest powszechnie za postać numer jeden w brytyjskiej fantastyce naukowej. Zdobył już nagrody „Hugo” i „Nebula”. Amerykanin Keith Laumer (ur. 1925) architekt, lotnik i dyplomata pisze opowiadania-alegorie o świecie, w którym żyjemy. Jego opowiadanie W kolejce, zamieszczone w kilku antologiach, było jednym z najpoważniejszych kandydatów do nagrody „Nebula” w 1970 roku. Henry Slesar przejął od Fredricka Browna berło w dziedzinie krótkich opowiadań, jednak najkrótszy z utworów zamieszczonych w tym tomie wyszedł spod pióra Tuli Kupferberga, amerykańskiego satyryka, autora dwóch poradników: 1001 sposobów, jak żyć bez pieniędzy, i 1001 sposobów, jak umknąć poboru do wojska. Niezwykle ciekawe w pomyśle i kunsztownie skonstruowane opowiadanie D. I. Massona jest pierwszym i bodajże jedynym dziełem niemłodego angielskiego profesora-językoznawcy.
W Związku Radzieckim literatura fantastyczno-naukowa cieszy się ogromną popularnością, ale większość wydawanych książek z tej dziedziny stanowią przekłady. Wśród autorów radzieckich palmą pierwszeństwa w dziedzinie powieści fantastycznych dzierżą niezmiennie bracia Strugaccy. W krótkich formach uznanie czytelników zdobyli Ilja Warszawski, Dymitr Bilenkin i Kirył Bułyczow. Władlen Bachnow wydał dotychczas jeden tom opowiadań fantastycznych, w których dał się poznać jako wytrawny humorysta i satyryk. Żartobliwe opowiadanie Aleksandra Szalimowa jest raczej nietypowe dla twórczości tego pisarza, którego opowiadania są zwykle mocno osadzone w realiach naukowych.
Polską fantastykę reprezentują dwaj autorzy młodzi wiekiem, ale mający już na swoim koncie samodzielne zbiory opowiadań: Andrzej Czechowski i Janusz A. Zajdel, którego nowy tom ukaże się w serii „Fantastyka-Przygoda”, oraz trzej debiutanci.
Tom zamyka artykuł Andrzeja Trepki rozważający teoretyczne możliwości istnienia różnych form życia w Kosmosie oraz ciekawy materiał o Księżycu z prasy radzieckiej.
— Co mamy do stracenia? Swanson wzruszył ramionami.
— To niebezpieczne — powtórzył. Podporządkował się jednak Burckhardtowi.
Pomysł był prosty. Można było być pewnym tylko tego, że tunel dokądś prowadził. Czy byli to Marsjanie, czy Rosjanie, niesamowity spisek czy równie obłędna halucynacja, cokolwiek by było nie w porządku z Tylerton — miało to swoje wytłumaczenie, a miejscem, w którym należało go szukać, był koniec tunelu.
Szli szybko. Już ponad milę wcześniej ujrzeli koniec tunelu. Mieli szczęście — nikt się w nim nie pojawił, nie zostali więc dostrzeżeni. Swanson jednak powiedział, że tunel jest chyba używany tylko w pewnych godzinach.
Ciągle 15 czerwca… „Dlaczego? — głowił się bez końca Burckhardt. — Nieważne, w jaki sposób, ale dlaczego?”
I to zapadanie w sen, całkowicie bezradne i dla wszystkich jednoczesne… I zapominanie wszystkiego… Za każdym razem wszystkiego. Swanson opowiedział mu o ich pospiesznym spotkaniu rankiem następnego dnia — zaraz potem, jak Burckhardt spóźnił się parę minut ze schowaniem się do komórki. Kiedy Swanson się ocknął, Burckhardta nie było. Spotkali się po południu na ulicy, ale Burckhardt niczego nie pamiętał.
Swanson wiódł swoją mysią egzystencję przez wiele tygodni, chowając się na noc w komórce, w dzień zaś wymykając się, aby w żałosnej nadziei, drżąc o głowę na karku i unikając „ich” wzroku, odszukiwać Burckhardta.
„Oni.” Jedną z „nich” była April Horn. To właśnie dzięki niej odkrył Swanson ten tunel, kiedy nieostrożnie wchodziła do budki telefonicznej, nigdy jednak z niej nie wychodząc.
Do „nich” też należał sprzedawca papierosów w biurowcu Burckhardta. Było „ich” więcej, przynajmniej z tuzin — tych, co do których Swanson był pewien lub ich podejrzewał.
Łatwo było ich rozpoznać, a przede wszystkim wiadomo było, gdzie ich szukać. Oni bowiem — jedyni w Tylerton — zmieniali swoje role z dnia na dzień.
Burckhardt, w swym autobusie o 6.51, każdego poranku, każdego dnia, który-był-15-czerwca, nigdy nie różnił się ani na jotę. Ale April Horn była czasem efektowna, rozdając w celofanowej spódniczce papierosy lub słodycze, a czasem — zwyczajna… Czasem zaś Swanson w ogóle jej nie widział.
Rosjanie? Marsjanie? Kimkolwiek by byli, co spodziewali się wygrać na tej obłędnej maskaradzie?
Nie znał odpowiedzi — ale może leżała ona za drzwiami w końcu tunelu.
Posłuchali przezornie pod drzwiami. Rozlegały się jakieś dalekie odgłosy, o których nie można było na pewno powiedzieć, że dochodziły zza tych drzwi. Nie było to jednak nic groźnie brzmiącego. Wśliznęli się więc delikatnie do środka, a następnie przez szeroki przedsionek i odcinek schodów dotarli do miejsca, które Burckhardt rozpoznał… jako zakłady „Contro Chemicals”.
Nie zauważyli nikogo w pobliżu. Nie było to w gruncie rzeczy takie dziwne — w zautomatyzowanej fabryce nigdy nie ma zbyt wiele ludzi. Burckhardt pamiętał jednak — jeszcze z czasu swojej jedynej tu wizyty — ową bezustanną, nieskończoną pracę fabryki, na przemian otwierające się i zamykające zawory, kadzie same się opróżniające i napełniające, mieszające, gotujące i automatycznie sprawdzające skład chemiczny bulgoczących płynów. Fabryka nigdy nie była wypełniona ludźmi, nigdy też jednak nie panował w niej bezruch. Właśnie… A teraz była cicha. Z wyjątkiem dalekich odgłosów, nie czuło się w niej tchnienia życia.
Zaprzęgnięte do pracy mózgi elektronowe nie słały żadnych rozkazów, uzwojenia i przekaźniki nie działały.
— Chodźmy — rzekł Burckhardt. Swanson skwapliwie podążył za nim, poprzez nieprzenikniony gąszcz kolumn i zbiorników z nierdzewnej stali.
Szli, czując jakby obecność śmierci. W pewnym sensie była to prawda — czymże są bowiem nieruchome automaty, kierujące ongiś fabryką, jak nie trupami?
Swanson przysunął się do Burckhardta.
— Boję się — powiedział.
Znajdowali się po przeciwległej stronie hali i odgłosy stały się silniejsze. Nie był to hałas maszyn, lecz głosy ludzkie. Burckhardt ostrożnie zbliżył się do drzwi i po chwili odważył się za nie zajrzeć.
Był to mały pokój, wypełniony głównie ustawionymi w półkole ekranami telewizyjnymi. Było ich co najmniej z tuzin, przed nimi siedzieli ludzie — przed każdym mężczyzna lub kobieta — i obserwując obraz, przekazywali swoje uwagi do dyktafonów. Czasem przechodzili od jednego ekranu do drugiego; na każdym z ekranów był inny obraz, ale nie wydawały się one mieć ze sobą cokolwiek wspólnego. Na jednym był sklep, w którym dziewczyna, ubrana podobnie jak April Horn, demonstrowała domowe lodówki. Na innym widać było całą serię zdjęć różnych kuchni. Przez chwilę przed Burckhardtem pojawił się widok stoiska z papierosami w jego biurowcu.
Ciekawe to było i Burckhardt miał nawet ochotę postać tam i dalej łamać sobie głowę, ale miejsce było zbyt ruchliwe. Mógł ich ktoś wyśledzić lub, wychodząc, natknąć się na nich.
Znaleźli inny pokój. Ten był pusty. Sprawiał wrażenie urządzonego z przepychem biura — z biurkiem, całym zasłanym papierami. Burckhardt rzucił na nie przelotnie okiem, ale przykuły jego uwagę dopiero wtedy, kiedy dojrzał treść jednego z nich.
Pochwycił pierwszą z brzegu kartkę. Potem wziął następną, podczas kiedy Swanson gorączkowo przeszukiwał szuflady.
Burckhardt zaklął cicho i zaszokowany rzucił papiery na biurko.
Swanson, nie dostrzegając prawie tego, zawołał z zachwytem:
— Niech pan patrzy! — wyciągnął z szuflady pistolet. — W dodatku jest naładowany!
Burckhardt gapił się na niego bezmyślnie, próbując skojarzyć przeczytane urywki. Po chwili, kiedy dotarły do niego słowa Swansona, zmrużył nagle oczy.
— Człowieku! — krzyknął. — Zabieramy to! Zabieramy ten pistolet, Swanson, i wiejemy! Na policję… Zaraz, może nie na komendę w Tylerton… Tylko do FBI. Popatrz na to!
Na arkuszu, który wręczył Swansonowi, widniał tytuł:
Sprawozdanie z testu terenowego.
Temat: Kampania papierosów „Marlin”.
Były to głównie zestawienia liczb, które niewiele mówiły Swansonowi i Burckhardtowi. Na końcu jednak było następujące podsumowanie:
„Chociaż test 47-K3 pozwolił na dwukrotne prawie zwiększenie liczby użytkowników w porównaniu z jakimkolwiek innym testem, nie może on być prawdopodobnie zastosowany w szerokim zakresie z racji lokalnych zarządzeń, ograniczających stosowanie ruchomych megafonów.
Testy w grupie 47-K12 dały, jako następne z kolei, najlepsze wyniki i naszym zdaniem, najskuteczniejszym zaleceniem byłoby powtórzenie ich w tej postaci, w jakiej je przeprowadzono, z dołączaniem lub wyłączaniem próbek towaru.
Sugestią równorzędną z w/w jest przejście od razu do najmocniejszej siły przekonywania, jeśli klient nie życzy sobie ponoszenia kosztów dodatkowych badań w serii K12.
Wszystkie powyższe prognozy oszacowano z prawdopodobieństwem 80 % przy zastosowaniu 0,5 % zaproponowanych środków, a z prawdopodobieństwem większym od 99 % przy użyciu 5 % środków”.
Swanson spojrzał znad arkusza na Burckhardta.
— Nie kojarzę — stwierdził.
— Swanson, to pasuje do faktów. To nie Rosjanie ani Marsjanie. To są ludzie od reklamy! W jakiś sposób — Bóg jedyny wie, w jaki — udało im się zawładnąć Tylertonem. Opanowali nas wszystkich — pana, mnie; całe dwadzieścia czy trzydzieści tysięcy ludzi jest w ich rękach… Być może hipnotyzują nas, a może to co innego. Jakkolwiek by to robili, faktem jest, że pozwalają nam za każdym razem na przeżycie tylko jednego dnia. Przez cały ten obłędny dzień ładują w nas reklamy, zaś pod wieczór obserwują, jakie są tego efekty. A potem wymazują nam ten dzień z mózgu i rozpoczynają następny — z odmiennymi reklamami…