Księga Sądu Ostatecznego [Doomsday Book - pl]
- Автор: Уиллис Конни
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-86868-42-2
- Переводчик: Arkadiusz Nakoniecznik
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Księga Sądu Ostatecznego [Doomsday Book - pl]». Краткое содержание книги:
Mary wróciła z napełnionym czajnikiem, postawiła go na małym stoliku i podłączyła do prądu.
— Udało ci się ustalić, z kim kontaktował się Badri? — zapytała.
— W pewnym sensie. Wczoraj wieczorem uczestniczył w świątecznym przyjęciu w Headington. W obie strony jechał metrem. Czy to coś poważnego?
Wyjęła z pudełka dwie torebki z herbatą i położyła je na spodeczkach obok filiżanek.
— Chyba będziemy musieli zadowolić się mlekiem w proszku. Wiesz może, czy ostatnio spotykał się z kimś ze Stanów?
— Nie mam pojęcia. Czemu o to pytasz?
— Słodzisz?
— Czy to coś poważnego? — powtórzył pytanie.
Nasypała do filiżanek mleka w proszku.
— Mam dwie wiadomości: dobrą i złą. Zła jest taka, że Badri jest bardzo chory. — Wsypała cukier. — Odbył obowiązkowe szczepienia według norm obowiązujących na Uniwersytecie, znacznie surowszych niż te opracowane przez Ministerstwo Zdrowia. Powinien być całkowicie odporny na mutacje pięciopunktowe i częściowo na dziesięciopunktowe; niestety, ma typowe objawy ciężkiej grypy, co świadczyłoby o tym, że mutacja była jeszcze większa.
Z dzióbka czajnika wydobywała się ze świstem para, lecz żadne z nich nie zwracało na to uwagi.
— A więc to epidemia.
— Tak.
— Pandemia?
— Całkiem możliwe, jeśli nie uda się zsekwencjonować wirusa, jeśli personel szpitala przestraszy się i weźmie nogi za pas albo jeśli kwarantanna nie będzie stuprocentowo skuteczna.
Dopiero teraz podeszła do czajnika, wyłączyła go i napełniła filiżanki wrzątkiem.
— Teraz dobra wiadomość: Światowe Centrum Badań nad Grypą uważa, że wirus dotarł do nas z Południowej Karoliny. — Podała herbatę Dunworthy’emu. — Jeśli to prawda, wówczas jest już zsekwencjonowany, istnieje lek, który go skutecznie zwalcza oraz szczepionka dla tych, którzy jeszcze się z nim nie zetknęli. Wiadomo też, że nie jest groźny dla życia.
— Ile wynosi okres inkubacji?
— Dwanaście do czterdziestu ośmiu godzin. — Podniosła filiżankę, po czym ostrożnie umoczyła usta. — Wysłali już próbki krwi do Atlanty w celu przeprowadzenia badań porównawczych. Lada chwila powinniśmy otrzymać stamtąd wskazówki dotyczące metod leczenia.
— Kiedy dokładnie Kivrin zgłosiła się do kliniki na szczepienia?
— W poniedziałek o trzeciej po południu i została do dziewiątej rano we wtorek. Zatrzymałam ją na noc, choć właściwie nie było takiej potrzeby, ale chciałam mieć pewność, że się porządnie wyśpi.
— Badri twierdzi, że wczoraj jej nie widział — powiedział Dunworthy. — Mogli jednak spotkać się w poniedziałek, zanim przyszła do szpitala.
— Po to, żeby groziło jej jakieś niebezpieczeństwo, musiałaby zetknąć się z wirusem przed szczepieniem, sam wirus zaś musiałby mieć wystarczająco dużo czasu, aby się rozmnożyć. Nawet jeżeli rozmawiała z Badrim w poniedziałek albo we wtorek, miała mniejsze szanse na zarażenie się niż na przykład ty albo ja. — Spojrzała na niego uważnie. — Wciąż myślisz o przeskoku, prawda?
Pokręcił głową, ale wypadło to niezbyt przekonująco.
— Badri twierdzi, że w obliczeniach Puchalskiego nie znalazł żadnego błędu. Powiedział też Gilchristowi, że poślizg był minimalny.
Szkoda, że nie powtórzył tego, kiedy go zapytałem, dodał w myślach.
— Więc co jeszcze mogłoby pójść nie tak jak należy? — zdziwiła się Mary.
— Nie wiem. Chyba nic. Tyle że jest teraz zupełnie sama w średniowieczu.
Mary odstawiła filiżankę.
— Przypuszczalnie będzie tam bezpieczniejsza niż tutaj. Wkrótce ten szpital zapełni się pacjentami. Grypa rozprzestrzenia się szybciej niż ogień, a kwarantanna tylko pogorszy sytuację. Najbardziej narażony jest zawsze personel medyczny; jeśli oni zachorują albo jeśli skończy nam się zapas leków, nasze stulecie także dostanie dziesiątkę. — Ze znużeniem przesunęła ręką po zmierzwionych włosach. — Wybacz, ale chyba przemawia przeze mnie zmęczenie. Bądź co bądź, to przecież nie średniowiecze ani nawet nie dwudziesty wiek. Mamy metabolizery i przyspieszacze, a jeśli okaże się, że zaatakował nas wirus z Południowej Karoliny, będą też skuteczne leki i szczepionki. Mimo wszystko cieszę się jednak, że Colin i Kivrin są daleko stąd.
— Szczególnie ona, bezpieczna w mrokach średniowiecza — mruknął Dunworthy.
Uśmiechnęła się do niego.
— Wśród rzezimieszków.
Drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wpadł wysoki jak na swój wiek chłopiec w ogromnych buciorach, z szyją obwiązaną szalikiem w barwach jakiegoś klubu. Z jego przemoczonego ubrania kapała woda, tworząc na podłodze szybko powiększającą się kałużę.
— Colin! — wykrzyknęła Mary.
— A więc tu jesteś, babciu — powiedział chłopiec. — Wszędzie cię szukałem.
Panie Dunworthy, ad adjuvandum me festina.[3]
CZĘŚĆ 2