Imię Bestii
- Автор: Komuda Jacek
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imię Bestii». Краткое содержание книги:
Jednak myli się ten, kto z racji wykonywanej profesji zaszufladkuje Francoisa jako delikatnego paniczyka o romantycznej duszy i poglądach estety. Villon Komudy jest łotrem, złodziejem, alfonsem, pozbawionym sumienia typkiem żyjącym na bakier z prawem. Mroczne zaułki Carcassone i paryski półświatek to dla niego naturalne środowisko. Lubuje się w towarzystwie ladacznic, morderców i żebraków.
Czemu zatem funkcjonuje całkiem dobrze i udaje mu się często uciec spod stryczka? Bo drań ma bardzo wpływowe koneksje i obdarzony jest przez Boga niebanalną inteligencją i sprytem, co w połączeniu z talentem szermierczym daje mu duże pole manewru i pozwala na wykonywanie zleceń dla tych „wpływowych”. Komuda jak na ironię pokazuje, że nawet najbardziej kaprawe zło ma prawo do istnienia, aby wspomóc dość oględnie pojęte dobro.
Wskaż, kto jest Bestią, a uratujesz duszę.
Arnald nie odpowiadał. Z jego celi nie dochodził najmniejszy dźwięk. Inkwizytor odepchnął Villona i pochylił się nad studnią. Spojrzał w mrok, zmarszczył brwi.
– Módl się, bracie Arnaldzie – wycedził przez zęby. – Módl się, bo to ostatnie chwile twego spokojnego żywota. Jeszcze dziś wrócę tu z kamieniarzami. Jeszcze dziś rozkuję skałę, a potem wydostanę cię z tej ciemnicy. A potem, klnę się na wszystkich świętych, że połamię cię kołem tak strasznie, że wyśpiewasz mi wszystko jak na spowiedzi! A kiedy już podzielisz się ze mną swą wiedzą, umrzesz. Umrzesz pogodzony z Bogiem, albowiem ostatecznie i nieodwołalnie uratuję twoją duszę przed potępieniem.
Inkwizytor odwrócił się i wyszedł.
Villon miał pójść w jego ślady, ale Arnald dał znak szarpnięciem. Pociągnął za łańcuch. W wiadrze leżała woskowa tabliczka z jego pytaniem. I żadnej odpowiedzi. Nie, w cebrze było coś jeszcze… Gliniana skorupa garnka, na której ktoś wydrapał rzymską cyfrę I.I słowa: Memento mori.
Poeta ruszył szybko za inkwizytorem i po chwili go dogonił.
– Niedaleko jest kamieniołom! – rzucił Jacquier. – Sprowadzę tu pachołków i kamieniarzy. Rozbijemy sklepienie, przekopiemy się do celi tego herezjarchy, a potem wydusimy z niego wszystko, co wie!
Villon milczał.
– Ach tak, wiem, co myślisz, poeto. O okrucieństwie inkwizycji. O mękach i torturach. O stosie. Tak, to prawda. Chcę posłać tego nędznika w płomienie. Ale dzięki temu zapobiegnę kolejnej katastrofie, w której zginęliby niewinni ludzie, kobiety, dzieci… Widzisz jakieś inne wyjście, mój wierszokleto?!
Villon spuścił wzrok. Nic nie powiedział.
Szli przez podziemia. Inkwizytor kroczył szybko, potrącając kamienie i kości, rozganiając szczury, płosząc wielkie, ślepe jaszczurki, potykając się na kamienych płytach. Gdy byli w ossuarium, Villon chwycił go za ramię. Jacquier zatrzymał się. Spojrzał na łotra przenikliwym wzrokiem.
– Zanim wasza dostojność wróci z miasta, może być za późno. Arnald za dużo wie. Zbyt dobrze zna tę ponurą historię. Wniosek jest prosty – ktoś musiał donosić mu o tym, co się dzieje w mieście. Ktoś musiał bywać u niego. Musimy spytać przeora, który z mnichów bywał u niego najczęściej. I czy poza mną odwiedzali go jacyś ludzie spoza klasztoru.
– Masz łeb, Villon – mruknął inkwizytor. – Zrobiłbyś nielichą karierę na służbie Świętego Oficjum.
– Jest jeden szkopuł, wasza dostojność…
– Jaki znowu szkopuł?
– Należę do cechu buchaczy, gildii drzemcarzy, a takoż do wędrownych trup komediantów. Jestem zatem ekskluzentem i nie mogę przystępować do komunii.
– A zatem dzisiaj wrócisz na łono Kościoła, Villon – rzekł inkwizytor. – Już ja się o to postaram. A teraz chodź!
Villon nie wiedział, czy weselić się, czy płakać.
Prepozyt był przerażony. Wstrząśnięty. Nie mógł ukryć drżenia rąk. Garbił się i kurczył pod przenikliwym wzrokiem Jacquiera.
– Herezja w naszym klasztorze?! Wasza wielebność raczy się mylić…
– Musimy przesłuchać brata Arnalda, gdyż był i jest członkiem sekty albigensów.
– To niemożliwe! Toż on nigdy nie opuścił swej celi.
– Arnald był niegdyś katarskim Perfecti, który za przestępstwo apostazji został skazany na dożywotnią pokutę. Nie wmawiajcie mi, bracie prepozycie, że nic o tym nie wiedzieliście!
– Na rany Chrystusa! Bracie… Nikt mi nie powiedział. Gdybym tylko wiedział. Opat… Poprzedni opat zabrał tę tajemnicę do grobu. Sądziłem, że Arnald to były egzorcysta, który sam skazał siebie na odosobnienie…
– Mówiliście mi kiedyś, że w ciągu kilku ostatnich lat zdarzyły się dwa przypadki, iż Arnald rozmawiał z ludźmi spoza klasztoru. Czy pamiętacie, bracie, kto taki odwiedził go w samotni?
Prepozyt zatrząsł się, zadygotał.
– Lepiej wytężcie pamięć. – Inkwizytor uśmiechnął się zimno. – Znam środki, po których oskarżony przypomina sobie nie tylko całe swoje życie, lecz także wszystkie cytaty z Pisma Świętego. A zwłaszcza wszystkie plugawe apokryfy.
– Ja nie…
– Kto odwiedzał Arnalda? No, przypomnijcie sobie, proszę.
– Dwa… Dwa razy – wystękał przeor. – Za mojej pamięci to było dwa razy. Kilka lat temu. Przyjechała można pani… Gormonda, wicehrabina Beziers.
– Gdzie możemy ją znaleźć?
– Na cmentarzu… Dawno już pomarła.
– A potem? Był u niego ktoś jeszcze?
– Nie wiem… Nie pamiętam…
– Przypomnijcie sobie, bracie prepozycie – syknął inkwizytor. – Bardzo was o to proszę.
– Napijcie się wina. – Villon nalał do szklanicy normandzkiego cydru i podsunął ją prepozytowi. – I pomyślcie spokojnie.
Prepozyt upił nieco wina, zakaszlał. Zakrztusił się i odchrząknął.
– Był… Był jeszcze ktoś – wyszeptał. – Pół roku temu. Pewien możny rycerz. Z wysokiego rodu.
– Jak się nazywał?
– Chy… chyba… Gilly…
– Gilly?
– Nie, klnę się na świętego Nepomucena… Gilles się zwał.
– A dalej? – zapytał inkwizytor lodowatym tonem. – Skoro był szlachetnego rodu, to chyba miał jakieś miano. Skoro raz na kilka lat zdarzy się taki gość u Arnalda, to chyba nie zapomnieliście jego imienia?!
– To był… To był… Gilles. Gilles de Sille.
– Kto taki?!
– Si… Sille…
Inkwizytor zerwał się z jesionowego krzesła. Chwycił prepozyta za habit pod szyją i potrząsnął.
– Kto?! – zakrzyknął z rozpaczą. – Jak wyglądał?! Mów, mów!
– Si… siwe, długie włosy… Mia… miał bliznę na obliczu…
– To ten! – jęknął inkwizytor. – Doszliśmy do sedna spisku, Villon.
– Kto to? Kto to jest?
– To ostatni żyjący poplecznik diabła z Bretanii. Sinobrodego, Gillesa de Rais, marszałka królestwa, który ponad dwie dekady temu składał diabłu w ofierze dzieci. I który został spalony na stosie Anno Domini 1440.
Villon zadrżał. Któż nie znał historii o Sinobrodym, okrutnym mordercy z Bretanii, za sprawą którego ginęły dzieci, chłopcy i dziewczęta. Ich ciała znajdowano potem okrutnie okaleczone. De Rais był jednak wspomnieniem. Już przed ponad dwudziestu laty oddał swe nikczemne życie na stosie, oskarżony o herezję, morderstwa i zbrodnię czarnoksięstwa.
„Tylko człowiek ma wolną wolę czynienia zła”. Kto to powiedział? Czyż nie Arnald?!
– De Sille miał zostać skazany na śmierć, jednak uszedł sprawiedliwości. Jan de Malestroit, biskup Nantes, nie zdołał go nigdy schwytać. Zaginął o nim wszelki słuch. Aż do teraz. Jeśli ten człowiek żyje, to zaprawdę może być wcieloną Bestią… Demon to naprawdę zwykły śmiertelnik!
– Czy on jest aż tak niebezpieczny?
– De Sille znał wszystkie tajemnice Sinobrodego. Razem oddawali cześć diabłu. Wspólnie prowadzili alchemiczne eksperymenty. I porywali niewiniątka, aby oddawać się plugawym orgiom z ich ciałami. Zabijali i dusili chłopców oraz dziewczynki, aby poznać ostateczne granice rozkoszy.
Dzieci w mieście. Okrutnie okaleczone dzieci w mieście… To coś oznaczało. To był jakiś ślad.
– Dzieci… – jęknął Villon. – W mieście pojawiały się okaleczone dzieci, które zapowiadały wszystkie nieszczęścia… Sam je widziałem przed katedrą. Nikt nie wiedział, skąd przychodziły. Wieszczyły nadciągającą Bestię.
– Sinobrody zabił wiele niewiniątek. Odnaleziono tylko część ciał. Być może, Gilles de Sille wezwał duchy niepogrzebanych dziatek, aby pomogły mu sprowadzić nieszczęścia na miasto.