Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Młodość dla wybranych
Młodość dla wybranych - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Młodość dla wybranych

Электронная книга - «Młodość dla wybranych». Краткое содержание книги:

Na ostry dyżur do szpitala w Springer w Bostonie zostaje przyjęty staruszek z objawami choroby Alzheimera. Wstępne badanie nie ujawnia żadnych dolegliwości neurologicznych. Podejrzewając udar mózgu, doktor Toby Harper nakazuje wykonanie tomografii komputerowej. W czasie, gdy reanimuje kolejnego pacjenta, jej podopieczny dosłownie rozpływa się w powietrzu.
Kilkanaście dni później do szpitala trafia mężczyzna z takimi samymi objawami, jak u nadal nie odnalezionego Harry’ego Slotkina. Obu wcześniej leczył doktor Carl Wallenberg. Pacjent umiera, a Toby, wbrew woli Wallenberga, aranżuje sekcję zwłok. Diagnoza nie pozostawia wątpliwości co do przyczyny śmierci: zarażenie chorobą szalonych krów.
Kilka innych tajemniczych zgonów, których wyjaśnieniem zajmuje się Toby, wskazuje coraz wyraźniej, że to nie epidemia, lecz rezultat czyjegoś świadomego działania. Tropy prowadzą do luksusowego domu opieki, w których Wallenberg i jego współpracownicy przeprowadzają eksperymenty medyczne na starcach, wszczepiając im hormony…
1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 78
Перейти на страницу:

Nie, nie miała prawa się na nią złościć.

– Posłuchaj, mogłabyś wpaść do nas w niedzielę na kolację? – spytała Vickie.

– W niedzielę pracuję.

– Nie mogę się połapać w tych twoich dyżurach. Cztery noce pracujesz, trzy masz wolne, tak?

– Z zasady. W przyszłym tygodniu mam wolny poniedziałek i wtorek.

– O Boże. Zupełnie nie pasuje. W poniedziałek jest dzień otwarty w szkole, we wtorek Hannah ma recital fortepianowy.

Toby milczała. Czekała, aż siostra skończy ograną litanię na temat wypełnionego kalendarza i trudności w zestrojeniu rozkładu tygodnia czterech osób. Jak wszystkie dzieci w ich wieku, również Hannah i Gabe byli ostatnio bardzo zajęci, wypełniając każdą wolną godzinę dzieciństwa lekcjami muzyki, gimnastyką, pływaniem i zajęciami komputerowymi. Trzeba odwieźć je tu, trzeba odwieźć je tam, tak że pod koniec dnia Vickie już nie wiedziała, gdzie ma nogi, a gdzie głowę.

– Nie szkodzi – powiedziała w końcu Toby. – Może umówimy się kiedy indziej?

– Naprawdę bardzo bym chciała, żebyś do nas wpadła.

– Tak, wiem. Mam wolny drugi tydzień listopada.

– Zaraz to zapiszę. Ale najpierw upewnię się, czy pasuje to mojej gromadce. Zadzwonię do ciebie w przyszłym tygodniu, dobrze?

– Dobrze. Dobranoc, Vickie. – Odłożyła słuchawkę i ze znużeniem przeczesała palcami włosy. Jesteśmy zbyt zajęte, zbyt zajęte. Nie mamy nawet czasu, żeby połatać spalone mosty… Wyszła na korytarz i uchyliła drzwi do pokoju matki.

Spała w świetle nocnej lampki. Wyglądała jak dziecko: lekko rozchylone usta, twarz gładka i spokojna. Bywało, że w chwilach takich jak ta Toby dostrzegała w niej cień małej dziewczynki, jaką mama kiedyś była, dziewczynki z twarzą i lękami Ellen. Co się z tą dziewczynką stało? Uciekła, by zamknąć się w paraliżującym kokonie dorosłości? Czyżby wychodziła z niego dopiero teraz, pod koniec życia, gdy krępujące ją ścianki zaczynały się powoli złuszczać?

Dotknęła jej czoła, odgarnęła miękki lok siwych włosów. Ellen poruszyła się, otworzyła oczy i spojrzała na nią nieprzytomnie.

– To tylko ja, mamo, śpij.

– Zakręciłaś gaz?

– Tak. I sprawdziłam, czy drzwi są zamknięte. Dobranoc – pocałowała ją i wyszła z pokoju.

Postanowiła jeszcze się nie kłaść. Nie było sensu zakłócać ustalonego rytmu pracy i odpoczynku, już za dwadzieścia cztery godziny czekał ją przecież kolejny dyżur. Nalała sobie kieliszek brandy i zaniosła do salonu. Włączyła stereo i puściła płytę Mendelssohna. Odezwały się solowe skrzypce, czysto i żałobnie. Ulubiony koncert Ellen. Ulubiony koncert Toby.

W kulminacyjnym punkcie crescendo zadzwonił telefon. Przyciszyła muzykę i podniosła słuchawkę.

Dvorak.

– Przepraszam, że tak późno.

– Nie szkodzi. Przed chwilą wróciłam do domu – usiadła wygodnie na sofie z kieliszkiem w ręku. – Podobno dzwonił pan do mnie.

– Tak, rozmawiałem z gosposią. – Umilkł. W tle słyszała muzykę operową. Don Giovanni. No i tak – pomyślała. Dwoje obcych sobie ludzi siedzi samotnie w domu, tylko w towarzystwie wież stereo. – Miała pani przejrzeć karty choroby tych pacjentów z Brant Hill. Ciekawi mnie, czy coś pani znalazła.

– Przeglądałam kartę Harry’ego Slotkina. Nie ma tam żadnej adnotacji, która wskazywałaby na możliwość kontaktu z chorobą Creutzfeldta-Jakoba.

– A iniekcje hormonów?

– On ich nie dostawał. Chyba nie przechodził tej kuracji, a przynajmniej ani słowa nie ma o tym w karcie.

– A Parmenter?

– Nie mogliśmy znaleźć jego dokumentów, toteż nie wiem, czy przechodził jakieś zabiegi chirurgiczne. Mógłby pan spytać o to Wallenberga.

Dvorak nie odpowiedział. Muzyka Don Giovanniego dobiegła końca i w słuchawce zapanowała cisza.

– Żałuję, że nie mogę powiedzieć panu nic więcej. To czekanie na diagnozę musi być straszne.

– Owszem, miewałem już przyjemniejsze wieczory – przyznał. – Odkryłem, że polisy ubezpieczeniowe to bardzo nudna lektura.

– O Boże. Chyba nie spędził pan nad nimi całego wieczoru?

– Pomogła mi butelka wina.

Mruknęła ze współczuciem.

– Po ciężkim dniu zwykle zalecam kieliszek brandy. Szczerze mówiąc, właśnie je sączę. – Umilkła, potem od niechcenia dodała: – Wie pan co? I tak już nie zasnę. Nie sypiam nocami, odwykłam. Zapraszam pana do siebie. Napijemy się razem.

Dvorak milczał, a ona zamknęła oczy i pomyślała: Boże święty, po co ja to powiedziałam?! Dlaczego się tak napraszam?

– Dziękuję, ale dzisiaj nie miałaby pani ze mnie pociechy. Może innym razem.

– Dobrze. Innym razem. Dobranoc.

I czego się spodziewałam? Że natychmiast do mnie przyleci? Że spędzimy noc, patrząc sobie w oczy?

Westchnęła i puściła koncert od początku. Skrzypce grały, a ona sączyła brandy i liczyła godziny do samego świtu.

Rozdział 12

Pogrzeby zaczynały Bigelowa nużyć. W tylu już uczestniczył, a ostatnio bywał na nich coraz częściej, tak często, że przywodziły na myśl wciąż szybsze i szybsze uderzenia bębna, odmierzające upływ czasu. To, że stracił tylu przyjaciół, nie było niczym nieoczekiwanym; ostatecznie miał siedemdziesiąt sześć lat i przeżył większość z nich. Śmierć szła teraz po niego. Czuł, jak się skrada, słyszał jej ciche kroki, a oczyma wyobraźni widział dokładny obraz swego sztywnego ciała w otwartej trumnie: przypudrowana twarz, starannie zaczesane włosy, szary wełniany garnitur, porządnie odprasowany i zapięty. I tłum tych samych co teraz ludzi, którzy przechodzili obok trumny, w milczeniu składając hołd zmarłemu. To, że na katafalku stała trumna Angusa Parmentera, a nie Jamesa Bigelowa, było tylko kwestią czasu. Jeszcze miesiąc, jeszcze rok i w zakładzie pogrzebowym wystawią na widok publiczny trumnę z jego zwłokami. Wszyscy muszą kiedyś dotrzeć do…

Ludzie się przesuwali, wraz z nimi przesuwał się Bigelow. Przystanął przy trumnie i spojrzał na swego przyjaciela. Nawet ty nie byłeś nieśmiertelny, Angus.

Poszedł dalej, skręcił w środkowe przejście i usiadł w czwartym rzędzie. Z tego miejsca obserwował procesję znajomych twarzy z Brant Hill. Była wśród nich Anna Valentine, sąsiadka Angusa, która niestrudzenie zadręczała go telefonami i zapiekankami. Byli wśród nich koledzy z pola golfowego, znajomi z kółka degustatorów wina i muzycy z amatorskiej orkiestry.

A gdzie Phil Dorr?

Bigelow rozejrzał się, wiedząc, że Phil powinien tu być. Nie dalej jak przed trzema dniami wypili w klubie po kilka szklaneczek, poszeptując o starych kumplach od pokera, o Angusie, Harrym i Stanie Mackie. Żaden już nie żył, pozostali tylko on i Phil. Poker we dwóch to gra niewarta świeczki – stwierdził Phil. Chciał wsunąć Angusowi do trumny talię kart. Ot tak, na pożegnanie i na dobry początek przy zielonym stoliku w niebiesiech. Zastanawiał się, czy rodzina miałaby coś przeciwko temu. Uznają, że to tani dowód przyjaźni? Że uchybia godności nieboszczyka, spoczywającego na połyskliwych atłasach? Śmiali się z tego ze smutkiem, sącząc kolejną szklaneczkę toniku. Pies to drapał – zdecydował Phil. Zrobi to tak czy inaczej. Angus na pewno by ten gest docenił.

Mimo to nie pokazał się z kartami na pogrzebie.

Między krzesła wcisnęła się Anna Valentine i usiadła obok Bigelowa. Twarz miała mocno upudrowaną, lecz – o ironio! – miast kamuflować jej wiek, puder uwydatniał każdą, nawet najdrobniejszą zmarszczkę. Jeszcze jedna wygłodniała wdowa. Gdziekolwiek się obrócisz – wdowa. W normalnych okolicznościach pewnie unikałby rozmowy, nie chcąc rozbudzać w niej fałszywych nadziei – Anna myślała tylko o jednym – ale tak się złożyło, że w pobliżu nie było nikogo, z kim mógłby zamienić choćby parę słów.

1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 78
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)