Dziedziczki
- Автор: Пилипюк Анджей
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dziedziczki». Краткое содержание книги:
Zmęczona tempem miejskiego życia i absurdami codzienności ucieka na wieś, aby znaleźć spokój w miejscu, które kiedyś było dla niej wszystkim. Okazuje się, że problemem długowieczności są wspomnienia lokacji i wydarzeń mających miejsce setki lat temu. Czy uda się na nowo przywrócić Kruszwice do życia, takie jakie zapamiętała je w młodości?
Choć Stanisława to rodowita polska szlachcianka, jest przede wszystkim młodą, wyzwoloną kobietą z charakterem. Oczarowała zapewne wielu Czytelników. Wydana siłą za mąż, powraca po latach, aby dokonać krwawej zemsty na małżonku, który sprzedał ją w niewolę. Wyklęta za swój czyn musi uciekać. W czasie podróży poznaje mistrza alchemii Michała Sędziwoja – legndarnego odkrywcę kamienia filozoficznego, czyli czerwonej tynktury. Od tego momentu zaczyna się jej pełne przygód życie. Jego szlak wiedzie przez egzotyczne zakątki świata i ważne historyczne wydarzenia, których, ze względu na działanie tajemniczej substancji, może być naocznym świadkiem. Wszystko po to, aby na początku XXI wieku powrócić do kraju i zacząć wszystko od nowa.
Razem ze Stanisławą pojawiają się jej starzy znajomi. Odnaleziona kuzynka Katarzyna – specjalistka od komputerów i była agentka Centralnego Biura Śledczego. Mistrz Sędziwój – wieczny naukowiec i sławny alchemik oraz księżniczka Monika – młodziutka dziwczyna „zarażona” wampiryzmem, ostatnia przedstwaicielka potężnego bałkańskiego rodu.
Poza przyjaciółmi na scenę wkraczają także odwieczni wrogowie. Bractwo Drugiej Drogi, tajemnicza organizacja od lat poszukująca za wszelką cenę dostępu do bogactwa i długowieczności. Od wieków jej kolejni członkowie starają się wykraść sekret, tak skrzętnie skrywany przez głównych bohaterów. Jednak nie są oni jedyną przeszkodą na drodze kuzynek. Będzie nią także głupota bezmyślnych urzędników i wszechobecne „bezprawie” w kraju prawa, czyli jednym słowem nasza polska rzeczywistość, okraszona odrobiną humoru i doprawiona szczyptą tajemiczości.
Tak bardzo „wyjątkowa” grupa przyjaciół musi natrafiać na różne niezwykłości i jest to chyba jeden z podstawowych atutów książki. Autor bardzo zręcznie wykorzystuje w fabule stare legendy, omijając na szczęście szerokim łukiem skomercjalizowane już przez Hollywood historyjki. Mamy tu więc wiele nawiązań do historii Polski i ludowych wierzeń, sprytnie odniesionych do przedstawionych w książce wydarzeń.
Wystarczy tylko przejść się po Krakowie kuzynek, aby obok wszechobecnych turystów i zatłoczonych skrzyżowań odnaleźć zapomniane uliczki starego miasta czy maleńkie sklepiki pełne starych zakurzonych książek, skrywających niejedną tajemnicę. Teraźniejszość przenika się z przeszłością, gdy tuż obok komputera na ścianie wisi kolekcja staropolskiej broni, a damasceńska szabla i magia są używane równie często co nowoczesny pistolet.
Całość napisana jest lekkim choć rzeczowym językiem, bez zbędnych przejaskrawień oraz literackiej megalomanii. Okazuje się, że niebanalne pomysły oraz przenikające się rzeczywistość i literacka fikcja oparta na staropolskich wierzeniach to bardzo udany mariaż. I chyba nie będę zbytnio oryginalny, kiedy zapytam: „Kiedy kolejny tom?”.
Mistrz ziewnął. Niestety, ręce miał przykute do oparcia stalowymi obejmami, więc gest nie wyglądał dostatecznie obraźliwie.
– To już słyszałem – burknął. – Wiele razy, w czasach, gdy nie było was jeszcze na świecie. Wasz problem polega na tym, że nie wierzycie w Boga – powiedział. – Możecie zniszczyć moje ciało, pozbawić życia ten kawałek mięsa, w którym teraz przebywa moja dusza. Ale człowiek, którego przepełnia ogień prawdziwej wiary nie będzie się przejmował takim drobiazgiem jak zakończenie swojej ziemskiej pielgrzymki.
– Zabijałeś, więc powinieneś wiedzieć, że pójdziesz do piekła – warknął Wilk.
– Na szczęście znam zarówno hebrajski, jak i aramejski. Opieracie się na błędnym przekładzie Biblii. W dziesięciorgu przykazań powiedziano „nie morduj", czyli nie zabijaj bez powodu, skrycie, niehonorowo, dla realizacji własnych, przyziemnych celów. Przez blisko pięćset lat, jakie dane było mi przeżyć, nie zamordowałem nikogo, choć często niosłem śmierć tym, którzy na to zasłużyli.
– Cóż za głęboka filozofia – prychnął wróg.
– Prosta jak konstrukcja cepa… Ale życie jest w ogóle proste, to ludzie sami je sobie komplikują.
– Dogadajmy się. Przekaż nam sekret tynktury, a uwolnimy cię i możemy obiecać, że więcej się nie spotkamy.
– Za późno. Złamaliście piąte przykazanie. I to wielokrotnie. Jesteście bandą morderców i musicie zostać wyeliminowani. – W oczach Alchemika błysnęła stal. – Może mi nie uda się tego dokonać, ale wcześniej czy później ktoś was powstrzyma.
– Może i jesteśmy bandą morderców. Ale nie zabijamy bez powodu…
– Potrzebujecie krwi, by robić złoto – uzupełnił Sędziwój. – Poświęcacie cudze istnienia dla swoich celów.
– Nigdy nie czułeś, że jesteś kimś lepszym, a życie innych ludzi stanowi w twoim ręku tylko tworzywo, z którego można uczynić coś wielkiego?
– Rozczaruję cię, jeśli powiem, że nie? Swoją drogą, gdy walczyłem po raz pierwszy z waszymi poprzednikami, było jakby ciekawiej. Poza prozaicznym robieniem złota z, jak to określiłeś, tworzywa ludzkiego, przeprowadzali masę odrażających eksperymentów pseudomagicznych.
– A kto ci powiedział, że już nie zajmujemy się czarną magią? – W oczach prześladowcy błysnęły dziwne iskierki.
Sędziwój po raz pierwszy od chwili uwięzienia stracił pewność siebie. Te dziwne myśli obsesyjnie krążące wokół tajemnicy kamienia filozoficznego. Czyżby ich czary naprawdę działały?
– Spokojnie. – Kaptur skrywał twarz, ale ton głosu wskazywał, że oblicze Wilka przyozdabia jadowity uśmieszek. – Wkrótce na własnej skórze zapoznasz się z naszymi sekretami.
Pomieszczenie było ładne i przestronne. Duże okno wychodziło na kanał. Na ścianach wisiało kilka stalorytów. Trzy stare fotele kryte skórą, zabytkowe biurko, w kącie stół kreślarski i jakiś szkic przypięty do blatu.
– Chcieli się panowie ze mną zobaczyć – Lars Riedel zaprosił ich, by usiedli. – Mogę panom poświęcić godzinkę. O co chodzi?
Mówił dobrze po niemiecku.
– No cóż – powiedział Arminius. – Nasza profesja jest dość specyficzna. Zajmujemy się generalnie eliminacją pewnych endemicznych istot rozumnych, wykorzystujących dla podtrzymania swego istnienia nie zwykłą fizjologię, ale bionekrozę.
– Wampirów i innych temu podobnych – dodał Laszlo, choć nie było to chyba potrzebne.
– Rozumiem. – Architekt w żaden sposób nie okazał zdziwienia. – Zapewne jestem na waszej liście do odstrzału? – W jego oczach nie pojawił się najlżejszy cień niepokoju.
– W zasadzie tak – rzekł stary łowca. – Problem w tym, że nie bardzo nam się to składa do kupy. A żeby kogoś zabić, wolelibyśmy wcześniej zdobyć pewność, że trzeba.
– Widzę, że są panowie profesjonalistami. – Riedel z uznaniem skłonił głowę. – Nie tak jak zwykle. Nie uwierzycie, jakich wariatów do tej pory spotykałem.
– Rzuci pan okiem na nasze materiały? – zagadnął Laszlo. – Tak chyba łatwiej będzie nam rozmawiać.
– Z przyjemnością.
Młody otworzył neseser i wyłożył na stół kilkanaście odbitek.
– Na wszystkich tych budynkach widnieje pański gmerk, staroegipski znak wyobrażający filar dżed – powiedział Arminius.
– A jak doszliście, że to nie przypadek?
– Mieliśmy takie założenie i szukaliśmy potwierdzenia teorii. Zanalizowaliśmy pański charakter pisma. – Stary przyrodnik położył obok fotografii kartę z wydrukiem. – Oczywiście, krój liter zmienia się z epoki na epokę, ale sposób stawiania kresek czy łączenia poszczególnych znaków…
– Rozumiem.
– Dokonaliśmy też analizy wymiarów trzydziestu wzniesionych przez pana budowli. We wszystkich stosuje pan proporcje oparte na egipskich i arabskich kwadratach magicznych oraz średniowiecznych zasadach tajemnej sztuki murarskiej – dodał młody.
– Chylę czoła – powiedział poważnie Riedel. – I muszę przyznać, że jestem głęboko zdumiony. Minęło wiele stuleci, ale nikt nigdy nie przeprowadził tak dogłębnej analizy moich dokonań. Nie sądziłem, iż ktoś na to wpadnie. Zwłaszcza że chyba żaden z panów nie jest z zawodu budowniczym?
– Żaden. – Laszlo pokręcił głową. – Czyli nasze podejrzenia są słuszne?
– Owszem. Ja wzniosłem to wszystko. – Wzruszył ramionami. – A także szereg innych konstrukcji, których albo nie odnaleźliście, albo które się nie zachowały. Jestem naczelnym architektem ludzkości od przeszło czterech tysięcy lat.
– O, cholera! – Laszlo automatycznym ruchem wyjął z torby samopał i odciągnął kurek.
Arminius uspokoił go jednym gestem. Wyłożył kilkanaście kolejnych odbitek. Portrety. Wszystkie, jakie udało im się odnaleźć.
– Pańska twarz się zmienia – powiedział. – Przyzwyczajenia nie, charakter pisma też nie, ale…
– Oczywiście – uśmiechnął się Architekt. – Tym bardziej jestem pełen podziwu, że zdołaliście mnie wyśledzić i zlokalizować. I szczerze powiedziawszy, najbardziej zaskakujące jest to, że zidentyfikowawszy, zdecydowaliście się przyjść i wyjaśniać wątpliwości, zamiast strzelić mi w plecy zza węgła… Choć, jak widzę, rozważaliście i taką ewentualność. – Musnął oskarżycielskim spojrzeniem spluwę leżącąna kolanach chłopaka.
– Zawsze staramy się o zachowanie naukowych podstaw działania. Gromadzimy wiedzę, która przyda się naszym następcom – wyjaśnił Laszlo z godnością. – Tradycja łowców podupada, a ktoś powinien bronić ludzkości przed istotami takimi jak pan.
– Nie za dużo ode mnie żądacie? Chcecie, żebym wyjaśnił, co jest grane, bo dzięki temu łatwiej będzie wam dopaść następnych?
– Owszem – rzekł stary. – Czy za dużo? Ma pan wobec ludzkości dług, którego nie spłaci postawienie kilku budynków. Choćby były i piękne, i pożyteczne.
– I pewnie, jeśli odpowiem na wasze pytania, w zamian darujecie mi życie? – Wyglądało na to, że kpi sobie z nich w żywe oczy.
Dlaczego się nas nie boi? – zaniepokoił się Laszlo. Coś mu w tym strasznie śmierdziało.
– Niestety… – Przyrodnik wzruszył ramionami. – Kompromisy z istotami bionekrotycznymi nie wchodzą w grę. Myśliwy nie wchodzi w układy z wilkami.
– Nie ma w tym specjalnej tajemnicy. Trzeba sięgnąć do mądrości starożytnych religii.
– Wędrówka dusz? – Arminius zmrużył oczy tknięty nagłym domysłem. – Zachowuje pan świadomość kolejnych wcieleń?