Na zachód od Edenu [West of Eden - pl]
- Автор: Гаррисон Гарри Максвелл
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Phantom Press
- ISBN: 83-85432-91-4
- Переводчик: Janusz Pultyn
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Na zachód od Edenu [West of Eden - pl]». Краткое содержание книги:
Porwany w dzieciństwie Kerrick dorasta wśród gadów, powoli zapominając o swoim pochodzeniu. Ale nadchodzi dzień, gdy uświadamia sobie, że jest człowiekiem. I musi wrócić wśród ludzi — łowców dinozaurów...
Amahast ruszył się dopiero wtedy, gdy wzrok maraga przesunął się na morze. Zbliżał się bezszelestnie, unosząc włócznię. Dotarł na skraj drzew, gdy bestia spostrzegła czy poczuła jego obecność, szarpnęła głową w jego stronę i spojrzała mu prosto w twarz.
Łowca wbił kamienny grot włóczni w pozbawione powieki oko, dosięgając mózgu. Marag zadrżał i upadł ciężko. Zdechł zanim uderzył o ziemię. Wcześniej Amahast wyciągnął włócznię, odwrócił się i przebiegł wzrokiem zbocze i plażę. W pobliżu nie było więcej tych stworzeń.
Kerrick dołączył do ojca, stanął przy nim i obaj w milczeniu przyglądali się leżącemu ciału. Stanowiło ono przybliżone, wstrętne naśladownictwo człowieka. Czerwona krew nadal wypływała z oczodołu zniszczonego oka, podczas gdy drugie patrzyło na nich czarną, pionową szparką źrenicy. Brakowało nosa, ziały tylko przysłaniane klapkami otwory. Potężne szczęki rozwarły się w agonii, ukazując białe rzędy ostrych, spiczastych zębów.
— Co to jest? — spytał Kerrick, z trudem wydobywając słowa.
— Nie wiem. Jakiś marag. Mały, nigdy dotąd takiego nie widziałem.
— Stał i chodził zupełnie jak człowiek, Tanu. Marag, ojcze, ale z rękoma takimi jak my.
— Nie takimi. Policz! Raz, dwa, trzy palce i kciuk. Nie, ma tylko dwa palce i dwa kciuki.
Wargi Amahasta skurczyły się, odsłaniając zęby, gdy spoglądał na trupa. Miał krótkie, wygięte nogi, płaskie stopy o palcach zakończonych pazurami, bulwiasty ogon. Istota leżała skurczona, jedna łapa schowana była pod ciałem. Amahast kopnięciem nogi odwrócił je na wznak. Kolejna zagadka: w zaciśniętej dłoni dostrzegł teraz coś wyglądającego na długi, guźlasty kij z czarnego drewna.
— Ojcze, plaża! — zawołał Kerrick.
Schowali się pod drzewami i patrzyli z ukrycia na wynurzające się z morza, tuż obok nich, stworzenia. Były to trzy murgu. Dwa przypominały zabitego przez nich. Trzeci był wyższy, grubszy i powolniejszy. Wysunął się do połowy z wody, przekręcił na grzbiet i legł nieruchomo z zamkniętymi oczami. Pozostałe dwa z trudem wypchnęły go dalej na piasek. Większa istota wydmuchała pianę ze szparek oddechowych, pazurami jednej nogi drapiąc się wolno i leniwie po brzuchu. Jeden z mniejszych murgu zamachał łapami w powietrzu i wydał ostry, klekoczący dźwięk.
Gniew chwycił Amahasta za gardło, dławiąc je tak, że aż sapnął głośno. Nienawiść niemal go zaślepiła, gdy w nieświadomym odruchu runął w dół zbocza z wysuniętą przed sobą włócznią.
Po chwili znalazł się przy istotach i dźgnął najbliższą. Ta jednak cofnęła się i odwróciła, tak iż grot tylko zadrasnął jej bok, ześliznąwszy się po żebrach. Następny cios Amahasta był celny.
Łowca uwolnił włócznię i odwrócił się, by ujrzeć taplającego się w wodzie, uciekającego drugiego maraga, który szeroko rozrzucił łapy i upadł, gdy mała włócznia śmignęła w powietrzu i trafiła go w plecy.
— Dobry rzut — powiedział Amahast i upewniwszy się o śmierci stworzenia, wyszarpnął z niego włócznię, by wręczyć ją Kerrickowi.
Pozostał tylko duży marag. Miał zamknięte oczy, najwidoczniej nieświadom tego, co się działo wokół niego.
Amahast wbił mu głęboko włócznię w bok. Zwierzę wydało niemal ludzki jęk. Miało grubą warstwę tłuszczu i myśliwy musiał dźgać kilka razy, nim się uspokoiło. Wówczas oparł się o swoją włócznię, dyszał ciężko, patrząc ze wstrętem i nienawiścią na zabite zwierzęta.
— Takie jak te muszą być niszczone. Murgu są inne niż my, popatrz na skórę, łuski. Żadne z nich nie ma sierści, boją się chłodu, mają trujące mięso. Wszystkie napotkane musimy niszczyć. — Wydusił z siebie te słowa, a Kerrick mógł tylko przytaknąć skinieniem głowy, bo czuł równie głęboką i instynktowną odrazę.
— Idź po nich — polecił Amahast. — Szybko. Tam, widzisz, po drugiej stronie zatoki, jest więcej murgu. Musimy zabić je wszystkie.
Zauważył jakiś ruch i chwycił włócznię sądząc, że stworzenie jeszcze nie zdechło. Poruszyło ogonem.
Nie! To nie ogon się poruszał, lecz coś pełzało pod skórą u jego podstawy. Była tam szparka, rodzaj otworu, u podstawy grubego ogona bestii. Amahast rozpruł ją czubkiem włóczni, potem z trudem powstrzymał wymioty na widok bladawych istot gramolących się na piasek.
Wijące się, ślepe, maleńkie kopie dorosłych. Na pewno ich młode. Rycząc z gniewu, rozdeptał je nogami.
— Zniszczyć wszystkie, zniszczyć. — Mruczał ciągle te słowa, a Kerrick uciekł miedzy drzewa.
ROZDZIAŁ II
Enge hantèhei agatè embokèka lirubushei kakshèsei, hèawahei; hevai'ihei, kaksheintè, enpelei asahen enge.
Opuszczenie ojcowskiej miłości i wejście w objęcia morza jest pierwszym cierpieniem w życiu — pierwszą radością są pobratymcy, z którymi się tam łączysz.