Palimpsest [pl]
- Автор: Валенте Кэтрин М.
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 978-83-7480-176-8
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Palimpsest [pl]». Краткое содержание книги:
Cudownie napisany i zachwycająco pomysłowy Palimpsest to książka dla wszystkich tych, którzy kochają stare mapy i odczuwają tęsknotę na dźwięk turkoczącego nocą pociągu. Współczesne arcydzieło, opowiedziane niepowtarzalnym głosem i z wyjątkową wrażliwością.
Opowieści sieroty wprowadziły czytelników w niepowtarzalny i odurzający świat wyobraźni Catherynne M. Valente. Tym razem autorka tworzy lirycznie erotyczne miejsce magiczne, w którym groteska miesza się z pięknem, a podróż do niego zaczyna się od pocałunku nieznajomego…
Kiedy za rok November spróbuje sobie przypomnieć tę noc, dojdzie do wniosku, że kobieta miała na imię Xiaohui. Będzie przekonana, że brzmienie tego imienia dobrze zapadło jej w pamięć, że dźwięczało w uszach jak maleńki miedziany dzwoneczek. Przypomni sobie, że podzieliły się pierożkami i że Xiaohui studiowała w Berkeley historię, znała imiona wszystkich wnucząt Mahometa i potrafiła z pamięci wyrecytowaćwyniki spisu powszechnego mieszkańców prastarego miasta Karakorum, w którym stały czerwone namioty chanów.
A November miała tylko swoje pszczoły. Nagle wydały się jej blade, nijakie, ubogie.
— Opowiedz mi o miastach pszczół — zaproponowała Xiaohui, podparłszy głowę ręką. — Powiedz, jaki obwód ma odwłok królowej. Jak smakuje ich miód.
November parsknęła śmiechem. Żona właściciela restauracji spiorunowała ją wzrokiem znad tacy przygotowanych na jutrzejszy dzień ciasteczek.
— W tym roku dałam im orchidee — zaczęła nieśmiało. — Orchidee, belladonnę i maki. Niewielki ma się wpływ na smak miodu, naprawdę. Zawsze smakuje jak miód i tylko czasem ma jakiś lekki aromat, jakby z najwyższym trudem zapamiętywał białe i fioletowe płatki, gęstą zieleń, zdrewniałe łodyżki. Rok temu puszczałam je na poletko czerwonych lilii i lawendy. Lubię… lubię wykorzystywać w tymcelu jaskrawe kwiaty, chociaż wydaje mi się, że to nie ma znaczenia.
Xiaohui uniosła brwi. November się zarumieniła i sięgnęła do torebki po słoiczek ze stempelkiem przedstawiającym lilię na pokrywce. Podała go dyskretnie nad stołem, jak szpieg, który z ulgą pozbywa się tajnej informacji. Niebieskooka kobieta zanurzyła kciuk w słoiczku i pospiesznie zlizała mętny miód ze skóry, zaciskając usta, żeby nie uronić ani kropli, i przymykając oczy. Drugą ręką sięgnęła po rękę November i splotła swoje palce z jej palcami.
Dostały ciasteczka z wróżbą — nie były zawinięte w celofan, ale świeżutkie, prosto z pieca, brudzące tłuszczem rachunek. Przełamały ciasteczka i Xiaohui wskazała skinieniem głowy żonę właściciela.
— Mama codziennie je piecze — szepnęła. — Wkłada do nich bzdurne przepowiednie, związane z tym, o czym myśli przy pieczeniu. „Ach, jaka gęsta jest ta dzisiejsza mgła! W prowincji Jiangxi mgły są rzadsze”. Albo: „Mam uczulenie na mleko”. I tym podobne. Ludzie mają ją za wariatkę, ale kupują ciasteczka tuzinami.
— A ty co o niej myślisz?
Xiaohui wzruszyła ramionami.
— Jest moją matką. A w Jiangxi naprawdę była ładna pogoda.
November zerknęła na trzymany w ręce skrawek papieru.
„Czyż moja córka nie jest słodka?” — przeczytała.
Nie była, jak przekonała się November, całując ją przed restauracją, pod blaknącymi konstelacjami gwiazd. Smakowała mąką i solą. Przycisnęły się do siebie, uciskając piersi pod wilgotnymi od mgły płaszczami; wrażenie było w połowie bolesne, w połowie przyjemne. Xiaohui zaprowadziła November do mieszkanka nad sklepem spożywczym. Rzuciły się na siebie tuż za progiem, niezdarnie, jak zwierzęta, zbyt rozpalone, żeby się bawić w subtelności. Xiaohui przygryzła dolną wargę November. Połączyłaje krew.
— Potrzebujesz mnie — wyszeptała bez tchu Xiaohui. Wciągnęła November na siebie i wcisnęła jej ręce pod pasek spodni, żeby tam ugniatać i drapać pewne miejsca. — Potrzebujesz mnie.
— Chciałaś chyba powiedzieć „Potrzebuję cię”? — szepnęła jej do ucha November.
— Nie… — sapnęła Xiaohui. Wygięła plecy w łuk i zadarła brodę, podstawiając się do pocałunku, do zapadnięcia się w nią, do pożarcia. — Zobaczysz. Zobaczysz.
Xiaohui odpływała w sen (jedną dłonią zakryła sobie oczy, teraz już czarne i uczciwe, drugą, otwartą i miękką, położyła na cienkiej studenckiej pościeli), a November wpatrywała się w mrok. Nie spała. Nie była to żadna nowina w jej uporządkowanym świecie: związki międzyludzkie wymagają wiele czujności i uwagi. Trzeba je podtrzymywać, świadomie umacniać. A inni ludzie zajmują tyle przestrzeni, pochłaniają tyle czasu… To męczące. Tak było lepiej: od czasu do czasu wypad do Chinatown, do miasta Świętego Franciszka, który jest opiekunem dzikich i zbłąkanych zwierząt. Tak było lepiej, ale później miała niespokojne sny.
Delikatnie pogładziła wewnętrzną stronę uda Xiaohui, na której widniało znamię — okrutnie wyraziste, jak tatuaż: pajęcza sieć niebiesko-czarnych linii, przecinających się nawzajem, zakrywających pory jej skóry, ostro łamanych lub łagodnymi łukami wybiegających na gładką, czystą skórę. Można by pomyśleć, że to stwardniały jej żyły, sczerniały i stały się czymś więcej niż żyłami, jakby uparły się wymknąć poza granice ciała właścicielki. Wtulona w szyję kochanki Xiaohui mruknęła coś przez sen — coś o zbiorach zbóż w czternastowiecznym Awinionie.
— To wygląda jak plan miasta — szepnęła November i przykryła znamię dłonią. Jasna skóra Xiaohui wydawała się wtedy nienaruszona.
Trzy
Senny żywot zamka i klucza
W mieszkaniu Olega nie było niczego, co nie byłoby schowane i zamknięte na klucz, ukryte bezpieczniej niż niejeden skarb, niejedno serce. Nawet słabe światło wysokiej, przykurzonej lampy, zbrązowiałej na brzegach jak stare jabłko, było spętane i zamknięte na zamek, łańcuch i zasuwkę. Nie mogło opuścić pokoju. Świeciło tylko tutaj i tylko dla Olega. Dla nikogo innego.
Oleg był ślusarzem. Oficjalnie specjalizował się w dorabianiu kluczy, prywatnie zaś był zapalonym kolekcjonerem wszelkiego rodzaju zamków.
Nieco mniej pasjonował się kluczami, chociaż również je kolekcjonował. Dobierał je jednak nie do zamków, do których zostały stworzone — nowy do nowego, stary do starego, mosiądz do mosiądzu, karta do czytnika, jak mógłby to robić przeciętny ślusarz — lecz do tych, do których, jak czuł, tęsknią w głębi swych metalowych serc. Zardzewiały żelazny klucz z główką przyozdobioną łbem ryczącego lwa powiesił obok lśniącego zamka hotelowego na kartę magnetyczną, którego dwie lampki — czerwona i zielona — dawno zgasły. Pospolity stalowy klucz do pierwszych lepszych drzwi wejściowych trzymał razem z najpiękniejszym z zamków, szczerozłotym, z wypukłym deseniem lilii na powierzchni i złożonym systemem bolców i zapadek w środku. Tylko Oleg słyszał ich płaczliwe nawoływania; tylko on wiedział, jak cierpią, nie mogąc się połączyć.
Słabo pamiętał Nowogród, w którym się urodził i przeżył krótkie dzieciństwo. Wydawało mu się, że w ogóle niezbyt długo pozostawał dzieckiem; z pewnością, gdyby to był ważny okres w jego życiu, lepiej by go zapamiętał, prawda? A zostały mu tylko pojedyncze obrazy, jakby kiedyś spędził wakacje w Nowogrodzie — jak zdjęcia, pocztówki, pamiątki. Naprawdę urodził się dopiero po tym, jak się wyprowadzili i niczym para unosząca się znad filiżanki z herbatą popłynęli do Wiednia, Neapolu i wreszcie Nowego Jorku. Ulatniali się z kolejnych miast cicho, dyskretnie, jakby nie chcieli wzburzyć powietrza. Szukał w pamięci choćby jednego słowa, które usłyszał od matki w pociągach lub na statkach łączących dwa niedopasowane bloki jego życia, ale przypominał sobie tylko jej zimne, białe ręce i akwamaryn na złotym łańcuszku, który nosiła na szyi, twardy, przezroczysty, kolebiący się w rytm kołysania pociągu. Zdjęcia. Pamiątki.
Mimo to Nowogród wciąż tkwił w jego sercu — obcy twór, ukryty jak klucz. Jak przez mgłę pamiętał rtęciowy nurt Wołchowa i białe kopuły, przykryte śniegiem jak pękate cebulki czosnku. Wszystkie te cerkwie były jednak dla niego bezimienne — nie umiał znaleźć imion ich świętych patronów w swoim zapominalskim sercu i za ten grzech pokutował życiem wśród zamków. W Nowogrodzie w jego głowie wszystko było białe i szare, nawet skrzypkowie na Orłowskiej: ludzie bez krwi, grający na instrumentach z popiołu. Białe wahadło Nowogrodu kołysało się w nim, kiedy z narzędziami w rękach ślęczał nad zamkami piękniejszymi i bardziej złożonymi niż wspomnienia.