Rzeź bezkręgowców
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Rzeź bezkręgowców». Краткое содержание книги:
Lalka złapała w mgnieniu oka, ale jeszcze nie oderwała się od własnych problemów.
– W zawodowej uczucia nie brużdżą – zastrzegła się. – Nie musisz kochać wspólnika, dyrektora, prezesa, pomocnika i całej reszty. A tu, sama widzisz, jeśli osoba nie przegryzie ci gardła, będzie nieszczęśliwa, a ty byś osobie…
– Krzywdę ciężką wyrządziła – przerwałam bezlitośnie. – Chłopczyk zatłukł młotkiem kotka. Z zapałem. A potem chłopczyka trzeba było leczyć, bo po stracie kotka wpadł w te tam różne psychiczne. Ale gdybyś gnojowi odebrała młotek i jeszcze zdrowo strzeliła go w tyłek, ryczałby przeraźliwie i byłby taaaaki okroooopnie nieszczęęęęśliwyyyy…
– Ale dzieci my wychowujemy! – wrzasnęła zdenerwowana Lalka. – A rodziców nie!
– I dlatego odczepmy się od odpowiedzialności za nich. Dajmy im tyle, ile zdołamy, dajmy im wszystko, z wyjątkiem nas samych. Jeśli chcą nas zeżreć, trudno, musimy uciekać, tak jak dzikie lwie szczenię przed głodną mamusią. Albo tatusiem. A jeśli już ci się uda upolować antylopę, proszę bardzo, przywlecz ją mamusi, niech sobie zeżre. Antylopę, nie ciebie. Przeciwko sobie mówię, bo lubię antylopy. Ale mamusia, tatuś, to jedno, a obcy człowiek to drugie, obcy człowiek ani cię nie urodził, ani nie wychował, ani nie wykarmił, ani nie kocha. I ty jego też nie musisz. Jednak próbuje żerować na tobie, jakie tam próbuje, żeruje! Ty wymyśliłaś, a on zeżarł. Jeśli mu zaszkodzi, to sama przyjemność, ale, niestety, nie zawsze szkodzi.
– Wyraźnie widzę, że masz konkret na myśli – zainteresowała się Lalka, nagle uspokojona i opanowana. – Dobra, przyjęłam to rodzinne i postanowiłam się z tobą zgodzić, ulżyło mi na sumieniu. Co z tymi obcymi ludźmi? Gdzie sedno?
– W Ewie Marsz.
Teraz Lalka czekała na dalszy ciąg, patrząc na mnie pytająco, z kieliszkiem wina przy ustach. Spróbowałam uporządkować myśli i dokonać jakiegoś skrótu, bo było tego strasznie dużo.
– Ewa Marsz stanowi symbol i kwintesencję, nie tkwi w tym sama, tłok dookoła niej jak w tramwaju w godzinach szczytu. To ona napisała książkę, nie? Wymyśliła ją, wyjęła ją z siebie, miała jakąś myśl, przekazała jakiś obraz. W każdym razie z całą pewnością chciała przekazać. W jej myśl wessał się pasożyt w postaci buca niedomytego, reżysera, wycmoktał ją, wyćlamał, doprawił ulubionymi przyprawami, zapchał się, nic nie zrozumiał, przetrawił wszystko niedokładnie i wysrał.
Lalka kiwnęła głową tak gwałtownie, że puknęła nosem w kieliszek i napiła się wreszcie tego wina.
– Wnioskując z tego, co widziałam, wymieniony przez ciebie produkt końcowy w pełni odpowiada jakości dzieła. Ale dlaczego reżyser? Może to scenarzysta?
– Nic z tych rzeczy. Za dużo spotykałam znakomitych scenariuszy, idealnie spaskudzonych przez reżyserów. I nie mnie dotyczyły, żeby nie było nieporozumień, nie ja osobiście zostałam pogryziona, Sienkiewicz się w grobie przewraca, Kraszewski, Reymont, Prus, Dickens, Dumas się już w ogóle chyba rozkopał, że nie wspomnę o żyjących…!
– Od żyjących trudno wymagać, żeby się przewracali w grobie – zauważyła Lalka trzeźwo. – Ale samobójstwo by mnie nie zdziwiło.
– Mnie też nie, bo to potem straszny wstyd, wszystko się wali na autora. I nie scenarzysta, zwracam ci uwagę, decyduje o obsadzie aktorskiej, tylko reżyser, cała książka, na przykład, oparta jest na tłustej blondynce i z jej urody całość akcji wynika, a na ekranie widzisz chudą brunetkę i nic ci się nie zgadza. Bo on, ten bydlak, nie znosi tłustych blondynek, a uwielbia chude brunetki!
Lalka kiwała głową z nadludzką regularnością i wyraźną aprobatą. Weszła w temat aktywnie, przypominając sobie i mnie wszystkie znane, lubiane i śmiertelnie spaskudzone utwory, przeniesione na ekran zgodnie z poglądami reżysera i sprzecznie z zamierzeniami autora. Czas się kurczył bez naszej wiedzy.
Obok wiotkiej blondyneczki przy hondzie pojawił się nagle znacznie solidniejszy od niej młodzieniec, również w stroju kosmicznym i z hełmem w ręku. Blondynka rzuciła się na niego, waląc go pięściami w klatkę piersiową. Zwątpiłam, czy jest to objaw gorącej miłości, szczególnie, że dobiegły nas fragmenty czułych słów, a glos miała przenikliwy, przebijający nawet hałas uliczny. Obdarzyła go mianem łajdaka, imbecyla, kretyna i czegoś jeszcze, co już zostało zagłuszone silnikami. Uczyniłam przypuszczenie, że spóźnił się skandalicznie na spotkanie, wystawił ją rufą do wiatru i zmusił do wysiłków przy parkowaniu motoru, ciężkiego jak diabli.
Lalka się nagle ocknęła.
– O rany boskie, ostatnia chwila, ten kwadrans mi się kończy! Lecę. O samotności, którą też potępiasz, pogadamy następnym razem. Zostawić ci jakieś pieniądze?
– Puknij się. Jeszcze mnie stać na butelkę wina. Poleciała. Zostałam nad ostatnim kieliszkiem z myślą o Ewie Marsz.
Przed północą zdążyłam jeszcze zadzwonić do Lalki na komórkę.
– Słuchaj, bardzo cię przepraszam, przypomniałam sobie. One są pierścienice, te pijawki, a nie płazińce. Ale z punktu widzenia obrzydliwości płazińce mi bardziej pasują, więc nie musisz w umyśle korygować…
Ilekroć ostatnimi laty wracałam z dłuższego wojażu, natychmiast nadziewałam się na wydarzenia dość mocno wstrząsające, rozmaitego gatunku. Czekały już na mnie informacje, od których włos się na głowie jeżył, ręce opadały, a pod ciemieniem ruszała karuzela. Albo odwrotnie, pojawiała się próżnia kosmiczna, z której należało wydłubać błyskawiczne decyzje.
A swoją drogą ciekawe, czy z próżni kosmicznej można w ogóle cokolwiek wydłubać…?
Tym razem radosna wieść dopadła mnie, zanim jeszcze zdążyłam dotrzeć do własnej bramy.
Ze cztery kilometry mi brakowało i musiałam zjechać z udającej autostradę ulicy, bo zasłyszane informacje okazały się zbyt sensacyjne, żeby potraktować je lekceważąco. Z komórką przy uchu zatrzymałam się na jakimś podjeździe do cudzego domu.
– Niech pan to powie jeszcze raz, panie Tadeuszu – poprosiłam mojego agenta. – Ta parcela przy Kabatach…?
– Właśnie ta, przy której pani się…
– Awanturowała – podsunęłam niecierpliwie, bo pan Tadeusz najwyraźniej szukał jakiegoś eleganckiego słowa.
– Awanturowała, powiedzmy. Jest, to znaczy będzie, do sprzedania, to znaczy do kupienia i jeśli pani rzeczywiście ją chce, trzeba natychmiast zastrzec prawo pierwokupu i zadatkować. Nie mogłem wcześniej zadzwonić, to wyskoczyło w ostatniej chwili, myślałem, że pani już jest…
– Jestem, dojeżdżam do domu. Po czemu ona?
– No właśnie, na tym przecież polega okazja. Po trzydzieści dolarów za metr.
– Ile…?!
– Trzydzieści dolarów…
– Ona nie odrolniona? – spytałam podejrzliwie.
– Odrolniona. W tym rzecz. Bo znów może wejść w grę przedawnienie, te przepisy zmieniają się, co chwila, nie zdążyłem się upewnić w kwestii terminu, ale trzeba sprawdzić natychmiast i stąd pośpiech…
– Dlaczego tak tanio?
– Sprzedaje córka i chce się tego natychmiast pozbyć, tam jakieś małżeńskie rozliczenia wchodzą w grę, a ja przypadkiem mam kontakt i mogę być pierwszy w kolejce, a pani przecież chciała…
– Zaraz. Przeszło dwa tysiące pięćset metrów po trzydzieści dolarów, trzy razy dwa i pół… Panie Tadeuszu, nie mam tyle! Zejdę poniżej zera, nie chcę brać żadnych kredytów…
– Ależ nie, nie trzeba! Tylko zadatek dla zapewnienia prawa pierwokupu, dwadzieścia tysięcy złotych wystarczy, ale to musi być załatwione jeszcze dziś, jutro będzie za późno! Banki są czynne do dwudziestej…