Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Boso, Ale W Ostrogach - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Boso, Ale W Ostrogach

Электронная книга - «Boso, Ale W Ostrogach». Краткое содержание книги:

Miał ledwie dwadzieścia dwa lata, gdy w 1940 roku trafił do obozu. Przesiedział tam pięć lat. Był dzieckiem warszawskiej ulicy, cwaniakiem, od najmłodszych lat zahartowanym w bójkach, obdarzonym dużym sprytem i humorem. Był twardy, postanowił, że się nie da – i udało mu się. Przeżył, choć wrócił z gruźlicą i zmarł na nią w 1963 roku.

Obozowe przeżycia opisał w książce Pięć lat kacetu i od razu stał się sławny. Wszyscy orzekli, że to wielki samorodny talent. Miał wówczas lat czterdzieści. Wysoki, mocno zbudowany, lekko pochylony do przodu, jakby szykował się do skoku, z zadziornym spojrzeniem – po prostu kozak. Tam, „na dole, na Czerniakowie -jak sam mówił – tylko kozaki się liczyły. Zarabiał piosenkami warszawskiej ulicy, stał się modny, ludzie chętnie go słuchali.

W 1959 roku napisał książkę o latach swego dzieciństwa i młodości BOSO, ALE W OSTROGACH. „Wiesz, jaki jestem – mówił o sobie -boso, ale w ostrogach. Przywołał w niej świat przedwojennej Warszawy, ukazał historię obyczaju z przedmieścia, namalował barwne postaci swojej grandy, w której „kapować nie wolno, skarżyć nie wolno, odegrać się wolno. „Grzesiuk lubi popisywać się krzepą- pisał Wojciech Żukrowski – prostuje się wewnętrznie, mogąc komuś dać po łbie, sam też bierze cięgi, ale nie skomli, tylko idzie w kąt lizać rany i poprzysięgać wyrównanie rachunku. Jest w nim jakaś romantyczna szlachetność. Nie odgrywa się za swoje niepowodzenia na słabszych, przestrzega zasad walki. Czytając niektóre karty, ma się ochotę go uściskać, klepnąć po przyjacielsku, dodać otuchy: Nie daj się, trzymaj się twardo. I trzyma się!

BOSO, ALE W OSTROGACH miało już kilkanaście wydań i wciąż zdobywa czytelników.
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 52
Перейти на страницу:

Po trzech dniach przyszedł do mnie Olek. Po krótkiej rozmowie wyjął z kieszeni pieniądze, odliczył pewną sumę i kładzie na stole mówiąc:

– To dla ciebie.

– Za co? – zapytałem zdziwiony.

– Sprzedałem rower, ten z Willowej, a to twoja dola – osiemdziesiąt złotych.

– Za co? – pytam znów. – Przecież ja ci nic nie pomagałem.

– Ale byłeś ze mną i też ryzykowałeś.

Mówię Olkowi, że i ja też zdobyłem rower na Niemcu, więc od niego nie muszę brać.

– To wziąłeś sam, a przy moim byliśmy razem, więc dola ci się należy – upierał się Olek.

I nie pomogły żadne moje argumenty. Pieniądze musiałem przyjąć. Jeszcze tego samego dnia przepiłem wszystko z kolegami, bo uważałem, że nic mi się z tamtego roweru nie należało.

„GLINY”

Granatowej policji nienawidziłem tak samo jak Niemców za to, że współpracowali z okupantem. Ta nienawiść wzmogła się jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się, że każdy policjant składał przysięgę na wierność „nowej władzy”. Wydawali oni Niemcom ludzi, którzy kiedykolwiek odsiadywali wyroki, i wszyscy ci ludzie zostali przez Niemców wykończeni.

Wiedzieliśmy, że istnieje ścisła współpraca policji z gestapo. Dlatego zawsze przygotowany byłem do walki z nimi i do użycia broni w wypadku koniecznym. Wiedziałem, że gdybym został zatrzymany z bronią, to płacę życiem za posiadanie takiej zabawki. Byli koledzy, którzy w czasie oblężenia Warszawy stali się posiadaczami pistoletów lub granatów, lecz gdy wywieszono ogłoszenie, że grozi za to kara śmierci, wielu z nich starało się pozbyć tryfnego majdanu, a znów żal było wypuszczać to z ręki. Niektórzy zawijali broń w szmaty przesycone oliwą, chowali w pudełka lub garnki i zakopywali w ziemi, gdzie miała czekać do czasu, kiedy naprawdę będzie potrzebna. Kilku kolegów oddało broń mnie. Miałem więc kilka pistoletów i parę granatów. Z pistoletem nie rozstawałem się prawie nigdy, a gdy przewidywałem niebezpieczeństwo, zabierałem jeszcze na wszelki wypadek dwa granaty obronne. Posiadanie takiego majdanu niejeden raz stawiało mnie w głupiej sytuacji przy zetknięciu się z granatową policją.

Jedno z zarządzeń okupacyjnych nakazywało oddanie w komisariacie aparatów radiowych. Oddać radio? Dobrze, ale mam jeszcze dużo czasu do wyznaczonego terminu. Gdy było jeszcze ciepło, stawiałem radio na otwartym oknie, nastawiałem na cały regulator, tak że słychać je było w kilku domach. Dla wszystkich sensacja, bo wielu właścicieli oddało już radia, a ci, co jeszcze je mieli, grali cicho z jakiejś niezrozumiałej dla mnie obawy. Jeśli jeszcze wolno mieć aparat, to mam prawo grać tak, jak mi się podoba. Wreszcie przyszedł ostatni termin, po którym, według ogłoszenia, za posiadanie aparatu radiowego groziła kara śmierci. Żal oddać. Z drugiej strony obawa, że mają dokładny spis abonentów i będą wiedzieli, kto nie oddał.

Dobrze. Postanowiłem oddać – ale pożytku z niego i tak nie będziecie mieli! Trzeba oddać aparat radiowy – brzmiało ogłoszenie. Ale nic w nim nie ma o tym, że musi on być na chodzie. Ostatniego dnia aparat grał jeszcze przed południem w otwartym oknie. Gdy już postanowiłem go odnieść, wyłączyłem z kontaktu i… wyrzuciłem na podwórze przez otwarte okno. Z siekierą w ręku poszedłem na dół i porąbałem całą skrzynkę, a aparat rozwaliłem robiąc z niego jedną kupę szmelcu. W kieszenie „za parkanem” wsadziłem dwa pistolety, w każdą kieszeń spodni po dwa granaty, aparat pod pachę i kurs… komisariat przy ulicy Czerniakowskiej.

– Daj spokój, nie urządzaj żadnej draki – radzili koledzy.

– Ja wcale nie urządzam draki – odpowiedziałem. – Idę oddać radio. Dobrego nie oddam, za to może będą chcieli mnie zamknąć, a przecież zamknąć się nie data, bo podobno w „kiciu” dają słabo jeść.

Chłopaki patrzyli na mnie jak na wariata.

– Ty się chyba długo nie uchowasz – zauważył rzeczowo Mały. – Za dużo brykasz.

– Brykam? Mogę wpaść? Też prawda. Ale postanowiłem, że sam do nieba nie pójdę. Jak już koniecznie będę musiał iść, to na pewno pójdę w większym towarzystwie.

Idąc do komisariatu przemyślałem różne możliwości i doszedłem do wniosku, że jeśli będą chcieli mnie zatrzymać i dojdzie do awantury, to jednak dam sobie radę. Przecież nie wiedzą, że jestem uzbrojony.

Wreszcie komisariat. Wszedłem do środka, a policjant wskazał mi drzwi, za którym urzędował „specjalista” od aparatów radiowych. Byłem w tym pokoju jedynym interesantem.

– Przyniosłem radio, panie władzo – powiedziałem z uśmiechem od drzwi. – Tylko nie wiem, czy pan przyjmie.

– Dlaczego tak późno? – zapytał policjant.

– Strasznie lubię muzykę, szczególnie marsze niemieckie, więc chciałem grać jak najdłużej – odpowiedziałem pogodnie, kładąc na stole aparat zawinięty w papier.

Przodownik spojrzał na mnie zdziwiony, nie wiedząc, czy żartuję, czy mówię poważnie. W czasie rozmowy odpiąłem guziki palta, żeby było wygodniej w razie rozróbki.

– Niech pan odwinie – rozkazał „glina” wskazując brodą „aparat”.

– Proszę bardzo. Już się robi – odpowiedziałem i zerwałem papier z aparatu.

– Co pan tu przyniósł? – zapytał przodownik, gdy już zobaczył kupę pogiętej blachy.

– Jak to co? Radio. Musiałem przynieść. Ostatni dzień na zdawanie.

– Gorzej pan już popsuć nie mógł?

– Mogłem, ale myślę, że wystarczy tak, jak jest.

– Zabieraj pan to żelastwo i uciekaj pan z tym do cholery! – zawołał przodownik.

Złapałem „aparat” pod pachę i wychodząc mówię:

– Dobrze, zabiorę, tylko żeby pan później nie mówił, że nie przyniosłem radia.

Przed budynkiem komisariatu w różnych punktach ulicy stało czterech naszych chłopaków. Gdy odszedłem kawałek drogi, dołączyli do mnie. Nic nie mówiliśmy. Wiedziałem, że przyszli, żeby mnie bronić w razie potrzeby. Każdy z nich poklepał się tylko ręką po boku, dając tym do zrozumienia, że nie przyszedł z gołą ręką. Szliśmy obok siebie prawie całą szerokością chodnika. Na ulicy Chełmskiej zauważyłem, że naprzeciw nas idzie czterech żołnierzy niemieckich. Pokazałem chłopakom Niemców i powiedziałem:

– Zobaczymy, kto komu ustąpi. Ja nie ustępuję.

– My też nie – odpowiedzieli chłopaki i walimy prosto na nich.

W ostatnim momencie żołnierze chcieli ustąpić, ale my wpadliśmy na nich, roztrąciliśmy ich i stanęliśmy wszyscy trzymając ręce w kieszeniach. W odległości pięciu metrów od nas stanęli Niemcy i coś ze złością szwargoczą.

– Zobaczcie, jak drą mordy – powiedział ze śmiechem jeden kolega.

– Myślą, że się przestraszymy!

– Szoruj stąd, jeden z drugim!

– Uważaj, żebyś nie dostał po łbie!

– Patrzcie, jakie klawiaki! – wołali koledzy prawie równocześnie i śmieliśmy się wszyscy patrząc na głupio wykrzywione złością gęby Niemców.

Wreszcie poszli dalej margocząc coś pod nosem. Nie wiedzieli, frajerzy, że mogli się głupio nadziać, gdyby zaczęli z nami awanturę. Nie przeczuwali, że wszyscy jesteśmy uzbrojeni, mimo to nie czuli się dobrze sami w naszej dzielnicy.

W pierwszym okresie po upadku Warszawy kilka razy wydawano biednej ludności zupę. Jeden z punktów wydawania znajdował się w warsztatach samochodowych przy ulicy Nabielaka. I to przypadkiem stało się przyczyną mojej awantury z policjantem.

Miałem umówione spotkanie na ulicy Belgijskiej na Mokotowie. Gdy chciałem skręcić w ulicę Nabielaka, zatrzymał mnie policjant.

– Nie wolno – powiedział lakonicznie.

– Dlaczego? – zapytałem zdziwiony. Zobaczyłem przy warsztatach dużo ludzi, więc już się domyśliłem, że wydają zupę.

– Jak mówię, że nie wolno, to nie wolno – odpowiedział już ostro i pcha się, chcąc mnie siłą odsunąć dalej.

Poprosiłem grzecznie:

– Panie władzo, ja nie idę po zupę, widzi pan, że nie mam garnka. Mam spotkanie na Belgijskiej. Inną drogą będę musiał okrążać, nadrobię kawał drogi, a już nie mam czasu.

– Jazda stąd! – wrzasnął policjant i odepchnął mnie silnie obiema rękami.

Zanim się spostrzegł, już dostał pięścią w nos, a w ślad za tym uderzenie głową, tak że usiadł na jezdni. Poderwał się i wyjął z kabury pistolet.

– Ty, schowaj to, gówniarzu – powiedziałem groźnie – tym mnie nie nastraszysz. Napakuj w tę zabawkę amunicji, to może i nastraszysz. Przecież wiem, że to puste.

Faktycznie było tak, że policja miała broń, ale bez amunicji, którą wydano im dopiero później. Dlatego byłem do niego taki kozak. Gdy chciał podejść do mnie z pustym pistoletem, ruszyłem naprzeciw, żeby go stuknąć jeszcze raz. Gdy on stanął, to ja też. Na rogu stała cała ferajna chłopaków i tylko czekali na to, żeby policja zaczęła awanturę. Była okazja zapłacenia im za wszystkie doznane krzywdy i za współpracę z Niemcami.

Ale drugi policjant, stojący w pobliżu, był mądrzejszy. Podszedł do tego, który dostał łbem, kazał mu schować pistolet i być cicho, a mnie pozwolił przejść tak, jak chciałem. Zanim odszedłem, powiedziałem chłopakom, żeby uważali, czy nie będą chcieli mnie „zdjąć” policjanci stojący przy rogu Belwederskiej. Jak się tam „zamiesza”, to niech walą z pomocą. Przeszedłem jednak spokojnie, przez nikogo już nie zaczepiany.

Pewnego dnia przyszedł do mnie serdeczny kolega z fabryki. Zaprzyjaźniliśmy się w tym czasie, gdy ja byłem na drugim roku praktyki, a on po zapoznaniu się z pracą na oddziale został zastępcą kierownika. Był on znanym w Polsce sportowcem. A zapoznaliśmy się tak: pracowałem przy montowaniu podstaw aparatów radiowych, a obok mnie pracował kolega. Po oddziale kręcił się jakiś nowy facet. Chodził od jednego warsztatu do drugiego i przyglądał się, co ludzie robią. To tu, to tam popracował godzinę lub dwie i znów zmieniał warsztat. Nikt nie wiedział, co on właściwie robi i czego szuka. W pewnym momencie stanął za naszymi plecami, objął nas rękami za szyję i zapytał po koleżeńsku:

– No, jak wam się, chłopaki, pracuje?

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 52
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)