Biała Gardenia
- Автор: Белинда Александра
- Язык: польский
- Жанр: Историческая проза
Электронная книга - «Biała Gardenia». Краткое содержание книги:
Serce ścisnęło mi się na widok domu. Ogród tonął w błocie.
Nikomu nie chciało się przystrzyc krzewów róż. Zamieniły się w nieokiełznane pnącza pełznące po murze, wbijały macki w ramy okien, zostawiając brązowe ślady na tynku. Gardenia straciła wszystkie liście, teraz wyglądała jak patyk wbity w ziemię. Nawet gleba na grządkach wydawała się zbita i pusta: nikt nie zasadził cebulek na wiosnę. Usłyszałam, że Mei Lin śpiewa w pralni i uświadomiłam sobie, że Dymitr już wczoraj musiał ją zabrać do domu.
Stara Służąca otworzyła drzwi, ucieszona moim widokiem.
Uśmiech odmienił jej ponurą twarz. Przez chwilę wyglądała wręcz promiennie. Przez te wszystkie lata nie uśmiechnęła się do mnie ani razu, i nagle, kiedy balansowaliśmy na krawędzi katastrofy, uznała, że mnie lubi. Dymitr pomógł jej zanieść moje walizki do holu, a ja zachodziłam w głowę, gdzie się podziali inni służący.
Ściany salonu były nagie, wszystkie obrazy zniknęły. W miejscach po lampach widniały dziury.
– Ukryłem je. Żeby były bezpieczne – wyjaśnił Dymitr.
Stara Służąca otworzyła kufry i zaczęła zanosić moje ubrania na górę. Kiedy wyszła, odwróciłam się do Dymitra.
– Nie okłamuj mnie – powiedziałam. – Nie okłamuj mnie więcej.
Drgnął, jakbym go uderzyła.
– Sprzedałeś je, żeby utrzymać klub – ciągnęłam. – Nie jestem głupia. Wbrew temu, co myślisz, nie jestem małą dziewczynką. Zestarzałam się, Dymitrze. Popatrz na mnie. Jestem stara.
Dymitr położył mi dłoń na ustach i przygarnął mnie do piersi. Był wyczerpany. I stary, czułam to przez skórę. Jego serce ledwie biło. Wtulił policzek w moją twarz.
– Zabrała je na odchodnym.
Te słowa zabolały mnie jak cios. Położyły mi się kamieniem na sercu. A więc Amelia go zostawiła. Wcale mnie nie wybrał. Odsunęłam się od Dymitra i oparłam o kredens.
– Odeszła na dobre? – spytałam.
– Tak. – Nie spuszczał ze mnie wzroku.
Wstrzymałam oddech, rozdarta między dwoma światami. W jednym zabierałam walizki i wracałam do mieszkania, w drugim zostawałam z Dymitrem. Przycisnęłam dłonie do czoła.
– A więc zapomnijmy o niej – powiedziałam. – Nie ma jej w naszym życiu.
Dymitr przywarł do mnie i zaszlochał.
– „Ona”, „jej”, „minęła”. Od teraz tak będziemy o niej mówić – dodałam.
Czołgi armii nacjonalistów ryczały w mieście dniem i nocą, egzekucje komunistów stały się codziennym widokiem. Raz w drodze na targ minęłam kilka głów zatkniętych na znaki drogowe i nawet nie zauważyłam, że dziewczynka i jej matka zaczęły za mną krzyczeć. W ostatnich dniach nad ulicami unosił się zapach krwi.
Nowa godzina policyjna sprawiła, że otwieraliśmy klub tylko trzy razy w tygodniu, co właściwie było błogosławieństwem, gdyż brakowało nam personelu. Wszyscy szefowie kuchni wyjechali na Tajwan albo do Hongkongu, trudno było znaleźć jakichś muzyków poza Rosjanami. Jednak gdy otwieraliśmy, dawni klienci zjawiali się w komplecie.
– Nie pozwolę bandzie niezadowolonych wieśniaków zepsuć mi zabawy – powiedziała pewnego wieczoru madame Degas, zaciągając się papierosem w długiej fifce. – Zniszczą wszystko, jeśli im pozwolimy.
Jej pudla przejechał samochód, ale ze stoickim spokojem zastąpiła go papugą o imieniu Fifi.
Podobne odczucia odbijały się na twarzach innych stałych klientów, którzy pozostali w Szanghaju: angielskich i amerykańskich biznesmenów, holenderskich kupców morskich, nerwowych chińskich przedsiębiorców. Napędzała nas obsesyjna radość życia.
Mimo chaosu na ulicach, popijaliśmy tanie wino niczym najlepsze roczniki i skubaliśmy kawałeczki szynki jak niegdyś kawior. Podczas zaciemnienia zapalaliśmy świece. Dymitr i ja co wieczór tańczyliśmy walca, jak świeżo poślubieni małżonkowie. Wojna, śmierć Siergieja i Amelia – to wszystko wydawało się jedynie złym snem.
Gdy klub był zamknięty, siedzieliśmy wieczorami w domu, czytając sobie na głos albo słuchając płyt. Mimo tego, co działo się w mieście, zachowywaliśmy się jak najnormalniejsze małżeństwo. Po Amelii pozostało tylko wspomnienie. Czasem czułam jej zapach na poduszce albo znajdowałam gładki ciemny włos na szczotce albo kafelku.
Nigdy się jednak nie pojawiła ani z nami nie kontaktowała, aż do pewnego wieczoru, kilka tygodni po mojej przeprowadzce do rezydencji, kiedy zadzwonił telefon. Odebrała Stara Służąca. Zabrakło lokaja, więc Chinka zaczęła mówić po angielsku i odbierać telefony.
Domyśliłam się, kto dzwoni, gdyż Stara Służąca dreptała po pokoju, nerwowo unikając mojego spojrzenia. Wyszeptała coś do Dymitra.
– Powiedz jej, że nie ma mnie w domu – oświadczył.
Stara Służąca wróciła do holu i już miała przekazać wiadomość, kiedy Dymitr krzyknął głośno, tak, by Amelia go usłyszała:
– Niech tu więcej nie dzwoni!
Następnego dnia Luba napisała do mnie, że mam się z nią pilnie spotkać w klubie. Nie widziałyśmy się już od miesiąca i gdy ujrzałam ją w foyer, w eleganckim kapeluszu, lecz bladą jak upiór, niemal krzyknęłam z zaskoczenia.
– Nic ci nie jest? – spytałam.
– Opuszczamy dom – odparła. – Wieczorem wyjeżdżamy do Hongkongu. To ostatni dzień rozdawania wiz wyjazdowych. Aniu, musisz z nami jechać.
– Nie mogę – powiedziałam.
– Inaczej nie dostaniesz wizy. Aleksiej ma brata w Hongkongu. Możesz udawać naszą córkę.
Nigdy nie widziałam Luby tak wyczerpanej nerwowo. Była głosem rozsądku podczas mojego małżeńskiego kryzysu. Kiedy jednak popatrzyłam na inne kobiety w pomieszczeniu, na tych kilka klientek, które zostały w Szanghaju, ujrzałam przerażenie w ich oczach.
– Dymitr do mnie wrócił – szepnęłam. – Wiem, że nie opuści klubu, a ja muszę trwać przy mężu.
Przygryzłam wargę i wbiłam wzrok w ziemię. Opuszczała mnie kolejna bliska osoba. Skoro Luba zamierzała wyjechać z Szanghaju, było mało prawdopodobne, abyśmy się jeszcze kiedykolwiek spotkały.
Otworzyła torebkę i wyciągnęła z niej chusteczkę.
– Mówiłam ci, że wróci. – Otarła oczy. – Pomogłabym wam obojgu, ale masz rację co do Dymitra. Nie zostawi klubu. Szkoda, że nie przyjaźni się już z moim mężem. Aleksiej mógłby go przekonać do wyjazdu.
Kierownik sali oznajmił, że stolik już czeka. Kiedy nas usadził, Luba zamówiła butelkę najlepszego szampana i sernik na deser. Po chwili niemal jednym haustem opróżniła zawartość pierwszego kieliszka.
– Przyślę ci nasz adres w Hongkongu – stwierdziła. – Daj znać, jeśli będziesz potrzebowała jakiejkolwiek pomocy. Czułabym się o wiele lepiej, wiedząc, że zamierzasz wyjechać.
– Do klubu ciągle przychodzi mnóstwo ludzi – poinformowałam ją. – Kiedy przestaną, obiecuję, że pogadam z Dymitrem o wyjeździe.
Luba pokiwała głową.
– Mam informacje o Amelii – oznajmiła.
Wbiłam paznokcie w tapicerkę krzesła. Nie byłam pewna, czy chcę to usłyszeć.
– Podobno zaczęła się uganiać za jakimś bogatym Teksańczykiem. Jednak ten facet był sprytniejszy od jej dotychczasowych ofiar. Wziął, co chciał, i ją rzucił. Wystrychnął Amelię na dudka.
Powiedziałam jej, co się zdarzyło wczoraj wieczorem, jak Dymitr zakazał Amelii do nas wydzwaniać.
Szampan najwyraźniej poprawił humor Lubie. Na jej twarzy pojawił się uśmiech.
– A więc ta suka musiała spróbować raz jeszcze. – Pokiwała głową. – Nie przejmuj się, Aniu. Już uwolnił się spod jej zaklęcia. Przebacz mu i kochaj go z całego serca.
– Dobrze – odparłam. Żałowałam jednak, że rozmawiałyśmy o Amelii. Była niczym wirus, pozostający w uśpieniu, dopóki się o niej nie wspominało.
Luba upiła kolejny łyk szampana.