Migotliwa wstęga. Tom 1: Pościg [Chasm City - pl]
- Автор: Рейнольдс Аластер
- Год: 2003
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 83-89004-41-0
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Migotliwa wstęga. Tom 1: Pościg [Chasm City - pl]». Краткое содержание книги:
Sky miał ciągle pistolet Constanzy, ale ze strachu nie potrafił nawet zagrozić nożownikowi. Pasażer patrzył na niego. Mięśnie głowy pod skórą poruszały się dziwacznie, jak plutony zgranych robali pełznących po czaszce. Falowanie ustało i przez chwilę twarz pasażera przypominała twarz samego Skya. Potem mięśnie znów zaczęły falować, ale nowego oblicza Sky nie rozpoznawał.
Mężczyzna dźgnął z uśmiechem Skya nowym czystym ostrzem. To dziwne, ale Sky nie poczuł specjalnie bólu, miał wrażenie, jakby ktoś palcem pchnął go w żebra. Zatoczył się do tyłu, schodząc napastnikowi z drogi.
Za nim dwaj ratownicy złożyli się do strzału.
Sky osunął się, usiłując zaczerpnąć tchu. Ostry teraz ból wcale się nie zmniejszył po wdechu. Nóż na pewno przedziurawił płuco i złamał żebro, ale ominął serce, pomyślał Sky. Mógł ruszać nogami, więc ostrze chyba nie uszkodziło kręgosłupa. Minęła kolejna sekunda i Sky zastanowił się, dlaczego ratownicy nie strzelają. Widział przecież plecy pasażera, więc oni musieli mieć odsłonięty cel.
Oczywiście chodziło o Constanzę. Stała tuż za pasażerem, więc pociski na pewno by w nią trafiły. Mogła się wycofać, ale miała obok siebie szczelnie zamknięte drzwi do drugiej koi i jedyną realną drogą odwrotu byłaby drabina w górę szybu. A wówczas napastnik na pewno by się rzucił w pogoń. Miał tylko jedną rękę, co utrudniałoby wchodzenie, ale do niego nie stosowały się normalne reguły fizyczne.
— Sky — zawołała — masz lepszą od nich linię strzału. Strzelaj! Sky leżał na podłodze, dysząc. Ranne płuco bulgotało. Uniósł pistolet i wycelował w stronę napastnika, który przesuwał się ku Constanzy.
— Teraz, Sky!
— Nie mogę.
— Teraz. Od tego zależy bezpieczeństwo Flotylli.
— Nie mogę.
— Już!
Ręka mu drżała. Ledwo mógł utrzymać pistolet i nie było mowy o precyzyjnym celowaniu. Skierował lufę mniej więcej w plecy pasażera, zamknął oczy — walczył już teraz z falą mroku — i nacisnął spust.
Strzał był krótki i ostry, jak głośne beknięcie. Równocześnie rozbrzmiał metaliczny ryk — to uderzały kule nie w ciało, lecz w opancerzoną wykładzinę korytarza.
Pasażer zatrzymał się, jakby zamierzał wykonać obrót i wrócić po zapomniany przedmiot, i wtedy upadł na ziemię.
Constanza postąpiła naprzód i kopnęła pasażera, nie wywołując u niego żadnej widocznej reakcji. Broń wysunęła się Skyowi z ręki, ale dwaj ratownicy już do niego doskoczyli i mierzyli w pasażera.
Sky z trudem zaczerpnął tchu.
— Martwy? — zapytał.
— Nie wiem — powiedziała Constanza. — W każdym razie nie odejdzie stąd szybko. Jak się czujesz?
— Nie mogę oddychać. Skinęła głową.
— Powinieneś do niego strzelić, gdy ci poleciłam.
— Strzeliłem.
— Nie. Strzeliłeś na oślep i trafiłeś go rykoszetem. To fuks. Mogłeś nas wszystkich pozabijać.
— Ale nie zabiłem.
Pochyliła się i podniosła pistolet.
— To chyba mój.
Przybyli medycy i zeszli po drabinie. Nie było czasu, by za poznać ich z wydarzeniami i przez chwilę wahali się, komu najpierw udzielić pomocy: widzieli rannego wysokiego rangą członka załogi, dwóch innych, być może śmiertelnie rannych, załogantów oraz rannego pasażera, czyli członka najwyższej kasty, której poświęcali całe swoje życie. Medycy nie od razu zrozumieli, że momio jest kimś innym, niż się wydaje.
Jeden z lekarzy wstępnie zbadał Skya i przystawił mu maskę do oddychania. Czysty tlen zalał chory układ oddechowy i Sky poczuł, jak czarna fala nieco ustępuje.
— Pomóżcie Tytusowi. — Sky wskazał ojca. — Ale zróbcie co się da również dla pasażera.
— Jesteś pewien? — spytał medyk, który rozeznał się już w sytuacji.
Sky, nim odpowiedział, przycisnął maskę do twarzy; gorączkowo myślał, co może zrobić pasażerowi, kombinował, jak mógłby zadawać mu ból.
— Tak, jestem pewien.
JEDENAŚCIE
Obudziłem się rozdygotany. Wciąż mnie krępowały pęta Haussmannowego snu. Wyrazistość i trwałość wizji niepokoiła — nadal czułem, że jestem tam ze Skyem i patrzę, jak zabierają jego rannego ojca. W przyćmionym świetle obejrzałem dłonie sypialnej komórki — na prawej miałem krew lepką i czarną niczym smolna plama.
Siostra Duscha mówiła, że to łagodny szczep wirusa, ale najwidoczniej w ogóle nie byłem w stanie zrobić z nim porządku. Duscha sugerowała, bym przedłużył pobyt na Idlewild jeszcze o tydzień i pozwolił, by wirusa wypłukali mi profesjonaliści. Odmówiłem — nie mogłem zwlekać z pościgiem za Reivichem. Jednak teraz jej sposób wydawał mi się o niebo lepszy od konieczności samodzielnego pozbywania się tego paskudztwa. I chociaż w szerszej perspektywie mój szczep mógł wydawać się łagodny, nie miałem gwarancji, że nie pojawią się następne, bardziej przykre objawy.
W tej chwili dręczyło mnie znajome i nieprzyjemne uczucie — mdłości. Byłem zupełnie nieprzyzwyczajony do zerowego ciążenia, a Żebracy nie dali mi żadnych środków czyniących podróż nieco znośniejszą. Przez kilka minut myślałem o lekarstwach — rozważałem, czy wyjść po nie z komórki, czy też po prostu leżeć cicho i akceptować niewygodę, aż osiągniemy Migotliwą Wstęgę. W końcu żołądek zwyciężył i postanowiłem udać się do jadalni w rdzeniu statku. Tabliczka z instrukcjami w mojej kabinie informowała, że można tam kupić środek na najgorsze objawy niedyspozycji.
Wyprawa do jadalni dostarczyła więcej emocji, niż akurat teraz potrzebowałem. Obszerna, umeblowana i uszczelniona kula gdzieś w przodzie statku oferowała jedzenie, lekarstwa i rozrywki. Dotarcie tam wymagało jednak przepełznięcia labiryntu klaustrofobicznych jednokierunkowych przełazów, które wiły się wokół i wśród elementów napędowych. Napisy ostrzegały, by nie zwlekać z przepełzaniem przez niektóre części statku. Czytelnikowi zostawiano szansę wyciągnięcia własnych wniosków co do stanu osłon przeciwpromiennych w tamtych rejonach.
Po drodze rozmyślałem nad swym snem.
Coś mnie w nim niepokoiło. Czy zdarzenia w mojej wizji zgadzają się z tym, co wcześniej wiedziałem o Sky Haussmannie? Nie jestem ekspertem od jego życiorysu (nie byłem nim dotychczas), ale jeśli się wychowuje na Skraju Nieba, trudno nie znać pewnych podstawowych faktów z jego życia. Wszyscy wiedzieliśmy, jak po awarii oświetlenia na pokładzie „Santiago” Sky zaczął bać się ciemności. Wtedy to wybuchł tamten drugi statek. Wszyscy wiedzieliśmy również, że w tym samym wypadku zginęła jego matka. Lucretię — kobietę pod każdym względem godną szacunku — wszyscy w całej Flotylli bardzo kochali. Tytusa, ojca Skya, szanowali i liczyli się z nim, ale nie żywili nienawiści. Nazywali go caudillo — człowiek silnej ręki. Wszyscy przyznawali, że mimo iż wychowanie Skya było niezwykłe, nie można winić rodziców za zbrodnie, które popełnił później.
Wszyscy wiedzieliśmy, że Sky nie miał wielu przyjaciół, a jednak dotarły do nas imiona Norquinco i Gomeza. Pamiętamy, jak współuczestniczyli — lubo nie jako równorzędni partnerzy — w późniejszych wydarzeniach. I wszyscy wiemy, że Tytusa ciężko ranił sabotażysta ukryty wśród pasażerów. Tytus umarł kilka miesięcy później — kiedy odzyskiwał zdrowie w statkowym ambulatorium; trzymany w pobliżu sabotażysta wyrwał się z więzów i go zamordował.
Teraz jednak sen wkroczył na teren mi nieznany i to mnie intrygowało. Zupełnie nie pamiętałem, by ktoś kiedyś mówił o pogłoskach na temat jeszcze jednego statku, ponurego statku-widma, lecącego za Flotyllą, baśniowego „Caleuche”. Nawet nazwa „Caleuche” z niczym mi się nie kojarzyła. Co się ze mną dzieje? Może wirus indoktrynacyjny, wyposażony po prostu w dostatecznie szczegółową wiedzę o życiu Skya, teraz odkrywał przede mną fakty uprzednio mi nieznane? Czy też zarażono mnie nowym nieudokumentowanym szczepem, zawierającym, w odróżnieniu od innych szczepów, ukryte zawijasy całej historii? I czy te ozdóbki były rzeczywistymi (choć nieznanymi) faktami, czy czystą fikcją — suplementem dołączonym przez znudzonych sekciarzy, pragnących dodać swej religii nieco pieprzu?