Cienie
- Автор: Сандему Маргит
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Cienie». Краткое содержание книги:
Rycerze zlecają Antoniowi zniszczenie śmiertelnej trucizny złych mnichów. Ktoś podąża za nimi krok w krok. Coś lub ktoś wszelkimi środkami usiłuje nie dopuścić do zniszczenia pudełka z trucizną. Unni i brat Antonia, Jordi, spieszą mu na pomoc, lecz wróg zbiera siły…
To wyglądało naprawdę okropnie.
Zaczęli się zbliżać.
Nie, nie podchodźcie do mnie!
Młoda dziewczyna wyciągnęła do niej ręce, chciała dotknąć jej twarzy. Emma uderzyła w krzyk.
Tuż obok odchodziła w bok jakaś ścieżka. Emma wbiegła na nią, ale dreptanie wciąż dochodziło zza jej pleców. A więc to te dzieciaki tak ją prześladowały? Potem przekradły się i zaszły ją od przodu.
Na pomoc!
Emma postanowiła wysłać sygnały wzywające mnichów. Nie miała już dłużej siły. Wkrótce usłyszała ich przenikliwe ptasie krzyki. A więc jest ocalona!
Mnisi jednak się nie zjawiali.
Zerknęła przez ramię. Te straszne zadżumione dzieciaki wciąż tam były. Blisko.
Emma biegła, ile sił w nogach.
Przyjdźcie mi z pomocą, do diabła, przeklęte wrony!
Podobno, podobno zostało ich już tylko siedmiu.
To niemożliwe, przecież na początku był ich okrągły tuzin! Tymczasem jeden po drugim zaczęli znikać, a teraz nie chcieli pomóc swej władczyni, chociaż tak ich potrzebowała.
Emma zatrzymała się jak wryta.
Znów miała przed sobą to paskudne różowe domiszcze.
To znaczy, że biegła w koło. Ruszyła zdradziecką ścieżką, która zawiodła ją wprost w pułapkę. Spojrzała do tyłu, dzieciaki, dzięki Bogu, zniknęły.
Ale oto w jej stronę idzie Jordi. O, nie, nie zgodzi się niczego podpisywać!
Emma zawróciła i drgnęła gwałtownie, wydając z siebie niekontrolowany przerażony wrzask. Ścieżkę zagradzał jej olbrzymi koń, niosący na swym grzbiecie upiornego rycerza w zbroi i narzuconej na nią mnisiej opończy. Po obu jego stronach stały te dzieci.
– Niczego nie próbujcie! – zawołała. – Moi mnisi was dopadną!
Jordi podszedł już do niej.
– Chodź ze mną, Emmo. Mnisi nie przybędą.
– Oczywiście, że przybędą, słuchają mnie we wszystkim. A ty lepiej uważaj! Chcą dopaść właśnie takich jak ty!
Jordi powiedział spokojnie:
– Kiedy siadłaś w tym wiklinowym fotelu, znak, który narysowaliśmy sadzą na jego oparciu, odbił się na plecach twojej jasnej kurtki. Mnisi unikają tego znaku jak zarazy.
Emma zaczęła skakać w koło, jak gdyby usiłowała w ten sposób obejrzeć swoje plecy, a w końcu ściągnęła kurtkę i zobaczyła znak. Jej krzyk poniósł się między drzewami. Cisnęła kurtkę głęboko w krzaki.
– Teraz jestem już wolna! – zawołała do nieba.
– To się na nic nie zda, Emmo – stwierdził Jordi ze spokojem. – Widzisz, na dachu domu również narysowany jest znak.
– A co ich to obchodzi? Zresztą tu, w lesie, jestem swobodna. Mnisi są moimi niewolnikami, zrobią dla mnie wszystko. Odziedziczyłam ich po Leonie, oni wolą mnie, są w pobliżu, usłyszałam…
Jordi przerwał jej gadaninę.
– Chodź teraz ze mną. Ci młodzi mają dżumę, bardzo łatwo się nią zarazić. Ta choroba oszpeca. Zabija.
– Nie wygaduj głupstw! To wszystko tylko omamy, dobrze o tym wiem. Mogę przebiec przez tego konia, zobacz!
Bang! Wpadła na pierś konia i przerażona zaczęła się cofać. Jordi poprowadził ją w stronę schodów. Emma opierała się jak pięciolatka, która musi iść do dentysty.
– Nie, niczego nie podpiszę. Zniszczyłam ten papier! Pojawił się dziennikarz.
– Nic nie szkodzi. Mam jeszcze jeden – oświadczył z uśmiechem, kładąc na ogrodowym stole nową kartkę. – Proszę, tu jest długopis.
– Nigdy w życiu!
– Wobec tego porozmawiamy z policją o tych podpaleniach!
Z Emmy spłynęła cała politura, ukazując tę osobę, którą była naprawdę: wnuczką wulgarnej Emilii.
– Gówno mnie to obchodzi! Nie zdołacie mnie za to wsadzić do więzienia! Mam przyjaciół w policji, zaraz mnie wypuszczą!
Jordi skinął ręką i po obu stronach Emmy pojawiły się dzieci. Dziewczynka niemal dotknęła jej twarzy.
– Och, nie, nie! – zaszlochała Emma. – Tylko nie moja twarz, dajcie mi ten przeklęty długopis!
27
Don Galindo z wysokości grzbietu swego karego narowistego rumaka spoglądał na Emmę, drżącą ze wzburzenia. Nie do końca zdołał ukryć uśmieszek, igrający mu w kącikach ust.
Dziewczyna z wściekłością, przez którą końcówka długopisu przebiła papier, napisała swoje nazwisko pod całym tym fatalnym oświadczeniem, a następnie cisnęła długopis w twarz dziennikarzowi.
Z oczu Jordiego posypały się błyskawice.
Emma poderwała się i wybiegła. Na piasku przewróciła się na swych wysokich obcasach, ale zaraz się podniosła.
– Nie wszędzie jest ten znak! – zawołała groźnie, oddalając się tyłem. – Mam potężnych sprzymierzeńców, dobrze o tym wiecie, i nadejdzie wreszcie taki dzień, kiedy was dopadną. Pomszczą moją krzywdę!
– Im przede wszystkim chodzi o ratowanie własnej skóry! – odkrzyknął Jordi. – Chyba wiesz, że nie zostało ich już tak wielu!
– Wystarczy!
– I czy nie większą krzywdą jest niszczenie komuś życia podłymi wstrętnymi oszczerstwami?
– Niszczenie komuś życia? A co zrobiliście z moim?
– Sama się o to prosiłaś!
Teraz Emma zrobiła się naprawdę wulgarna, jak często bywa, gdy wyczerpują się argumenty.
– Zamknij pysk, ty przeklęty wykastrowany kocurze! Pożałujecie tego jeszcze! Ach, do diabła, jak pożałujecie!
Zniknęła wśród drzew.
– Tak naprawdę Emma miała rację – powiedział Jordi cicho. – To był paskudny szantaż.
– Jedyny sposób na uratowanie dobrej sławy wielu ludzi. Pojawił się Antonio, kuśtykając na jednej nodze, opierał się na kuli. Dziennikarz pomógł mu zejść po schodach.
Rycerz i para młodych ludzi nie ruszali się z placyku przed domem. Twarze młodych były teraz gładkie i śliczne jak za życia.
Trzej mężczyźni ze współczesności z szacunkiem pochylili głowy, a Jordi odezwał się:
– Dziękujemy wam, dono Elviro i donie Rodriguezie, i tobie, donie Galindo. Odegraliście doskonale przedstawienie. Aż trudno powiedzieć, jak wiele to dla nas znaczyło.
Don Galindo uśmiechnął się gorzko z wysokości końskiego grzbietu, a Jordi zaraz przekazał towarzyszom jego myśli:
„Tę sztuczkę z dżumą młodych zawdzięczamy mądrej Urrace. Wielką przyjemność sprawiło nam to wszystkim czworgu. Wiemy, że złej plotce prawie nie da się zaprzeczyć ani też o niej zapomnieć. Tymczasem to osiągnęliśmy”.
Antonio rzekł z szacunkiem:
– Przekażcie moje ciepłe pozdrowienia i podziękowania doni Urrace. Nigdy nie zapomnę tego toastu, który razem wznieśliśmy w górach.
„Ona również – odparł don Galindo. – Mówiła, że dawno już nie piła z tak przystojnym młodym mężczyzną”.
– Dziękuję – powiedział Antonio.
„I… – ciągnął don Galindo – nasza droga przyjaciółka ucieszy się również, że tytułujecie ją zgodnie z przynależnym jej honorem z racji urodzenia. Zbyt wielu już o tym zapomniało, nazywając ją czarownicą. A teraz żegnajcie! Uważajcie na siebie, bo jesteście nam potrzebni. Strzeżcie się chytrych planów naszych wrogów. Przede wszystkim zaś po tym jakże trudnym przerywniku, związanym z pozbyciem się pojemnika z trucizną mnichów, który tak bardzo nas wszystkich wyczerpał… wróćcie do głównego zadania. Czas płynie!”
Troje przybyszów z przeszłości rozwiało się w powietrza Dziennikarz nagle uświadomił sobie, że na długą chwilę wstrzymał oddech.
– Musicie mi pozwolić napisać o tym spotkaniu!
– Ani słóweczka – oświadczyli bracia chórem. – Później, kiedy to wszystko już się skończy. Obiecujemy.
– Za to zachowanie Emmy możesz opisać dokładnie – zaśmiał się Antonio, nie bez złośliwej radości w głosie.
– Nienawidzę tego! – krzyczała Unni. – Nienawidzę tego, nienawidzę!