Credo trzeciego tysiąclecia
- Автор: Маккалоу Колин
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Credo trzeciego tysiąclecia». Краткое содержание книги:
Zapominam o różnych rzeczach. Ostatnie tygodnie były ciężkie, pisanie i normalne zajęcia, leczenie pacjentów…
– Masz całe lato na odpoczynek – powiedziała wesoło. Atticus wyda książkę na jesieni, tuż przed masowym exodusem, który wywoła powszechną depresję. To dobry czas. Ludzie dojrzeją do przeczytania książki.
– Tak… Mmm… Dzięki za mądre słowa, Judith. Lubię cię słuchać. I chyba rzeczywiście powinienem wypocząć przez lato.
Najwyraźniej czuł się rozdarty: niecierpliwie oczekiwał osobistego kontaktu z rzeszą ludzi, ale niepokoiła go perspektywa podróży jakimś wehikułem z humorzastym szoferem. Boże, był oderwany od świata zewnętrznego, nie oglądał telewizji, nie słuchał radia, czytał tylko „New York Times”, „Washington Post” i literaturę fachową. A jednocześnie lepiej wiedział, co trapi ludzi, niż gdyby korzystał ze wszystkich dostępnych źródeł informacji.
Patrzyła na niego spod przymkniętych powiek. Zauważyła w nim coś nowego, dziwnego, niepokojącego. Wrażliwość? Początki upadku? Czyżby niszczył sam siebie? Bzdury. Przywidzenia. Nie był słaby, tylko wrażliwy. Nie brakowało mu siły, lecz twardego egocentryzmu. A przede wszystkim dawał z siebie wszystko, kiedy czuł się potrzebny.
W końcu została na kolacji, wiedząc (i czując z tego powodu lekkie rozbawienie), że młodsze kobiety nie traktują jej już z taką rezerwą jak za pierwszym razem. Cokolwiek Mary, Martha i Miriam wyczuły w jej związku z ich ukochanym Joshuą, najwidoczniej uspokoiło je. Co mogły zauważyć? Czy czegoś jej brakowało? A jemu?
Jakie to dziwne, skoro ich stosunki w gruncie rzeczy były poprawne.
Dr Carriol wyruszyła do Waszyngtonu, nie rozwikławszy tej zagadki.
– Judith opowiedziała mi, co będzie po opublikowaniu książki oznajmił rodzinie dr Christian tego samego wieczoru w salonie.
– Pewnie poproszą cię, żebyś pojechał w jakieś tournee reklamowe? – zapytał Andrew, który zorientował się nieco w cyklu wydawniczym, gdy brat zaryzykował napisanie książki. Obejrzał też kilka programów telewizyjnych, a gdy nie miał pacjentów, ani wymagającej skupienia pracy, słuchał radia w gabinecie.
– Tak. Co z jednej strony mnie cieszy, ale z drugiej pewnie okaże się kłopotliwe. Tej wiosny obarczyłem was tyloma obowiązkami, a teraz zapewne wyjadę jesienią.
– Nic się nie bój – Andrew uśmiechnął się.
Mama była szczęśliwa. Najdroższy Joshua wrócił na łono rodziny po dwóch miesiącach duchowej nieobecności. Jak dobrze patrzeć na niego, gdy tak sączy koniak i kawę i nie zrywa się od stołu z ustami pełnymi jedzenia. Nawet nie czuła potrzeby, by zmuszać go do wygłoszenia przemówienia.
– Pojechać z tobą? – spytała Mary. Konała z chęci wyjazdu.
Wegetowała w tym martwym miasteczku, a wokół tyle można zobaczyć! Pod pasywnością i świadomością, że nie jest tak mądra jak Joshua, piękna jak mama, ani tak potrzebna jak James, Andrew, Miriam i Martha, szamotała się w niej niespokojna, zgorzkniała i zrozpaczona dusza. Jako jedyna spośród Christianów chciała podróżować, poznawać nowe miejsca, doświadczać nowych przeżyć.
Ale bierna z natury, nie umiała wyjawić swoich pragnień. Po prostu wiodła jałowe życie, czekając, aż ktoś z rodziny to zauważy. Nie rozumiała, że pasywność i neutralność zepchnęły jąna boczny tor; tak dobrze ukrywała swoje pragnienia, iż nikt nie domyślał się nawet ich istnienia.
Dr Christian uśmiechnął się do niej i energicznie zaprzeczył.
– Nie, skąd! Doskonale poradzę sobie sam.
Mary nie odpowiedziała. Nie okazała żadnego uczucia.
– Długo cię nie będzie? – spytała Myszka, wpatrując się w stopy.
Dla niej, tak małej, słodkiej i szarej, zawsze czuł szczególną czułość. Teraz również obdarzył ją specjalnym, cudownym uśmiechem i powiedział łagodnie: – Nie sądzę, Myszko, kochanie. Tydzień lub dwa.
Podniosła oczy, by przyjąć jego błogosławieństwo. Wielkie, tęskne i lśniące od łez oczy.
Andrew poderwał się z krzesła i ziewnął.
– Jestem zmęczony. Chyba pójdę spać, jeśli pozwolicie.
James i Miriam również wstali, zadowoleni, że ktoś wspomniał o łóżku. Byli dobrym małżeństwem, głównie dlatego, że związek przyniósł im niespodziewaną radość. Połączeni świętymi więzami, odkryli rozkosz płynącą z dotyku skóry o skórę, ciała o ciało. A latem godzinami zabawiali się w łóżku. Może intelektualnie Joshua odpowiadał Miriam bardziej niż James, ale z pewnością tylko intelektualnie.
– Leniuchy. – Joshua wstał. – Idę na spacer. Kto ma ochotę?
Mama od razu zaczęła szukać wygodnych butów. Myszka nieśmiałym głosikiem powiedziała, że właściwie powinna towarzyszyć Andrew.
– Nonsens! – zaoponował Joshua. – Chodź z nami. A ty, Mary?
– Dzięki, nie. Sprzątnę kuchnię.
Martha wahała się jeszcze kilka sekund. Przerażona i zalękniona wodziła spojrzeniem od Joshuy do Mary.
– Pomogę Mary i chyba pójdę spać – stwierdziła w końcu.
Mary spojrzała na nią ponuro, a potem wyciągnęła dłoń i pociągnęła najmłodszą z Christianów z krzesła. Nie był to delikatny gest, ale gdy mocne palce Mary dotykały ją, Martha zawsze czuła, jakby wyławiały ją z odmętów wątpliwości i niosły w bezpieczne miejsce.
– Dziękuję – powiedziała już w kuchni. – Nigdy nie wiem, co robić w trudnej sytuacji. I pewnie mama chce mieć Joshuę dla siebie.
– Masz cholerną rację – zgodziła się Mary. Znów podniosła rękę, tym razem by sięgnąć za ucho Myszki i wyswobodzić kosmyk ślicznych, ciemnobrązowych włosów, przypominających futerko myszy.
– Moja ty biedna Myszeczko – powiedziała. – Ale głowa do góry! Nie tylko ciebie trzymają w pułapce.
Mama i Joshua spacerowali spokojnie w cichej, bezwietrznej nocy, i – mimo różnicy wzrostu – szli równym krokiem, bo on objął matkę za ramiona.
– Cieszę się, że Lucy wyjechała, a ty uwolniłeś się od książki wykonała pierwszy gambit.
– Ja również, na Boga! – roześmiał się.
– Jesteś szczęśliwy, Joshua?
Nie odpowiedziałby szczerze, gdyby to pytanie zadał mu ktoś inny.
– Tak i nie – zawahał się. – Otwiera się przede mną tyle możliwości, które witam z prawdziwą radością. To mnie uszczęśliwia.
Ale widzę problemy. Trochę się ich boję. Dlatego jestem również nieszczęśliwy.
– Rozwiążą się.
– Nic pewniejszego!
– Zawsze chciałeś osiągnąć taką pozycję, by pomagać ludziom.
Wiesz, Judith jest zdumiewająca. Nigdy nie myślałam o książce wiedząc, jakie masz kłopoty z pisaniem.
– Ani ja. – Poprowadził ją w stronę Trasy 78, a potem do parku. Olbrzymie ćmy trzepotały wokół nielicznych latarni, liście drzew wzdychały na lekkim wietrzyku, zapach jakichś nieznanych kwiatów delikatnie muskał ich nozdrza, wokół spacerowali mieszkańcy Holloman. – Wiesz, mamo – ciągnął – chyba to właśnie przeraża mnie najbardziej. Tego popołudnia myślałem o Judith jako o dżinie z mojej prywatnej lampy Alladyna. Wypowiadam życzenie, a ona wyskakuje i na wszystko ma odpowiedź.
– Nie! To przypadek, Joshua. Gdybyś nie pojechał do Hartford na proces, nigdy nie spotkałbyś Judith. To strasznie ważna osoba, tak?
– O, tak.
– No, proszę! Wie o tylu sprawach, o których my, tu w Holloman, nie mamy bladego pojęcia. I zna pewnie wszystkich ważnych ludzi.
– Rzeczywiście.
– No więc, czy to nie brzmi sensownie?
– Nie. W tym coś jest, mamo! Wypowiadam życzenie, ona zaś je spełnia.
– Podczas następnego spotkania – chyba że ja zobaczę się z nią wcześniej – poprosisz ją, by spełniła moje życzenie?
Zatrzymał się pod latarnią i spojrzał na nią.