Jak z Obrazka
- Автор: Пиколт Джоди Линн
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Jak z Obrazka». Краткое содержание книги:
– Bardzo mi trudno dłużej gniewać się na ciebie – powiedziałam.
– Ha, przynajmniej coś robię dobrze.
Zarumieniłam się i spuściłam wzrok na talerz. Chciałam, żeby podał jedzenie. Zaśpiewał. Krzyknął. Zrobił cokolwiek, byle tylko przestał na mnie patrzeć.
Potrafiłam znaleźć drogę przez pustynię, orientując się po położeniu słońca. Wiedziałam, jak poskładać czaszkę, która rozpadła się na pięćdziesiąt kawałków. Umiałam przeprowadzać skomplikowane komputerowe analizy rozmiarów kości. Ale nie byłam w stanie siedzieć przy stole z mężczyzną i czuć się swobodnie.
Nie miałam zbyt wielkiego doświadczenia, a wszystkie snute przeze mnie fantazje nie brały pod uwagę pułapek, które czyhały w rzeczywistości: długich momentów, w czasie których nikt nic nie mówi, okropnego echa, kiedy upuściłam łyżkę na talerz, wzroku Alexa przenikającego mi pod skórę. Pomyślałam o bohaterkach powieści, które czytałam w samolocie do Tanzanii. Teraz większość z nich odrzuciłaby już długie włosy na plecy, rozchyliła wiśniowe usta i zapraszająco wygięła smukłe ciała. Wszystkie posiadły sztukę flirtu i uwodzenia. W najgorszym razie potrafiłyby prowadzić rozmowę, nie wychodząc przy tym na idiotki.
Alex jednak nie miał pojęcia o antropologii, a ja o filmach. Rozmowa o pogodzie w Tanzanii nie miała sensu, bo miesiącami nic się tu nie zmieniało. Wrażenia z lotu na pewno by go nie zainteresowały. Bez tarczy gniewu, za którą się chroniłam, przychodząc do namiotu, miałam bardzo mało do powiedzenia Alexowi Riversowi. Przypuszczalnie zastanawiał się, co mu strzeliło do głowy, żeby zaprosić mnie na kolację.
– Powiedz mi, Cassandro Barrett…
– Cassie – wtrąciłam odruchowo i spojrzałam na niego. – Możesz nazywać mnie Cassie.
– W takim razie Cassie. Powiedz mi, jak to się stało, że wylądowałaś na afrykańskiej pustyni, by kopać w ziemi.
Rzuciłam się na ten temat, wdzięczna za szansę.
– Byłam chłopczycą – odparłam. – Lubiłam grzebać się w ziemi.
Alex podszedł do drewnianej skrzyni, której do tej pory nie zauważyłam, i wyjął z niej dwie małe srebrne miski, pełne lodu.
– Koktajl z krewetek? – zapytał.
Uśmiechnęłam się, gdy postawił przede mną talerz.
– Jak to zrobiłeś? – zapytałam, kręcąc głową.
Alex nabił krewetkę na widelczyk.
– Gdybym ci powiedział, odarłbym kolację z magii.
Siedzieliśmy w milczeniu; obserwowałam cienie świec, tańczące na jego policzkach i zapalające refleksy we włosach. Był złoty – to słowo samo się nasuwało. Patrzyłam na niego i w jednej chwili widziałam mężczyznę pytającego mnie o studia, a w następnej Apolla we własnej osobie.
Podczas głównego dania Alex wspomniał, że urodził się poza Nowym Orleanem.
– Ojciec był lekarzem, a mama, cóż, mama była najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widziałem. – Uśmiechnął się. – Pamiętam, raz obserwowałem ją w ogrodzie, kiedy myślała, że jest sama. Zdjęła słomiany kapelusz, uniosła twarz ku słońcu i roześmiała się tak, jakby była najszczęśliwszą kobietą w świecie.
Spojrzałam na talerz, myśląc o własnej matce, która za powrót na Południe oddałaby wszystko, co miała. O tym, jak obserwowałam ją, kiedy myślała, że jest sama. Pochylona nad karafką, wznosiła toast sama do siebie. Zamknęłam oczy, próbując sobie wyobrazić, czym mogło być dorastanie w rodzinie Alexa Riversa.
– Tata nie był zwolennikiem aktorstwa – mówił Alex – ale potem zobaczył mnie na scenie w college’u w Tulane i stał się moim największym fanem. Aż do swojej śmierci kilka lat temu wieszał na ścianach swojego gabinetu plakaty reklamowe moich filmów.
– Twoja matka nadal mieszka w Nowym Orleanie?
– Próbowała przeprowadzić się do Los Angeles, ale nie dała rady. Powiedziała, że starych drzew się nie przesadza.
Usiłowałam wyobrazić sobie obrazy Południa, które w mój umysł wpisała matka, krainy wdzięku, błękitnolistnych wierzb i mrożonych drinków z listkami mięty. Tak różniło się to od Los Angeles, jak ja od Alexa Riversa.
– Pewnie tęsknisz za Nowym Orleanem – powiedziałam. – Hollywood to zupełnie inny świat.
Alex wzruszył ramionami.
– Wychowałem się w jednym z tych starych francuskich dworów. Czarne okiennice, pnące róże i ławki z kutego żelaza w ogrodzie. Kiedy przyjechałem do Los Angeles i odniosłem sukces, zbudowałem podobny dom w BelAir. – Skrzywił się drwiąco. – Jeśli byłaś na jednym z tych Gwiazdorskich Objazdów, przypuszczalnie widziałaś moją skrzynkę pocztową.
Uśmiechnęłam się do niego.
– I skąd wiedziałeś, że odniosłeś sukces?
Alex wybuchnął śmiechem.
– Raz poszedłem do sklepu spożywczego. To było tuż po premierze „Światła i cienia”, tego filmu o Wietnamie. No więc stałem przy warzywach i macałem kantalupy, żeby sprawdzić, czy są dojrzałe, tak jak pokazała mi mama, kiedy byłem w college’u. Wkoło wszystkie kobiety chwytały kantalupy, które miałem w ręce, ale odłożyłem – cholera, były zielone – i powtarzały w kółko, że zdobyły owoce, których dotknął Alex Rivers. – Uśmiechnął się. – To było najgorsze, nigdzie nie mogłem iść, nic nie mogłem robić. Zostałem pozbawiony wszelkiej prywatności. Tamtego dnia w roku 1987 po raz ostatni poszedłem na zakupy do sklepu spożywczego.
– I co jadasz? – zapytałam przerażona.
– Zatrudniam ludzi, żeby kupowali mi jedzenie, ubranie, odbierali telefony, prowadzili samochód. Chryste, gdybym chciał, przypuszczalnie mógłbym wynająć kogoś, kto chodziłby za mnie do toalety.
– Ach, korzyści wynikające z posiadania władzy. – Wstałam i sprzątnęłam ze stołu dwa talerze po wyśmienitej gęsi, nadziewanej słodkim ryżem, w sosie śliwkowym. – Więc co robisz przez cały dzień?
Alex wybuchnął śmiechem.
– Jak tak się nad tym zastanowić, to bardzo mało.
Na nowo napełnił kieliszki szampanem, a ja tymczasem postawiłam na stole deser.
– Jagody. Moje ulubione.
Nie powiedziałam tego tylko z grzeczności. Nie można wychowywać się w Maine i nie lubić czarnych jagód; rosły dziko w lesie za domem moim i domem Connora. Te na tarcie nie były tak smaczne (aczkolwiek nie zamierzałam wspomnieć o tym Alexowi), ale przypominały mi lato i życie, jakie prowadziłam wieki temu. Uniosłam do ust następny kęs.
– W Maine często chodziliśmy na jagody – powiedziałam tylko. – Rosną wszędzie i jedliśmy je prosto z krzaczków. – Uśmiechnęłam się. – Rozgrzane były najlepsze, smakowały słońcem i plamiły nam palce na fioletowo.
Alex ponad stołem ujął mnie za rękę. Odwrócił ją wnętrzem do góry i wolno potarł opuszkami palców.
– Tutaj – powiedział, dotykając mojej dłoni, jakby widział plamy. – I tutaj. – Spojrzał na mnie. – Żałuję, że nie byłem tam z tobą.
Cofnęłam rękę. Czułam, jak po plecach spływa mi strumień potu.
– Chyba już pójdę – powiedziałam szybko. – Dziękuję za wspaniałą kolację. – Wstałam od stołu, bo się bałam, że zmienię zdanie, że Alex zrobi to za mnie.
Wpatrywał się we mnie długo, później także wstał i odwinął rękawy. Włożył smoking i odprowadził mnie do wyjścia. Płonące pochodnie malowały ziemię odcieniami czerwieni.
– Powiedziałem Johnowi, że sam cię odwiozę – odezwał się cicho. – Mam nadzieję, że to ci nie przeszkadza.
– Nie chcę sprawiać kłopotu – odparłam, choć przecież wiedziałam, że nie mam innego wyjścia. Sama tak późno wieczorem bałabym się wracać do zajazdu, a wezwanie taksówki po prostu nie wchodziło w grę.