Kochanek Lady Allerton
- Автор: Cornick Nicola
- Язык: польский
- Жанр: Исторические любовные романы
Электронная книга - «Kochanek Lady Allerton». Краткое содержание книги:
Nagła zmiana tematu zaskoczyła Beth. W innych okolicznościach odpowiedziałaby wykrętnie, zwłaszcza gdyby słabo znała rozmówców, ale otwartość i serdeczność lady Salome sprawiły, że mówiła z nią całkiem szczerze.
– Tak. Oczywiście. Bardzo polubiłam lorda Trevithicka, ale… – Umilkła nagle i spochmurniała.
– Aha! Zawsze jest jakieś ale! Beth wybuchnęła śmiechem.
– Droga lady Salome, kłopotów nie brakuje. Lord i ja krótko się znamy.
– W Księgach Królewskich powiedziane jest, że miłość wszystko zwycięża – przypomniała uroczyście lady Salome.
– Zapewne – odparła Beth, choć w to nie wierzyła. Na widok Markusa, który właśnie stanął w drzwiach, pospiesznie zmieniła temat. – Czy to prawda, że na tych wodach grasują przemytnicy?
Lady Salome zmierzyła ją badawczym spojrzeniem.
– Ten proceder kwitł tutaj za czasów twojego dziadka, kochanie. Dawniej przemytnicy zarabiali krocie, ale to już przeszłość, więc i zainteresowanie nielegalnym handlem spadło.
Beth miała wrażenie, że Markus obserwuje ją uważnie, więc uśmiechnęła się do niego.
– Właśnie pytałam pańską ciotkę o przemytników grasujących rzekomo w tej okolicy.
– Słyszałem – odparł, biorąc z rąk lady Salome filiżankę herbaty. – Ta profesja zanika, prawda, droga ciociu?
– Podobnie jak piractwo i rabunek zatopionych wraków – przytaknęła starsza pani. – Życie na Fairhaven nie jest ani w połowie tak ekscytujące, jak się niektórym wydaje, moja droga. Jesteśmy odcięci od świata i jego wydarzeń. Dam przykład: w Ameryce wojna, a do nas docierają tylko słabe echa wielkich bitew przesądzających o losach kraju.
– Aha, byłbym zapomniał! – wtrącił nagle Markus. – Lady Allerton, McCrae wspomniał mi o człowieku, który znał pani dziadka. Nazywa się Jack Cade albo coś w tym rodzaju. Mieszka w Halfway Cottage. Może jutro rano zechciałaby pani go odwiedzić?
– Dobra myśl – przyznała. – Dzięki, milordzie.
Nie miała pojęcia, dlaczego jest taka markotna. Skąd ten brak zapału? Bardzo dziwna sytuacja… Od lat marzyła o wyprawie na Fairhaven, a gdy wreszcie się tutaj znalazła, ogarnęło ją zagadkowe rozczarowanie. Czy należało ją zaliczyć do grona nudziarzy i snobów, którzy po osiągnięciu celu nagle tracą zainteresowanie obiektem swych dążeń? Miała nadzieję, że nie dzieli z nimi tej fatalnej przypadłości, Wstała z fotela i uśmiechnęła się do lady Salome. – Droga pani, milordzie… – Chłodno skinęła głową Markusowi. – Wybaczcie państwo, ale jestem zmęczona i chciałabym odpocząć. Proszę mnie nie odprowadzać – dodała pospiesznie, gdy Markus bez entuzjazmu podniósł się z fotela.
– Sama trafię do swojego pokoju. Dobranoc.
Idąc po schodach, uświadomiła sobie, jak obraźliwe były pozory kurtuazji zachowywane wobec niej przez Markusa wyłącznie przez wzgląd na lady Salome. Z rozpaczą myślała, że chłód, który wkradł się między nich, łatwo może się przerodzić w obojętność, a potem we wzajemną niechęć. Już teraz odnosiła wrażenie, że dzieli ją od Markusa szklana ściana. Niedawna bliskość i poczucie harmonii poszły w zapomnienie. Aż trudno uwierzyć, że trzymał ją w ramionach i całował, budząc odczucia, które były dla niej objawieniem, bo nie zdawała sobie sprawy z ich istnienia. Ale to przeszłość. Teraz wydawał się znudzony i zniecierpliwiony, jakby z trudem znosił jej towarzystwo. Na jego sympatię nie mogła już Uczyć.
Beth siedziała w sypialni na wyściełanej poduszkami ławie pod oknem i obserwowała księżyc odbijający się w morskiej toni. Wietrzna aura towarzysząca przeprawie ustąpiła miejsca pięknej pogodzie. Noc była bezchmurna, gwiazdy jasno lśniły na niebie. Gdzieś w zamkowych komnatach zegar wybił pierwszą. Echo zadźwięczało wśród kamiennych murów i ucichło. Beth zadrżała z przejęcia. Od czterech godzin czuwała. Było jej zimno, czuła się znużona, ale nie zamierzała rezygnować. Tej nocy musiała się dowiedzieć, co knuje Markus wraz ze swym zarządcą Colinem McCrae.
Usłyszała szmer, a potem chrzęst żwiru na podjeździe. Ktoś otworzył zamkowe wrota i szedł drogą w stronę plaży. Beth przycisnęła nos do zimnej szyby. Ze swego okna miała widok na zatokę i pełne morze. Wokół zamku był niezbyt duży trawnik urywający się na skraju stromej drogi, która wrzynała się w skalne urwisko. Beth nie słyszała kroków, ale dostrzegła migotliwe płomyki latarń sunące przez ciemność w stronę portu. Podniosła się z ławy, narzuciła płaszcz i podbiegła do drzwi.
Odsunęła rygiel, nacisnęła wielką klamkę i popchnęła je mocno. Ani drgnęły. Cofnęła się, marszcząc brwi.
Wieczorem nie stawiały oporu i łatwo chodziły na starannie naoliwionych zawiasach, z czego wniosek, że zostały zamknięte na klucz… z zewnątrz. Raz jeszcze nacisnęła klamkę i popchnęła je z całej siły. Na próżno.
Uklękła i przyłożyła oko do dziurki. Tkwił w niej klucz wsunięty od strony korytarza. Ogarnęło ją oburzenie, gdy potwierdziły się jej najgorsze przeczucia. Markus zamknął ją w pokoju! Domyślała się, dlaczego tak haniebnie z nią postąpił.
Wstała i podbiegła do swego sakwojaża. Wyjęła z niego pudełko, w którym trzymała szpilki do upinania włosów. W rogu sypialni stało wiekowe drewniane biurko. Beth była niemal pewna, że w jednej z szuflad widziała duży arkusz mięsistej bibuły do suszenia atramentu. Znalazła go i wróciła do drzwi. W szeroką na dwa i pół centymetra szparę pod nimi wsunęła papier tak, żeby większa jego część znalazła się w korytarzu. Jedną z długich szpilek pogrzebała w zamku. Pierwsza okazała się zbyt giętka, ale drugą, sztywniejszą, udało jej się wypchnąć klucz. Dobiegł ją stłumiony przez bibułę, cichy odgłos.
Wstrzymała oddech i ostrożnie pociągnęła arkusz. Klucz utknął w wąskiej szparze. Przygryzając wargę, ostrożnie manewrowała bibułą, starając się nie stukać metalem o drewno. Po kilku chwilach dręczącej niepewności chwyciła nareszcie upragnioną zdobycz.
Otrzepała spódnicę, przekręciła klucz w zamku i uchyliła drzwi. Korytarz oświetlony światłem pojedynczej lampy był pusty. Zamknęła za sobą drzwi i na palcach podeszła do schodów.
Potrzebowała kilku minut, żeby w labiryncie ciemnych korytarzy i klatek schodowych zamku Saintonge znaleźć drogę do frontowych drzwi. Poruszała się wolno, żeby nie robić hałasu. Gdy przecinała wielką jadalnię, omal nie wpadła na służącą niosącą z kuchni stos czystych talerzy. Na szczęście spostrzegła ją i schowała się w cieniu kolumny. Tuż przy frontowych drzwiach musiała kryć się przed Martą McCrae, która ze świecą w ręku schodziła po schodach wiodących do dziecinnego pokoju. W końcu udało się Beth niepostrzeżenie wydostać z zamku. Gdy biegła przez trawnik, serce biło jej tak mocno, że musiała na chwilę przystanąć pod osłoną murów zamkowych.
Noc była pogodna, ale wiał ostry wiatr. Beth szybko zdała sobie sprawę, że trzeba być idiotką, żeby po ciemku, bez latarni schodzić wąską, stromą drogą wyciętą w klifowym zboczu. Nawet za dnia taki marsz wymagał skupienia i zdwojonej uwagi. Co gorsza, mogła natknąć się przypadkiem na chodzących własnymi ścieżkami przemytników. Postanowiła ukryć się za skałą, poczekać, aż wrócą, i przyjrzeć się zagadkowemu ładunkowi Marchanta. Długo siedziała bez ruchu, zmarznięta i mocno znudzona. W końcu jednak ujrzała z daleka nikłe płomyki, a potem usłyszała chrzęst kamieni i odgłos kroków. Przemytnicy wracali z towarem. Cofnęła się w cień pod skalnym nawisem, skąd mogła bezpiecznie ich obserwować.
W samą porę! Po chwili jej oczom ukazał się interesujący widok. Mężczyźni z latarniami szli gęsiego pod górę. Beth poczuła się nieco rozczarowana, bo nie mieli ze sobą elementarnych przemytniczych akcesoriów, o których czytała w powieściach, a mianowicie osiołków dźwigających kosze wypełnione butelkami wina oraz belami kosztownych tkanin.