Smoczy Pazur
- Автор: Baniewicz Artur
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Smoczy Pazur». Краткое содержание книги:
Debren zamknął gębę. Nie skomentował, gdy opp Gremk najpierw zwłoki z trapu zepchnąć próbował, a potem, gdy noga zabolała, bosakami ściągnąć kazał. Nie próbował pomagać. Nawet wtedy, gdy podrapane od haków ciało wymknęło się ciągnącym je na statek marynarzom i z ohydnym plaśnięciem zaklinowało się między skałami a burtą „Jaskółki”.
– „Herosów, co życie na ołtarzu wiary i nauki złożyli, z czcią i honorami…” Przestań natychmiast, Neruela! Jak mi choć jedna łza na zeszytnicę kapnie, to dam ci ja… Wstyd mi czynisz, dziewko!
Venderk opp Gremk ostrożnie wrócił na pokład. Wyglądał na zadowolonego.
– Mam nadzieję, że los tych pijanych głupków nie zniechęcił was, panie rycerzu, do wypełnienia ślubów? – Z lekkim niepokojem podniósł głowę, patrząc w przyłbicę spoglądającego z wysokości siodła Błękitnego. – Wypadek to był jeno. Debren, mistrz wielce w czarowaniu biegły, potwierdzi wam, że magii w tym nijakiej nie było. Prawda, Debren? No, co tak spode łba łypiesz? Potwierdź, że mam rację. Debren, mówię do ciebie.
Magun milczał. Patrzył prawnikowi w oczy i przeżuwał coś w ustach. Może tylko ślinę.
– Nie trzeba – powiedział szybko Vensuelli. – Widzicie, panie Venderk, że pan Błękitny niestrachliwy. Na trap wjeżdża, więc odsuńcie się.
Opp Gremk odstąpił, ale spojrzenia z maguna nie spuścił. Nawet gdy podkute kopyta zastukały o pomost, a deski zaskrzypiały ostrzegawczo.
– A teraz – wycedził – na odwrót: milcz i nie mieszaj się. Jak jedno choćby zaklęcie tu padnie… Rozumiemy się?
Debren nie drgnął. Nie musiał przytakiwać. Rozumieli się.
Bez pomocy magii jeździec mógł zwalić się z trapu wraz z koniem. Trap mógł pęknąć. Pomost, osadzony na nierównej skale, mógł się przechylić. Od wstrząsów, jakie wywoływał ciężki niczym buhaj wierzchowiec, mogły posypać się z góry kamienie. Smok, który mógł nie zdechnąć ze starości, mógł wyłonić się zza zakrętu i urządzić jatkę. Istniało wiele możliwości. W teorii.
Żadna nie zaistniała w praktyce, Błękitny spokojnie przejechał na brzeg, zatrzymał konia i oszczędnym młynkiem rozwinął zrolowany wokół drzewca proporzec. W szarawym świetle popołudnia zalśniły róż, błękit i złoto jakiegoś wielce skomplikowanego herbu.
– „…w prawej górnej zaś ćwierci, Północną Brechtę symbolizującej, herb księżnej pani, ryby dwie z rodu dorszowego ma wyhaftowane, mieczem przekłute, a od góry słońcem opromienione, który to znak podkreślić ma…”
– Nie tu! – zawołał trochę niezadowolony Gremk. – Tego miejsca z morza nie widać. Doradzam tamten wzgórek, szlachetny rycerzu. Ostrożnie tylko! Nie spadnijcie, zanim… znaczy… rzec chciałem: uważajcie.
Rycerz zatoczył w milczeniu koniem i zmroził wszystkich patrzących, kierując rumaka na wąziutką ścieżkę, na którą ostrożna mama kozica nie wpuściłaby swych młodych. Miejsce, ku któremu zmierzał, było jak wymarzone do zatykania sztandarów, słupów-kołonosów i innych tego typu symbolicznych przedmiotów, ponieważ garb nad wąwozem był najwyższym na wybrzeżu miejscem, a zatoka jedynym gościnnym tego wybrzeża kawałkiem, ale Debren nigdy nie zaryzykowałby wjeżdżania tam konno. Nawet gdyby koń był przedniej krwi, ułożony przez dobrego tresera i otumaniony magią.
– Pięć szelągów, że zleci, zanim proporzec zatknie – rzucił hasło któryś z knechtów. Rozpętał prawdziwą burzę zakładów. Kamienny czy może raczej blaszany spokój rycerza zrobił wrażenie, więc większość obstawiała, że skręci kark dopiero w drodze powrotnej. Zakładano się też o to, czy runie do wody, czy w wąwóz, ktoś postawił na ścieżkę po niewidocznej stronie wzgórza i szczęśliwy finał, a ktoś zaryzykował trzy przeciw pięciu na interwencję smoka Ziejacza, w którego istnienie raczej powątpiewano.
– No, Venderk, teraz toś przegiął – mruknął Vensuelli. – Dureń to, ale każda głupota ma swoją granicę. A ja ci ją mogę palcem wskazać. O, ten uskok pod jodełką, bo to jodełka chyba. Zaraz pan rycerz w portki blaszane popuści, trochę rdzy do pancerza dodając, i z konia zlezie. Na oczach tłumu świadków. Stopę na Małym Czyraku postawi; nie żadne wygodne do interpretowania i jurydycznego przepychania kopyto swego konia, ale własną chędożoną stopę. I szlag ci linię argumentacji weźmie.
Opp Gremk uśmiechnął się. Niewyraźnie. I trochę bladą twarzą.
– Nie bój się, zadka z kulbaki nie ruszy. Wiem na pewno. Ja się na przypadek nie zdaję jak ty, młokosie. Przy wszystkich tytułach, jakie ma, to gołodupiec. Konia od sponsora dostał, od stadniny pewnej z Bliskiego Zachodu. Darmo dali i tresurę opłacili, a także ładny grosz dla wdowy obiecali, a on ślubował na koło święte i honor rycerski, że się konno ze smokiem będzie potykał.
– Zaskoczę was, mecenasie – skrzywił się nieładnie Debren. – Ale, wystawcie sobie, żeby szwindle i interpretacje z umowami czynić, nie trzeba od razu do cechu jurystów należeć. Smoka, póki co, ani widu, ani słychu. Rycerz pomyśli, z konia zlezie, rzyć ocali, a honoru i kontraktu nie naruszy.
– N-nie zrobi tego – zająknął się Gremk. – To prostoduszny głupek. Człowiek niezłomnych zasad. Nie taka podstępna gnida jak waćpan. O kurr…
Rycerz zsiadł z konia.
Wśród hazardzistów na pokładzie zawrzało. Jedni zaczęli obstawiać na nowo, inni wykłócać o to, czy i w jakim stopniu obowiązują poprzednie warunki. Zbrhl, przez cały czas rozglądający się bacznie dookoła, nie tylko po sąsiedztwie wąwozu, ale nawet przeciwległym brzegu zatoczki, grzmotnął w reling obuchem topora. Topór był cywilny, rzeźnicki, ale raczej z rzeźni oprawiającej woły niż wyspecjalizowanej w drobiu. Od razu zrobiło się ciszej.
Rycerz, podpierając się mieczem, wciągnął za uzdę konia na szczyt wzgórza, wyjął proporzec z tulei przy siodle i machnąwszy nim parę razy jak gołębiarz, zatknął w ziemię.
– Z torbami puszczę – warczał pod nosem opp Gremk. – Zamek zasrańcowi zlicytuję, obrońcami ginących gatunków poszczuję, już ja go…
– Co tam mamroczesz, mistrzu? Ślina jakoś wam strzyka, czyście aby nie chorzy?
– Modlę się, admirale – powiedział głośno, przywołując chłodny uśmiech. – Za pomyślny wynik starcia tego zakutego zucha z Ziejaczem.
– To znaczy… jaki? – Vensuelli uniósł ironicznie brew.
– Pomyślny.
Majtek stawiający trzy przeciw pięciu klepał się radośnie w uda. Rycerz dosiadł konia, wsparł miecz o naramiennik i zniknął za garbem górki. Nie było słychać łoskotu, więc chyba znalazł ścieżkę.
– A mowa?! – zgubił udawany spokój opp Gremk. – Kto mowę wygłosi, ty pało do żabiej rzyci przyczepiona?!
– Smok to był – sprostowała Zelgan. – Piszcie: „Smoczy łeb, hełm jego zdobiący, za górą ową strzelistą przepadł i tylko pobożne pienia czas jakiś ciszę złowrogą mąciły. Potem i one w szum kniei wsiąkły, a po rycerzu błędnym ślad wszelaki na wieki wieków a… to znaczy zaginął”.
– Nie za szybko go paniusia skreśliła? Mieczysko ma niezgorsze, konia też. Nie wiedzieć, kto komu przy…
– Panie Zbrhl! Prosiłam!
– …przytnie uszy, rzec chciałem. Może się zdarzyć, że rycerz ze smokiem wygra.
– Ze smokami to już różni wygrywali – odcięła się. – Ale nie z Venderkiem, przez tajne służby cesarskie wspieranym. Zapomnijcie lepiej, panowie, o tym nierzetelnym szlachcicu. Jak znam niektórych z tu obecnych, to domu on już nie obaczy.
Venderk opp Gremk nie skomentował. Ale i nie zdementował.
– No to swoje zrobiliśmy – stwierdził bez radości Vensuelli. – A teraz pójdziemy gromadą na skraj lasu, zetniemy parę sosenek i mały częstokolik się w wąwozie ustawi. Jak mawia rotmistrz; „Smok nie smok, kij mu w bok”. Nie ma lepszego sposobu na te głupie gadziny jak fortyfikacja polowa. Przejdziesz się z nami, Debren? Na robakach drzewnych, prawiłeś, znasz się jak mało kto, to nam zdrowe sztuki wskażesz, żeby się chłopcy opukiwaniem nie zmachali. No, co tak sterczysz? Chodźże.