Czas burzy
- Автор: Пилчер Розамунда
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Czas burzy». Краткое содержание книги:
Teraz było widać, że pracownia była dwupoziomowa. Na południowej stronie urządzono sypialnię na galerii, do której prowadziły schodki w kształcie okrętowego trapu.
Weszłam do połowy schodków, skąd zobaczyłam kanapę przykrytą pasiastą narzutą. Nad nią znajdowało się szczelnie zasłonięte okno. Z poduszki wysypywały się pióra, co zapewne było dziełem buszującej tu myszy. W rogu galerii leżały wysuszone zwłoki małego ptaszka. Na ten widok lekko mną wstrząsnęło, toteż zeszłam z powrotem do pracowni.
Wiatr tłukł w wielkie okno od strony północnej. Próbowałam uporać się ze skomplikowanym systemem sznurków służących do podnoszenia zasłon, ale nie dałam rady i okno pozostało zasłonięte.
Na środku pomieszczenia znajdowało się podium dla modeli. Na nim stało coś przykrytego płachtą, co okazało się ozdobnym, pozłacanym krzesłem. Myszy zajęły się już jego siedzeniem – wokół leżały porozrzucane strzępki czerwonego aksamitu, końskie włosie wymieszane z mysimi kupkami i masą kurzu.
Pod inną płachtą odkryłam stół roboczy Grenville’a. Były tam pędzle, tuby z farbami, palety, nożyki, butelki oleju lnianego i stosy czystych blejtramów, zabrudzonych wskutek upływu czasu. Była tam też mała kolekcja drobnych przedmiotów, które prawdopodobnie zbierał dla zabawy. A więc wypolerowany przez wodę morską kamyk, jakieś pół tuzina muszli i pęczek piór mewich, które przypuszczalnie przechowywał w praktycznym celu czyszczenia fajki. Leżały tam jeszcze poskręcane, wyblakłe zdjęcia, na których nie można było nikogo rozpoznać, błękitno-biała chińska puszka z ołówkami, buteleczki ze skamieniałym tuszem i kawałek laku…
Poczułam się jak wścibska osoba czytająca cudzy pamiętnik, toteż zakryłam to wszystko z powrotem płachtą i wróciłam do właściwego celu mojej wizyty. Była nim masa nie oprawionych płócien stojących wzdłuż ścian, każde stroną pomalowaną do wewnątrz. Kiedyś też były zasłonięte przed kurzem, ale płachty się z nich ześlizgnęły i leżały pozwijane na podłodze. Kiedy odłożyłam pierwszą kupkę, moje palce natrafiły na pajęczynę, a wielki i obrzydliwy pająk przemknął przez podłogę i znikł gdzieś w cieniu.
Trochę to potrwało. Musiało być około piątej lub szóstej, gdy powyciągałam wszystkie obrazy, odkurzyłam je i ustawiłam w rzędach, opierając o podwyższenie dla modeli. Skierowałam światło koślawej lampy tak, aby je oświetlało. Niektóre miały datę, lecz nie były poukładane w żadnym porządku chronologicznym. Natomiast co do większości nie mogłabym powiedzieć, kiedy ani gdzie zostały namalowane. Wiedziałam tylko, że odzwierciedlały przebieg całej kariery zawodowej Grenville’a, jak też wszystkie jego zainteresowania.
Były wśród nich pejzaże lądowe i morskie, wszystkie możliwe kaprysy oceanu, urocze wnętrza, kilka szkiców z Paryża, kilka wyglądających na wykonane we Włoszech. Można było na nich znaleźć łodzie i rybaków, sceny uliczne z Porthkerris i pewną liczbę nakreślonych węglem podobizn dwojga dzieci, w których rozpoznałam Rogera i Lizę. Nie było natomiast żadnych portretów.
Zaczęłam już wybierać, odstawiając na bok te obrazy, które wydawały mi się szczególnie interesujące. W momencie kiedy dotarłam do ostatniego stosiku, około pół tuzina stało już opartych o siedzenie uginającej się kanapy, a ja byłam zakurzona i zmarznięta, z brudnymi rękoma i pajęczynami przyczepionymi do ubrania. Z poczuciem prawie spełnionego obowiązku zabrałam się do sortowania ostatniej kupki płócien. Znalazłam w niej trzy rysunki piórkiem i widok portu z jachtami stojącymi na kotwicy. A potem…
Ostatnie płótno było zarazem największe. Musiałam użyć obu rąk i całej swojej siły, aby wyciągnąć je z ciemnego kąta i odwrócić stroną pomalowaną do światła. Trzymając obraz pionowo jedną ręką, stanęłam z tyłu,, a wtedy ukazała mi się twarz dziewczyny z ciemnymi, lekko skośnymi oczami, śmiejącymi się i pełnymi życia mimo patyny upływających lat. Ujrzałam czarne włosy, wystające kości policzkowe i zmysłowe usta, nie uśmiechnięte, lecz jakby drżące od powstrzymywanego uśmiechu. Dziewczyna miała na sobie powiewną, białą sukienkę, tę samą, co na portrecie wiszącym nad kominkiem w salonie Boscarvy.
To była Zofia.
Odkąd moja matka wymieniła jej imię, zafascynowała mnie ta postać. Złość z powodu niemożności dowiedzenia się, jak wyglądała, przerodziła się u mnie wręcz w obsesję. Ale teraz, kiedy znalazłam jej portret i mogłam spojrzeć jej w twarz, poczułam się jak Pandora. Otworzyłam puszkę, z której wydostały się tajemnice. Teraz nie było już sposobu, aby wepchnąć je tam z powrotem i zamknąć wieczko.
Znałam tę twarz. Rozmawiałam z jej właścicielem i kłóciłam się z nim, widziałam ją kwaśną i uśmiechniętą. Te same ciemne oczy widziałam zwężone złością lub błyszczące rozbawieniem.
To był także Joss Gardner.
11
Od razu zrobiło mi się strasznie zimno. Było już ciemno, a w pracowni atmosfera była wręcz lodowata, ale równocześnie czułam, że krew ucieka mi z twarzy jak woda z umywalki. Słyszałam bicie własnego serca i nagle zaczęły mną też wstrząsać dreszcze. Pierwszym moim odruchem było schować portret w to samo miejsce, gdzie go znalazłam, położyć kilka innych płócien na wierzchu, aby ukryć go tak, jak w powieściach kryminalnych ukrywa się zwłoki.
W końcu jednak sięgnęłam po krzesło i ustawiłam je dokładnie tak, aby portret Zofii był oparty jak na sztalugach. Dopiero wtedy wycofałam się na drżących nogach i ostrożnie usiadłam na skraju uginającej się kanapy.
Zofia i Joss.
Czarująca Zofia i zagadkowy Joss, któremu w końcu nauczyłam się nie ufać.
„Myślę, że wróciła do Londynu, wyszła za mąż i miała dziecko”. To powiedział mi Pettifer. Potem, w roku 1942, została zabita podczas niemieckiego nalotu.
Ale Pettifer nie wspomniał o Jossie. A było przecież oczywiste, że Zofię i Jossa łączyła jakaś trudna do rozwikłania więź.
Pomyślałam teraz o moim biurku, czy raczej biurku mojej matki przeznaczonym dla mnie, które było ukryte na zapleczu warsztatu Jossa.
Przypomniałam też sobie słowa Mollie: „Nie wiem, czym ten Joss tak oczarował Grenville’a. To przerażające, tak jakby miał na niego jakiś wpływ”.
Zofia i Joss.
Było już ciemno. Nie miałam zegarka i straciłam całkiem poczucie czasu. Wiatr zagłuszał wszystkie inne dźwięki, toteż nie słyszałam, jak Eliot schodził w dół ogrodu szukając drogi po ciemku, gdyż zabrałam latarkę. Nie słyszałam nic, dopóki nie otworzyły się drzwi, jakby pchnięte porywem wiatru, na skutek czego żarówka znów zaczęła się huśtać, co mnie szalenie przestraszyło. W następnym momencie do środka wleciał Rufus i wskoczył na kanapę obok mnie. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że nie jestem sama.
W otwartych drzwiach, na tle ciemności, stał mój kuzyn Eliot. Miał na sobie zamszową marynarkę i bladoniebieski sweter z zapięciem polo, a na ramiona zarzucił przeciwdeszczowy płaszcz jak pelerynę. W tym bezlitosnym świetle jego szczupła twarz straciła cały kolor, a głęboko osadzone oczy wyglądały jak dwie czarne jamy.
– Mama powiedziała, że jesteś tutaj, więc przyszedłem…
Przerwał i zorientowałam się, że zobaczył portret. Nie mogłam wykonać żadnego ruchu, dosłownie zamarłam; zresztą było już za późno, aby cokolwiek zrobić.
Eliot wszedł do środka i zamknął drzwi. Skaczące cienie stopniowo się uspokoiły.
Nikt z nas nie odezwał się ani słowem. Zaczęłam głaskać Rufusa po głowie, odruchowo szukając ucieczki w jego miękkim, ciepłym futrze. Tymczasem Eliot strząsnął z ramion płaszcz, przewiesił go przez krzesło i powoli zbliżył się, aby usiąść obok mnie. Nie spuszczał przy tym oczu z portretu.