Potop, tom pierwszy
- Автор: Сенкевич Генрик
- Серия: Ogniem i mieczem #2
- Год: 1987
- Язык: польский
- Год: Fundacja Nowoczesna Polska
- Жанр: Историческая проза
Электронная книга - «Potop, tom pierwszy». Краткое содержание книги:
— Król! król! jako żywo! Jan Kazimierz! — poczęto wołać ze wszystkich stron.
I śmiech ogromny jak grzmot rozległ się w zgromadzeniu.
— Niech go kule biją, jak to misternie ułożył! — wołała szlachta.
Wojewoda śmiał się z innymi; następnie, gdy uciszyło się nieco, rzekł poważniej:
— I za tę to sprawę my musimy teraz krwią i głowami nakładać… Ot, do czego doszło!… Ale masz, błaźnie, dukata za dobrą zagadkę.
— Krzysztofku! Krzychu najmilszy! — odrzekł Ostrożka — czemu to na innych napadasz, że trefnisiow trzymają, kiedy sam nie tylko mnie trzymasz, ale osobno za zagadki dopłacasz?… Dajże mnie jeszcze dukata, to ci powiem drugą zagadkę.
— Takąż samą dobrą?
— Jeno dłuższą… Daj naprzód dukata.
— Masz!
Błazen znów wstrząsnął rękoma jak kogut skrzydłami, znów zapiał i zakrzyknął:
— Mości panowie, słuchajcie! Kto to taki?
Wszyscy obecni odgadli tak dobrze tę zagadkę, jak i poprzednią. Dwa czy trzy zduszone w tejże chwili śmiechy ozwały się w zgromadzeniu, po czym zapadła cisza głęboka.
Wojewoda stał się czerwony i tym bardziej się zmieszał, że wszystkie oczy były w niego utkwione, a błazen spoglądał to na jednego szlachcica, to na drugiego, wreszcie ozwał się:
— Niktże z waszmościów nie odgaduje, kto to taki?
A gdy milczenie było jedyną odpowiedzią, wówczas Ostrożka zwrócił się z najbezczelniejszą miną do wojewody:
— A ty, Krzychu, zali także nie wiesz, o jakim to hultaju była mowa?… Nie wiesz? to płać dukata!
— Masz! — odrzekł wojewoda.
— Bóg ci zapłać!… Powiedz no mi, Krzychu: nie starałżeś się ty przypadkiem o podkanclerstwo po Radziejowskim?
— Nie pora na krotofile[267]! — odparł Krzysztof Opaliński.
I skłoniwszy się czapką wszystkim obecnym:
— Czołem waszmościom!… Pora mi na radę wojenną.
— Na radę familijną, chciałeś, Krzychu, powiedzieć — dodał Ostrożka — bo tam wszyscy krewni radzić będziecie, jakby dać drapaka.
Po czym zwrócił się do szlachty i naśladując wojewodę w ukłonie, dodał:
— A waćpanom w to graj!
I oddalili się obaj; ale ledwie uszli kilkanaście kroków, jeden ogromny wybuch śmiechu obił się o uszy wojewody i brzmiał jeszcze długo, zanim utonął w ogólnym gwarze obozu.
Rada wojenna istotnie miała miejsce i wojewoda poznański na niej prezydował. Była to szczególna rada! Brali w niej udział sami tacy dygnitarze, którzy się na wojnie nie znali. Bo magnaci wielkopolscy nie szli i nie mogli iść za przykładem owych „królewiąt” litewskich lub ukrainnych żyjących w ustawicznym ogniu jak salamandry[268].
Tam co wojewoda lub kasztelan to był wódz, któremu pancerz wygniatał na ciele nigdy nie schodzące czerwone pręgi, któremu młodość zbiegała na stepach lub w lasach od wschodniej strony, wśród zasadzek, walk, gonitew, w obozach lub taborach. Tu byli to dygnitarze pilnujący urzędów, a choć w chwilach potrzeby chodzili i oni na pospolite ruszenie, jednakże nigdy nie zajmowali naczelnych w czasie wojen stanowisk. Głęboki spokój uśpił wojowniczego ducha i potomków tych rycerzy, którym niegdyś żelazne hufce krzyżackie nie mogły dotrzymać pola, zmienił w statystów, uczonych i literatów. Dopiero twarda szkoła szwedzka nauczyła ich, czego zapomnieli.
Ale tymczasem zgromadzeni na naradę dygnitarze spoglądali na się niepewnymi oczyma i każdy bał się pierwszy odezwać, czekając, co powie „Agamemnon[269]”, wojewoda poznański.
„Agamemnon” zaś sam nie znał się po prostu na niczym i mowę swoją rozpoczął znów od narzekań na niewdzięczność i ospałość królewską, na lekkie serce, z jakim całą Wielkopolskę i ich pod miecz wydano. Ale za to jakże był wymowny; jakże wspaniałą czynił postać, prawdziwie rzymskiego senatora godną: głowę przy mówieniu trzymał wzniesioną, czarne jego oczy ciskały błyskawice, usta pioruny, a siwiejąca broda trzęsła się z uniesienia, gdy przyszłe klęski ojczyzny malował.
— W czymże bowiem ojczyzna cierpi? — mówił — jeżeli nie w synach swoich… a my tu najpierw ucierpimy. Po naszych to ziemiach, po naszych prywatnych fortunach, zasługami i krwią przodków zdobytych, przejdzie naprzód noga tych nieprzyjaciół, którzy jako burza zbliżają się ku nam od morza. I za co my cierpimy? Za co zajmą nasze trzody, wydepczą zboża, popalą wsie pracą naszą zbudowane? Czy myśmy krzywdzili Radziejowskiego, który, niesłusznie osądzony i jako zbrodniarz ścigany, obcej protekcji szukać musiał? Nie!… Czy my nastajemy, aby ten próżny tytuł króla szwedzkiego, który już tyle krwi kosztował, był w podpisie naszego Jana Kazimierza zachowany? Nie!… Dwie wojny palą się na dwóch granicach — trzebaż było wywołać i trzecią?… Kto winien, niech go Bóg, niech go ojczyzna sądzi!… My umyjmy ręce, bośmy niewinni tej krwi, która będzie przelaną…
I tak dalej piorunował wojewoda; ale gdy przyszło do właściwej materii, nie umiał rady pożądanej udzielić.
Posłano tedy po rotmistrzów łanową piechotą dowodzących, a szczególniej po pana Władysława Skoraszewskiego, któren był nie tylko rycerz sławny i niezrównany, ale stary praktyk wojenny znający wojnę jak pacierz. Rad jego istotni nawet wodzowie nieraz słuchali; tym więc skwapliwiej pożądano ich teraz.
Pan Skoraszewski radził tedy założyć trzy obozy: pod Piłą, Wieleniem i Ujściem, tak blisko, aby w razie napadu mogły sobie wzajem przychodzić z pomocą; a oprócz tego całą nadrzeczną przestrzeń, łukiem obozów objętą, obsypać szańcami, które by nad przeprawami panowały.
— Gdy się już okaże — mówił pan Skoraszewski — w którym miejscu nieprzyjaciel będzie przeprawy tentował[270], tedy się tam ze wszystkich trzech obozów w kupę zbierzemy, aby mu dać wstręt należyty. Ja zaś, za zezwoleniem jaśnie wielmożnych mości panów, pójdę z małym pocztem do Czaplinka. Stracona to pozycja i w czas się z niej cofnę, ale tam najpierw dowiem się o nieprzyjacielu i jaśnie wielmożnym panom dam znać o nim.
Wszyscy zgodzili się na ową radę i poczęto nieco żwawiej krzątać się w obozie. Szlachty zjechało się wreszcie do piętnastu tysięcy. Łanowi sypali szańce na przestrzeni sześciu mil.
Ujście, główną pozycję, zajął ze swymi ludźmi pan wojewoda poznański. Część rycerstwa została w Wieleniu, część w Pile, a pan Władysław Skoraszewski odjechał do Czaplinka, by stamtąd dawać baczenie na nieprzyjaciela.
Rozpoczął się lipiec; dnie były ciągle pogodne i gorące. Słońce dopiekało na równinach tak mocno, iż szlachta chroniła się po lasach, między drzewami, pod których cieniem niektórzy kazali rozbijać swe namioty. Tam też wyprawiano uczty gwarne i hałaśliwe, a jeszcze więcej hałasu czyniła służba, zwłaszcza przy pławieniu i pojeniu koni, których po kilka tysięcy naraz pędzono trzy razy dziennie do Noteci i Głdy, kłócąc się i bijąc o najlepszy przystęp do brzegu.
Marek Porcjusz Katon — w Rzymie było dwóch polityków tego samego nazwiska, pradziad, zwany Cenzorem (234–149 p.n.e.) i jego prawnuk, zwany Utyceńskim lub Katonem Młodszym (95–46 p.n.e.), obaj byli zagorzałymi obrońcami cnót obywatelskich i republiki.
totam Rempublicam (łac.) — całą Rzeczpospolitą.
krotofila a. krotochwila (starop.) — żart.
salamandra — istota fantastyczna, opisana w XVI w. przez Paracelsusa, żywiołak ognia.
Agamemnon (mit. gr.) — bohater Iliady, król Argolidy, wódz Greków w wojnie trojańskiej.
tentować (z łac.) — próbować.