Ognie niebios
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #5
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ognie niebios». Краткое содержание книги:
„Starasz się to odwlec, Egwene al’Vere. Natychmiast przestań być idiotką z wełną zamiast mózgu. Zachowujesz się równie głupio jak Cowinde”.
— Prowadź — powiedziała i ledwie zdążyła narzucić wełniany kaftan na swoje nagie ciało, Cowinde bowiem natychmiast odrzuciła zamaszystym ruchem klapę wejścia namiotu, otwierając ją przed nią i wpuszczając do wnętrza przenikający do szpiku kości chłód nocy.
Na tle ciemnego nieba odznaczały się ostre punkciki gwiazd, świecił jaskrawo księżyc w trzeciej kwadrze. Obozowisko Mądrych rozbite w odległości niecałych dwustu kroków od miejsca, w którym jedna z brukowanych ulic Rhuidean kończyła się twardą popękaną gliną, tworzyły dwa tuziny niskich kopczyków. Cienie rzucane przez księżyc zamieniły miasto w skupisko dziwacznych urwisk i turni. Klapy wszystkich namiotów były opuszczone, powietrze wypełniała mieszanina zapachów ognisk i warzonej na nich strawy.
Pozostałe Mądre spotykały się tu prawie codziennie, noce jednak spędzały wśród swych szczepów. Kilka nawet spało dzisiaj w Rhuidean. Ale nie Bair. Obozowisko znajdowało się w takiej odległości od miasta, na jaką zgodziła się Bair; gdyby nie mieszkał w nim Rand, bez wątpienia nakazałaby rozbić je w górach.
Egwene szła najszybciej, jak mogła, przyciskając płaszcz do ciała. Czuła wnikające podeń lodowate macki, które szarpią jej skórę za każdym razem, gdy nagie nogi rozchylają poły. Cowinde musiała podkasać swoją białą szatę do kolan, żeby nadążyć i stosownie iść parę kroków przed nią. Egwene nie potrzebowała, by gai’shain wskazywała jej drogę, ale ponieważ kobiecie kazano pójść po nią, naraziłaby ją na wstyd, a może nawet obraźliwą reprymendę, gdyby odprawiła ją wcześniej. Zaciskając szczękające zęby, żałowała, że jej przewodniczka nie biegnie.
Namiot, w którym mieściła się łaźnia parowa, nie różnił się niczym od pozostałych, tak samo niski i szeroki, z opuszczonymi wszystkimi klapami, na dodatek z zakrytym otworem kominowym. Po ognisku, które rozpalono tuż obok, pozostały tylko rozżarzone węgle, rozsypane na paru kamieniach wielkości ludzkiej głowy. Za mało było światła, żeby określić, czym jest znacznie mniejszy, skryty w cieniu kopczyk obok wejścia do namiotu, Egwene wiedziała jednak, że to równo złożone ubrania kobiet.
Wziąwszy jeden głęboki, lodowaty wdech, pośpiesznie zrzuciła buty, strząsnęła kaftan z ramion i zanurkowała do wnętrza namiotu. Po krótkiej chwili przenikającego dreszczem zimna — zanim zdążyła opaść-klapa przesłaniająca wejście — wzięła ją w swe kleszcze gorąca para, wyciskając pot, który w mgnieniu oka okrył jej ciało lśniącą powłoką, podczas gdy ona sama wciąż jeszcze gwałtownie próbowała zaczerpnąć tchu i nie mogła powstrzymać dygotania.
Trzy Mądre, które uczyły ją chodzenia po snach, siedziały na ziemi, nie zważając na zlewający je pot; ich długie do pasa włosy były całkiem wilgotne. Bair rozmawiała z Melaine, której piękne zielone oczy i rudozłote pukle stanowiły rażący kontrast z pomarszczoną twarzą i długimi, siwymi warkoczami starszej kobiety. Amys też miała siwe włosy — a może to tylko ich jasny odcień sprawiał takie wrażenie — ale mimo to nie wyglądała staro. Podobnie jak Melaine potrafiła przenosić — niewiele spośród Mądrych wykazywało takie zdolności — a jej twarz nie była naznaczona piętnem czasu, co przywodziło na myśl Aes Sedai. Moiraine, szczupła i drobna w porównaniu z pozostałymi, wyglądała na równie niewzruszoną, mimo potu, który spływał po jej jasnej, nagiej skórze i przylepiał ciemne włosy do czaszki. Mądre oczyszczały ciała z potu i brudu całego dnia za pomocą cienkich, zakrzywionych blaszek z brązu zwanych staera.
Ociekająca Aviendha przykucnęła obok wielkiego, czarnego kociołka wypełnionego rozgrzanymi, okopconymi kamieniami, który stał dokładnie na środku namiotu, i posługując się parą szczypiec, ostrożnie przeniosła do niego ostatni kamień z mniejszego kociołka. Zrobiwszy to, opryskała kamienie wodą z tykwy, a w powietrze uniosły się kłęby pary. Gdyby z jej winy temperatura w namiocie opadła, zostałaby. w najlepszym przypadku, surowo skarcona. Podczas następnego spotkania Mądrych w łaźni kolej na pilnowanie kamieni przypadała Egwene.
Egwene przysiadła ostrożnie na skrzyżowanych nogach obok Bair — zamiast. warstw dywaników, namiot miał tylko kamieniste podłoże, nieprzyjemnie gorąco, nierówne i wilgotne — i przeżyła szok, zauważywszy, że Aviendhę wychłostano i to niedawno. Kiedy dziewczyna ostrożnie zajęła swoje miejsce obok niej, mimo kamiennego wyrazu twarzy nie potrafiła ukryć zażenowania.
Czegoś takiego Egwene się nie spodziewała. Mądre stosowały surowszy reżim od dyscypliny narzucanej w Wieży, a Aviendha przykładała się do nauki przenoszenia z ponurą determinacją. Nie potrafiła wprawdzie; chodzić po snach, ale wkładała tyle samo starań w przyswajanie wszelkich umiejętności Mądrych, co w naukę władania bronią, kiedy jeszcze była Panną. Zdradziwszy Randowi, że Mądre obserwują jego sny, została oczywiście przez nie zmuszona do strawienia trzech dni na wykopywaniu i zasypywaniu jam w ziemi, głębokich po szyję, ale była to jedna z nielicznych sytuacji, kiedy Aviendha postąpiła niewłaściwie. Amys i pozostałe dwie Mądre tak często stawiały ją za wzór potulnego posłuszeństwa i stosownego hartu ducha, że Egwene miała niekiedy ochotę wrzeszczeć, mimo że Aviendha była jej przyjaciółką.
— Dojście tutaj zabrało ci dużo czasu — zauważyła Bair zrzędliwym tonem, podczas gdy Egwene wciąż jeszcze starała się umościć jak najwygodniej. Mówiła cienkim i łamiącym się głosem, który przywodził na myśl trzcinę, ale trzcinę ze stali. Nie przestała przy tym szorować ramion staerą.
— Przepraszam — powiedziała Egwene. O właśnie; zabrzmiało to chyba wystarczająco potulnie.
Bair pociągnęła nosem.
— Za Murem Smoka jesteś Aes Sedai, ale tutaj tylko uczennicą, a uczennica nie marnuje czasu. Aviendha pędzi biegiem, kiedy po nią posyłam albo coś jej zlecam, nawet jeśli chcę tylko, by przyniosła mi szpilkę. Stać cię na więcej, a nawet nie wzorujesz się na niej.
Zarumieniona Egwene zmusiła się, by jej głos zabrzmiał pokornie.
— Postaram się, Bair. — Był to pierwszy raz, kiedy któraś z Mądrych porównała ją z kimś w obecności innych osób. Zerknęła ukradkiem na Aviendhę i ze zdziwieniem odkryła, że przyjaciółka zastanawia się nad czymś głęboko. Czasami wolałaby, żeby jej „bliska-siostra” nie zawsze świeciła przykładem.
— Ta dziewczyna nauczy się albo nie, Bair — powiedziała z irytacją Melaine. — Później pouczysz ją o punktualności, o ile jeszcze będzie tego potrzebowała. — Starsza od Aviendhy o nie więcej jak dziesięć, dwanaście lat, mówiła zazwyczaj takim tonem. -jakby miała rzepy pod spódnicami. Może siedziała na kamieniu o wyjątkowo ostrych krawędziach. Bynajmniej nie przesiadłaby się, gdyby tak rzeczywiście było; oczekiwałaby, że to kamień zmieni miejsce. — Powtarzam ci po raz kolejny, Moiraine Sedai, Aielowie idą za Tym Który Przychodzi ze Świtem, nie za Białą Wieżą.
Naturalnie po Egwene spodziewano się, że sama połapie się, o czym one rozmawiają.
— Być może — dodała Amys zimnym tonem — Aielowie będą kiedyś znowu służyli Aes Sedai, ale ten czas jeszcze nie nastąpił, Moiraine Sedai. — Tylko na moment przestała się szorować, czujnie mierząc ją wzrokiem.