Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Znaczy Kapitan - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Znaczy Kapitan

Электронная книга - «Znaczy Kapitan». Краткое содержание книги:

В книге Znaczy Kapitan говорится не о чем-то, далеким от жизни, о чем-то выдуманном, чего никогда не имело места. Она не является и хронологией фактических событий; их последовательность и сопутствующие им второстепенные обстоятельства могли быть несколько иными. Но все, написанное в книге, основывается на правдивых событиях. Книга рассказывает о неизменных ценностях, которые были, есть и будут - подобно морю, которое существовало, существует и будет существовать до скончания веков.
Книга получила ряд премий - литературную им. М. Запуского, премию читателей журнале Morze и др. - как наилучший морской роман двадцатилетия Польской Народной Республики. 
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 135
Перейти на страницу:

- Psiachmać! Aleś ty sterował!

Rozgoryczony zszedłem z mostku, rozmyślając nad różnicą w ocenie mego sterowania przez kapitana i przeze mnie. Wydawało mi się, że robię to niemal genialnie, a tu...

Gwizdek z mostku. Zgłosiłem się do służbowego oficera. - Do kapitana! - krzyknął. Podszedłem do kapita­na. Gdy mnie spostrzegł, ryknął:

- Psiachmać! Idź na ster!

Nowy marynarz był „czysto dziki” według określenia bosmana i nie mógł dać sobie rady. Znów zatem sterowa­łem. Teraz szła fala jeszcze większa. Należało się do niej przystosować. Żadne wskazówki nie miały sensu: jak ok­reślić wyczucie w rękach, że ster „bierze”? O tym, że sta­tek „słucha” steru nie można było nawet mówić.

Nie chcieliśmy sobie nawet wyobrażać, czym skończy się dla nas ten sztorm, jeśli siła wiatru nie spadnie. Pasa­żerów trzeba było zamknąć w pomieszczeniach i ,nie wy­puszczać na pokład, żeby nie powstała panika. O przebi­ciu się do Anglii można było jednak myśleć, gdyż leżeliś­my na właściwym kursie. Ale nic więcej. Nawet do Brunsbiittel nie mogliśmy zawrócić: ustawienie statku bo­kiem do takiej fali równało się samobójstwu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że możemy się utrzymać pod jednym wa­runkiem. Jeśli nie pozwolimy całej fali wejść na pokład.

O czwartej zdałem ster marynarzowi z następnej wach­ty. Na mostku objął służbę pierwszy oficer, a kapitan po­szedł odpocząć do swojej kabiny. Nasza wachta nie miała ochoty schodzić do kubryku palaczy. Skryliśmy się więc między nadbudówkami. Fala wchodząca z boków zalewa­ła pokład, na którym staliśmy. Oparci o siebie plecami, rozpieraliśmy się między nadbudówkami nogami i rękami jak pająki. Przy nadejściu fali podciągaliśmy się do góry, by nas woda nie zmyła. Byliśmy na trawersie Terschellingu. Wkrótce miejsce między nadbudówkami stało się już nie do utrzymania. Schroniliśmy się z Romkiem koło drzwi maszynowni. Zaczynało świtać.

Naraz poczuliśmy, iż ze statkiem dzieje się coś niezwy­kłego. Odnieśliśmy wrażenie, że idziemy na dno. Z tru­dem utrzymywaliśmy się w wodzie przy drzwiach maszy­nowni. Doleciał nas głos z mostku:

- Wszyscy na pokład!

Na razie trudno było zrozumieć, co się stało. Ruszyliś­my na górę. Ale połowy mostku nie było: przestała istnieć. Przestała również istnieć weranda pod mostkiem. Wszystkie trzcinowe meble zostały z niej wymyte, a gruba ściana salonu od strony dziobu wgięta i rozerwana. Wo­da wdarła się do jadalni. Pierwszy oficer uratował się tyl­ko dzięki przytomności umysłu, gdyż tuż przed uderze­niem fali zdołał schować się do kabiny nawigacyjnej. Tra­gicznie przedstawiała się również sprawa na dziobie - relingi znikły. Ale najgroźniej wyglądały pierwsza i druga ładownia. Olbrzymia druga ładownia była całkiem odsło­nięta, ziejąc otwartym wnętrzem, w które w każdej chwili mogła wlać się następna fala i zatopić statek. Z brezen­tów i desek łukowych nie pozostało ani śladu. W rogu pokładu piętrzyły się resztki stajni, rzucone na stertę jak kupa słomy. Pod deskami widać było przygniecione ko­nie, zwalone jedne na drugie.

W tej chwili nie pozostawało nic innego jak zawrócić. Jeśli uda nam się dokonać zwrotu i nie zostaniemy przy tym uderzeni z boku przez fale, będziemy mogli utrzymać się mimo otwartych ładowni. Jeśli pozostaniemy tak jak teraz - zatonięcie statku jest nieuchronne. Jest to tylko kwestia czasu i to bardzo krótkiego czasu: do następnej większej fali, która wejdzie na pokład tak jak i poprzed­nia.

Pierwszy oficer natychmiast wezwał przez szprechrurę[22] kapitana. W odpowiedzi usłyszał pytanie: - Czy warto wychodzić na pokład? Czy już toniemy? - Kapitan bo­wiem w iluminatorze swej kabiny ujrzał zamiast werandy wodną kipiel.

- Obie ładownie otwarte, pierwsza częściowo, druga całkowicie - odpowiedział pierwszy oficer.

Ci, co byli na pokładzie, zgromadzili się przy szalu­pach, bez najmniejszej zresztą chęci ratowania się w nich. Wszyscy czekali, czy uda się zawrócić? Przez jadalnię i kuchnię wydostało się na pokład koło komina dwóch pa­sażerów - Ukraińców, udających się do Ameryki Pół­nocnej. Stali niemi i orzerażeni, patrząc na kipiące szczyty wysokich czarnych wulkanów wodnych, których białe pióropusze dymiły na wietrze.

- Podywyś! Szto heta z nami? - wyszeptał wreszcie jeden.

Statek zaczął zawracać. Staliśmy w milczeniu, prawdo­podobnie każdy modlił się na swój sposób, instynktow­nie. Jeśli dymiąca góra zwali się na pokład, nie uratuje się nikt. Nerwy poniosły nas wszystkich do przejścia znajdu­jącego się przed salonem, nad drugą ładownią. Było to najbardziej zagrożone miejsce i w tej chwili tutaj decydo­wał się los statku i nasz.

Statek przypominał człowieka z rozszarpanym brzu­chem, pozbawionego nawet wnętrzności. Był w agonii. Na chwilę znaleźliśmy się w dolinie między górami. Wy­dało się, że jest cicha i bezpieczna. I zaraz nadszedł mo­ment krytyczny: staliśmy bokiem do nadchodzącej, potęż­nej fali. Zdążymy zawrócić, czy się na nas zwali?

Zamie­ramy, czekając na wynik. Fala zbliża się dymiąc gdzieś tam u góry, niemal trzeba podnieść głowę, by dostrzec jej krater. Przestajemy oddychać.

Udało się! Gdy cała ta masa zwala się na pokład, leży­my już na kursie zmienionym o sto osiemdziesiąt stopni. Wszystko, co było zamocowane na rufowym pokładzie, zniknęło za burtą. Poszły nawet drzwi z kabin rufowych, zabrane przez ustępującą falę.

Ale druga ładownia nie została zalana. Jesteśmy w sta­nie podjąć walkę. W drugiej ładowni tuż przy dziobowym szocie leżą zapasowe deski łukowe. W pozostałej części - worki z mąką. Wszystkie są zalane. Kto tylko jest wolny od zajęć koniecznych, by statek szedł naprzód - bierze się do pracy. Ruszam z palaczami do ładowni po deski do jej zakrycia. Schodzę na sam dół ładowni, dwóch pa­laczy ustawia się na wyższej kondygnacji. Organizujemy „łańcuch” aż do pokładu głównego. Olbrzymią deskę, którą normalnie z trudem bym udźwignął, podrzucam te­raz do góry, jakby ważyła parę kilogramów. Palacze cze­kają z rozstawionymi rękami. Jeżeli nie potrafią jej chwy­cić, zwali mi się na głowę. Nim jednak zdążyłem się uporac z przygotowaniem następnej do podrzucenia jej w gó­rę, pierwsza zniknęła za komingsem.

вернуться

22

Szprechrura (żargon marynarski) - rura głosowa.

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 135
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)