Rzeźnik drzew
- Автор: Пилипюк Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rzeźnik drzew». Краткое содержание книги:
Andrzej Pilipiuk to jeden z najbardziej poczytnych polskich pisarzy młodego pokolenia. Archeolog z wykształcenia, debiutował jeszcze w studenckich czasach na łamach „Fenixa” opowiadaniem „Hiena” (1996r.), otwierającym cykl opowieści o Jakubie Wędrowyczu – degeneracie, bimbrowniku i egzorcyście. Ten dość niezwykły bohater zyskał ogromną sympatię czytelników, nie tylko zresztą w Polsce. Do dziś ukazało się ponad 60 opowiadań o egzorcyście – amatorze, zebranych w pięciu tomach: „Kroniki Jakuba Wędrowycza”, „Czarownik Iwanow”, „Weźmisz czarno kure…”, „Zagadka Kuby Rozpruwacza” i „Wieszać każdy może”. Każdy z nich okazał się bestsellerem, a Andrzej Pilipiuk stał się jednym z najbardziej poczytnych pisarzy.
W ciągu ostatnich siedmiu lat zyskał też sławę jednego z najbardziej twórczych. Jest m. in. autorem trylogii o alchemiku Sędziwoju, kuzynkach Kruszewskich i księżniczce Monice („Kuzynki”, „Księżniczka”, „Dziedziczki”), trylogii „Norweski dziennik” („Ucieczka”, „Obce ścieżki”, „Północne wiatry”), a także… kilkunastu tomów kontynuacji przygód Pana Samochodzika. Z racji na tą wyjątkową kreatywność Pilipiuk sam siebie określa – z przymrużeniem okaz – mianem „Wielkiego Grafomana”.
Oczywiście grafomania jest grzechem, o który nie sposób Pilipiuka posądzać. Wszystkie jego książki, stojące na bardzo dobrym, literackim poziomie, cechuje wyjątkowa staranność językowa. Przy tym Andrzej Pilipiuk jest znakomitym gawędziarzem, mistrzem krótkiej formy, historyjek z niespodzianką, dreszczykiem i humorem. „Rzeźnik drzew”, trzeci po „Czerwonej gorączce” i „2586 krokach”, zbiór opowiadań jest tego najlepszym dowodem.
Książka, która ukazała się przed kilkoma dniami nakładem wydawnictwa „Fabryka Słów”, powinna być oznaczona przez wydawcę specjalną sygnaturą: „Uwaga, czasopożeracz! Wciąga!”. Podobnie jak większość „pilipiuków” czyta się z dużą przyjemnością, a oderwać się bardzo trudno. W „Rzeźniku drzew” dostajemy mieszankę praktycznie wszystkich odmian literatury fantastycznej – czarną humoreskę („Szkolenie”), horror a’la King („Poddasze”, „Serce kamienia”), fantastykę historyczną („Sprawa Filipowa”), czy quasi fantasy („Połoz”). Nie zabrakło oczywiście ulubionych przez Pilipiuka motywów – podróży w czasie, egzorcyzmowania złych duchów, czy archeologów natrafiających na mroczne tajemnice.
Osobiście, za najlepsze ze zbioru uznaliśmy trzy opowiadania: „Serce kamienia”, „Bunt szewców” i „Teatralna opowieść”, ale pozostałe również trzymają wysoki poziom. Dodatkową zaletą lub wadą – w zależności od upodobań czytelnika – „Rzeźnika drzew” jest kompletny brak Jakuba Wędrowycza. Choć miłośnicy tej postaci mogą być spokojni – na forach internetowych Andrzej Pilipiuk obiecał, że egzorcysta – bimbrownik na pewno jeszcze powróci.
– Nie kopcie głębiej – powiedział spokojnie. – Tu w ziemi ukrywa się destrukcyjna siła. Nie zdajecie sobie sprawy, czym ryzykujecie.
Zadokumentowali warstwę, zniwelowali. Pobrali materiał do próby C14. Znowu zeszli plantem. I jeszcze raz. Dopiero gdy byli już przeszło metr poniżej powierzchni ziemi, na dnie wykopu pojawiła się z grubsza prostokątna kamienna płyta, ozdobiona rysunkiem kilku spirali. Długość jej boku wynosiła nieco ponad metr.
– Dwadzieścia minut przerwy – zarządził magister. Wyleźli z wykopu. Oleg przyniósł butlę coli, której w końcu nie wypili wieczorem. Nalał dziewczynom do kubków. Etter, nie pytając o pozwolenie, zszedł na dno i „obwąchał” płytę wahadełkiem. Mruczał przy tym coś sam do siebie.
– I jak, dużo złota pod spodem? – zażartował Rylski.
Bioenergoterapeuta wygramolił się z wnętrza jamy. Był lekko pobladły. Archeolog zauważył jego rozszerzone źrenice i uśmiechnął się do swoich myśli.
– Coś wam opowiem – westchnął intruz. – W 1941 roku radzieccy archeolodzy postanowili zbadać ciało Timura, spoczywające w mauzoleum Gur Emir w Samarkandzie. Grób wpuszczony jest w podłogę i przygnieciony płytą z marmuru o wadze przeszło dwustu czterdziestu pudów, czyli na nasze prawie cztery tony. W grobowcu na ścianie znajdował się napis informujący, że w grobie uwięziony został demon straszliwej wojny i że ten, kto płytę podniesie, uwolni go. Jednak Rosjanie się zaparli. Zaczepili płytę linami i podnieśli dźwigiem. Zeszło im aż do późnej nocy. Wreszcie o trzeciej nad ranem zdołali tego dokonać…
– I co było w środku? – zaciekawiła się Magda.
– Trumna nakryta zetlałym całunem – mruknął Oleg. – Obecny przy badaniach profesor Gierasimow, autor metody odtwarzania rysów zmarłych na podstawie czaszek, zabrał głowę wodza i zrobił potem rekonstrukcję.
– A demon – Magda popatrzyła na bioenergoterapeutę – nie wymordował archeologów?
– Dwie godziny później hitlerowcy bombardowali Kijów – rzekł Etter. – Faszyści doszli prawie do Uralu. Zginęły dziesiątki milionów ludzi. Są groby, których nie należy otwierać!
– Jasne, a wrzesień 1939 roku to był kawałek innej wojny? Ciekawe, czy pod tą płytą siedzi coś takiego samego – mruknął sarkastycznie magister. – Gotowi? Podnosimy razem.
Zeskoczyli na dno.
– Ja was ostrzegam – powiedział Marek. – Tego nie wolno ruszać. Oni zadali sobie dużo trudu, aby stworzyć odpowiednie zabezpieczenia.
– Bo i w tamtych czasach grasowały hieny cmentarne – wyjaśnił Rylski. – Stąd maskowanie, ciężki kamień i tak dalej. Gotowi? – Trzy głowy skinęły zgodnie. – No to razem!
Unieśli płytę i ostrożnie odłożyli ją na bok. Obudowa z dobrze dopasowanych kamieni była do połowy wysokości wypełniona drobniutkim, miałkim piaskiem, który najwidoczniej przez całe tysiąclecia osypywał się do środka. Stały w niej trzy urny twarzowe, pokryte pięknymi rytami narracyjnymi. W kącie leżała szczęka świni, jednak rozsypała się, gdy Oleg jej dotknął. Pozostały tylko popękane zęby i garść białego pyłu kostnego.
– Cholera – zaklął przyszły antropolog.
– Aparat – polecił magister.
Dziewczyny wyszły z wykopu. Jakiś cień przesłonił słońce. Wariat z wahadełkiem… Rylski miał ochotę powiedzieć coś złośliwego, ale powstrzymał się. Etter przesunął teraz dla odmiany kryształową kulką ponad dnem grobu.
– Uciekło – powiedział. – Nie wyczuwam już żadnych wibracji.
Wahadełko w jego dłoni wisiało jak martwe.
– No i dobrze. Nic nas nie pogryzie – odparł radośnie archeolog.
Oleg podał mu aparat. Szybko zrobił kilkanaście fotografii z różnych ujęć, potem wyszedł na brzeg wykopu i strzelił jeszcze kilka zdjęć.
Bioenergoterapeuta odwrócił się bez słowa i powędrował w stronę wsi.
– A ładnie to tak bez kierownika groby otwierać? – usłyszeli nad sobą zgryźliwy głos Olszakowskiego.
Widocznie już się obudził.
– O, wstał pan? – zdziwił się Oleg.
– Otruliście mnie tym bimbrem, ale już mi lepiej – warknął szef. – No, ale okazało się, że umiecie dużo wypić, a to w naszym zawodzie bardzo ważne.
Stał dłuższą chwilę nad krawędzią wykopu, patrząc w opróżnianą powoli jamę grobu. Narysowali co trzeba i zadokumentowali. Rozebrali obudowę, sprawdzili jeszcze boczne ściany. Urny oraz płytę zanieśli do magazynu. Umyli się starannie po ciężkiej pracy. Dziewczęta zakrzątnęły się przy obiedzie.
– Trzeba będzie wezwać robotników, aby zasypali wykopy – powiedział zadowolony Rylski, klepiąc się po pełnym brzuchu. – Ile mamy urn?
– Dwadzieścia trzy, to więcej, niż ma w swoich zbiorach muzeum w Gdańsku! – stwierdził z zadowoleniem Olszakowski. – I jeszcze ta domkowa. W Polsce mamy tylko trzy podobne.
Oleg spojrzał na zachód.
– Niemieckich bombowców nie widać – zażartował. – Trzeba by jakoś to uczcić. Ostatecznie odwaliliśmy w tym tygodniu ogromną robotę. Skończyliśmy już cmentarzysko?
– Tak – potwierdził kierownik.
– No to może skoczymy do sklepu…
– Po wino – wpadł mu w słowo doktor. – Byle nie to o nazwie „Ogier”. Do tego kupcie kiełbasy, zrobimy sobie znowu ognisko. Trzeba też uzupełnić zapas konserw i chleba. Dziś poświętujemy.
– Sam nie dam rady wszystkiego przydźwigać – mruknął Oleg.
– Pójdę z tobą – zaofiarował się magister.
Ruszyli ścieżką do wsi.
– W sumie to żal mi tego pomyleńca – powiedział student – naprawdę się przejął.
– Zdarzają się tacy. Tu i tak mamy święty spokój. Jeśli będziesz kopał w mieście, zawsze przylezie tłumek lokalnych ekspertów, którzy zechcą się podzielić wiedzą. Na przykład będą radzili, żeby kopać dalej, bo tam są zagrzebane przez hitlerowców brylanty. Czasem przyjdą jacyś nawiedzeńcy z różdżkami i wahadełkami, tacy jak Etter. Jasnowidze, obiecujący wskazać miejsca sensacyjnych odkryć, szarlatani, naciągacze, postrzeleni nauczyciele historii proszący o jakąś możliwie starą skorupę do kolekcji dydaktycznej, dziennikarze pisemek dla świrów… Od kiedy jestem archeologiem, bez przerwy spotykam takich maniaków. Też przywykniesz. A ten, trzeba przyznać, był przynajmniej oryginalny… Straszyć archeologów trzecią wojną światową… – zachichotał Paweł.
– To prawda z tym Timurem? To znaczy czytałem, że jego grób otwarto w 1941 roku, ale daty się zgadzają?
– Owszem, zbieżność była zaskakująca. Ale zdarzają się takie przypadki.
Na schodkach przed sklepem było zupełnie pusto, za to wewnątrz kłębił się zbity, milczący tłum, wszyscy wgapiali się w telewizor, który, o dziwo, działał.
– Poprosimy… – zwrócił się Rylski do sprzedawczyni.
– Zamknij mordę!!! – huknął na niego nauczyciel. Ktoś podkręcił dźwięk.
– …z Nowego Jorku i Londynu dochodzą sprzeczne wiadomości. Mamy niepotwierdzoną informację o podobnej eksplozji w Paryżu… Nadal nie wiadomo, czy użyto broni konwencjonalnej, czy też może… – głos komentatora załamał się…
Połoz
Samiłło Niemirycz obudził się jak zwykle na ciężkim kacu. Potoczył wkoło przekrwionym spojrzeniem. Znajdował się w szopie. Drewniane belki przeżarte przez korniki i gruba warstwa słomy na klepisku wskazywały na to jednoznacznie. Pod głową miał własne siodło. Donośne chrapanie dobiegające z lewej strony i pogwizdywanie z prawej świadczyły, że Mulat Jersillo i chiński karzeł Ptaszek jeszcze śpią. Watażka zamrugał oczyma, aby przepędzić choć trochę paskudne zielone cienie.