Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » „Rubin” przerywa milczenie
„Rubin” przerywa milczenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

„Rubin” przerywa milczenie

Электронная книга - «„Rubin” przerywa milczenie». Краткое содержание книги:

Książka Peteckiego nie oferuje nam prób stawiania ważnych pytań a tym bardziej udzielania na nie skomplikowanych odpowiedzi – jest solidną prozą przygodową, w której kosmos stanowi atrakcyjną otoczkę dla uwikłanych w swe problemy bohaterów. Do układu Proximy wysłana zostaje grupa kolonistów, a właściwie dwie grupy, które po jakimś czasie rozdzielają się, nastawione wobec siebie raczej wrogo. W związku z tym Ziemia zakłada na drugiej planecie układu stację nasłuchową, która ma uzyskać cenne informacje odciętych od Ziemi na własne życzenie kolonistów. Gdy i ta baza milknie, z macierzystej Ziemi zostaje wysłana załoga niosąca jej ratunek. W powieści Peteckiego znajdziemy sporo ciekawych pomysłów; jednym z nich jest wpływ składu atmosfery na to, co widzą przebywający na planecie ludzie: horyzont nie kończy się a załamuje się w górę zachodząc całą przyrodą na niebo i sprawiając wrażenie przebywania wewnątrz gigantycznej kuli, której powierzchnia zamiast na zewnątrz, znajduje się w środku…
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 44
Перейти на страницу:

Nie słyszałem muzyki. Wiedziałem tylko, że muzyka jest jedynym sposobem wyrażenia stanu, w jakim się znalazłem. Od niej zależało, czy moje istnienie osiągnie cel, ku któremu zmierzało, chociaż każda próba określenia tego celu równała się jego zaprzeczeniu. Jednocześnie pragnąłem tego i czułem, że w przestrzeni jaką byłem, jest cała wieczność dźwięków, że mogę nią gospodarować, jak mi się żywnie podoba. A także, że jakkolwiek nazwę teraz i w przyszłości tę muzyczną przestrzeń, nie popełnię błędu, ponieważ to z jakichś powodów jest niemożliwe. I znowu nie było w tym uczuciu siły, nie było również radości. Pomyślałem dźwięk i usłyszałem go, nie żeby zabrzmiał w tej chwili, istniał nieskończenie długo, zanim go przywołałem, i będzie istniał, kiedy go już odprawię wybierając nowe głosy jak piszczałki organów.

Mój stan uległ przeobrażeniu. Byłem jv dalszym ciągu wiecznością, ale wyrażoną teraz w płaszczyźnie. Płaszczyźnie, w potocznym tego słowa znaczeniu, nieskończonej, czułem tę nieskończoność opuszkami palców, wszystkimi zmysłami, ale równocześnie zdaną na łaskę drugiej nieskończoności, równie płaskiej jak ja, która rozciągnęła się pode mną i błyskawicznie przekształciła w jakiś niewyobrażalnie rozległy ląd.

W dalszym ciągu to ja wybierałem dźwięki, kształtowałem melodię, ale równocześnie rozwijała się ona sama, działałem pod nakazem jej brzmienia, które zmierzało w ściśle określonym kierunku. Prawa harmonii ani żadne inne nie miały z tym nic wspólnego. Moje ciało nabrało spoistości i poczęło reagować na otoczenie. Byłem płaszczyzną umieszczoną w jakimś wymiernym świecie, zależną od jego praw. Mógłbym porównać się z nieskończoną, niesłychanie lekką warstwą jakiejś tkaniny, bardziej zwiewnej niż pajęczyna, lecz przecież zdanej na prawa fizyki.. Ląd pode mną pozieleniał, w oka mgnieniu pokrył się miliardami dużych kwiatów ułożonych pod względem barw w jednolite plamy, jakby nieregularne koła. Był coraz bliżej. Ale to nie on unosił się ku mnie. Płaszczyzna, jaką byłem, zafalowała, nie czułem wiatru, choć w powietrzu był ruch, powstawał jakoby pod wpływem mojego własnego ciężaru, który sprawiał, że opadałem coraz niżej i niżej, unosząc się jeszcze nad rozkwitłą łąką, jednak już przeczuwając moment, w którym zetkną się z jej powierzchnią. Próbowałem bronić się przy pomocy dźwięków, ale zabrzmiały słabo. Na ułamek sekundy nie powstrzymały mojego upadku. Łąka była tuż. Niemal czułem ból, jaki sprawiał mi dotyk kwiatów, przeszywających płatkami tkankę owej płaszczyzny, która była mną, zbyt wątłej, aby cokolwiek mogło powstrzymać jej opadanie. Muzyka zaczęła przygasać i nagle uświadomiłem sobie, że umieram. To jest śmierć. Cudaczna, przebiegająca jakby poza czasem, ale najzupełniej rzeczywista i nieodwracalna. Śmierć.

Ta myśl mną wstrząsnęła. Błysnęła jak iskra, na ułamek sekundy dając świadomości kontakt z realnym światem. Wystarczyło. Gorączkowo sięgnąłem do skroni i zdarłem z głowy ową aparaturę, którą umieściła tam dziewczyna z obsługi tej sali koncertowej czy jak kto chce nazwać to miejsce, gdzie ludzie przychodzą pięknie umierać.

Miałem dość. Wydało mi się, że rozumiem już wszystko. Że nie potrzebuję niczego więcej, aby pozbyć się złudzeń. Pójdę teraz tam, gdzie sprawa rozstrzygnie się może brutalnie, ale szybko. Powinienem był zrobić to od razu.

Wstałem. Nie dbałem już o zachowanie pozorów. Zresztą w tej samej chwili spektakl dobiegł końca. Wszyscy wstawali z miejsc. Zrobiło się tłoczno. Spojrzałem na zegarek. Od chwili, kiedy przekroczyłem bramę tego zaułka i usiadłem w fotelu, minęło dokładnie sześć minut. Ani sekundy więcej.

Opanowałem się. Nie teraz. Nie mogę ryzykować reakcji tego umarłego towarzystwa na szok, jakim byłoby odkrycie w ich gronie obcego. I to jak bardzo obcego.

Rozejrzałem się po twarzach ludzi, opuszczających widownię. Były równie nieruchome jak przedtem. Wydawało się, że nic nie jest w stanie sprawić, aby ożyły. Mimo woli wzruszyłem ramionami. Fantomatyka. Coś, czego na Ziemi robić nie wolno. Początkowo było to prawo wydane w obronie świata realnego. Rychło jednak stało się sprawą etyki. A także estetyki. W ucieczce od rzeczywistości, satysfakcjonowaniu w sztuczny sposób dowolnych instynktów, zaprogramowanych pragnień, wymyślonych stanów emocjonalnych, jest w gruncie rzeczy coś ohydnego.

Wyszedłem na ulicę. Ludzie rozchodzili się, niemi, stąpając bezgłośnie na miękkich podeszwach, znikali w bocznych ulicach jak zjawy. Ruszyłem w stronę, z której przyszedłem. W pewnym momencie zatrzymałem się, jakby tknięty jakąś myślą.

— Śmierć poza czasem — bąknąłem półgłosem. — Bzdura.

Poszedłem dalej. Wokół mnie zrobiło się znowu pusto. Ni stąd ni zowąd zabrzmiały mi w uszach słowa Danego: „chodzi o czas”…

Uśmiechnąłem się. Śmierć — powiedziałem na głos. — Śmierć…

Zreflektowałem się. Ładna historia.

— W porządku, Luta — mruknąłem, głośniej niż należało. — Pochodzę jeszcze pół godziny. Ale nie licz, że to coś da.

Przeszedłem jeszcze kilka metrów, po czym wypatrzywszy w załomie ściany rodzaj podmurówki, usiadłem na niej, wydobyłem spod zwisającej ze mnie tkaniny kawał koncentratu i odgryzłem spory kęs. Żując, z wypchanymi policzkami, mruknąłem jeszcze:

— Naprowadź celowniki na jeden z tych minaretów. A najlepiej na dwa. Potem odpocznij. Ale za pół godziny zbudź się i już nie zasypiaj. Będę cię potrzebował.

Część 9

Chłopczyk mógł mieć ze cztery lata. Krótko podcięte czarne włosy spadały mu na czoło, tworząc potarganą w tej chwili grzywkę. Miał na sobie taką samą pelerynę jak dorośli, ozdobioną na ramieniu stylizowanym kwiatem, jakby wyciętym z kartonu. Wyłonił się zza węgła jak duch i spostrzegłszy mnie przystanął, niezdecydowany. Postał chwilę, po czym postąpił krok bliżej. Zmarszczył brwi. Na jego szerokiej twarzy odmalowało się skupienie. Założył ręce na plecy i prostując się zabawnie, wyszeptał:

— Przepraszam…

Zdaje się, że znali tylko to jedno słowo.

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 44
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)