Rytuał
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-89951-93-9
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rytuał». Краткое содержание книги:
Tytułowy „Rytuał” to przepiękna przypowieść o miłości, która potrafi się narodzić tam, gdzie nikt by się tego nie spodziewał, która potrafi przełamywać bariery, zdawałoby się, nie do pokonania. To przypowieść o rytuałach, które niczym niewidzialne więzy skuwają nasze ręce i kierują naszymi poczynaniami, zmuszając do postępowania wbrew sobie, wbrew sercu i sumieniu. Jedna z najlepszych powieści z gatunku baśniowej fantasy, jakie napisano po rosyjsku.
Młodzieńcze marzenia, romans, porwanie, miłość, zło, walka, wybory, sekret, zrozumienie tego, co w życiu naprawdę ważne — zaplątani w ciasnej sieci rytuałów bohaterowie starają się żyć tak, jak nakazuje odwieczna tradycja, ale każdy z nich jest istotą wolną i wolność ta budzi w nich sprzeciw do wypełniania szeregu bezsensownych rytuałów, które należy spełnić tylko dlatego, że są rytuałami.
Konfrontacja marzeń z rzeczywistością bywa bolesna, a odróżnienie dobra od zła, jawy od snów i wyobrażeń nie jest rzeczą prostą. Czy bohaterom tej niezwykłej opowieści uda się znaleźć właściwe ścieżki? Czy zaplątani w pajęczynę oczekiwań otaczającego ich świata będą potrafili wyrwać się z ciasnych więzów? I w końcu — czy będą potrafili właściwie wykorzystać dar od losu?
Głośno westchnął. Spróbował się uśmiechnąć.
— Ty… Nie zimno ci?
Przecząco pokręciła głową. Arman nie wiedział, co mówić dalej.
Księżniczka odgarnęła włosy z twarzy i uśmiechnęła się. Takiego uśmiechu u niej Arman jeszcze nie widział — uczynił twarz Juty niezwykle pociągającą i miłą.
Nagle odkrył, jaka przemiana zaszła w Jucie na jego oczach. Po prostu księżniczka spokojnie przyjęła wszystko, co się wydarzyło — jako coś oczywistego, nieuniknionego, naturalnego, jako jedyny możliwy rozwój wydarzeń.
— Zapewne chcesz odpocząć? — Zapytała serdecznie. — Przygotuję śniadanie, a ty odpocznij… Zawołam cię. Dobrze?
Jak prosto, pomyślał Arman. Jak naturalnie ta dziewczyna znajduje wyjście z trudnej sytuacji. Szczerze i mądrze, jak… Kobieta.
— Dobrze — powiedział schrypniętym głosem. — Zawołaj.
Uśmiechała się w ślad za nim.
Brnął korytarzami, a w uszach raz za razem odtwarzało się spokojne, życzliwe: „Przygotuję śniadanie… A ty odpocznij”.
Będą żyć długo — do samej starości Juty. Proroctwo w Sali Klinopisów pozwoliło mu na szczęście, nawet nakazało, umieściwszy obok jego imienia słowo „miłość”, słowo, które tak rzadko trafia się w starożytnych tekstach… Będzie nosił ją nad morzem… Nastanie i odejdzie zima, i znowu nastanie i, być może — z czego to gargulce nie żartują — będą mieli… Strach pomyśleć, ale przecież mimo wszystko jest to możliwe?… Będą mieli dziecko…
Arman zawrócił, ale nowy korytarz niespodziewanie okazał się ślepym zaułkiem. Patrzcie no, gdzie go zaniosło, to Północna Wieża, ruina, a wejście do niej zamurowano…
Stał twarzą w twarz z wilgotną ścianą, wymurowaną z wielkich, grubo ociosanych głazów. Ten kamień, który osiedlił się wcześniej w jego duszy, był do nich podobny — tak samo ciężki i zimny.
Zawsze tak jest. Myśli i marzenia, cały szereg planów — póki nie natkniesz się nosem na głuchą kamienną ścianę.
Zamknął oczy, żeby nie widzieć wypolerowanych brył. Nie ma takiego prawa, które by pozwoliło ludzkiej córce wstąpić w związek ze smokiem, chociażby nawet mogącym przybierać ludzką postać. Dwieście pokoleń jego przodków, z którymi pojednały go słowa Proroctwa, dwieście pokoleń zawziętych, nieprzejednanych jaszczurów podniesie się z dna morza, żeby przeszkodzić takiemu związkowi. Trzy królestwa zjednoczą swoje armie przeciwko takiemu związkowi. Przekleństwo przygniecie zamek i pogrzebie pod sobą odstępców, nieposłusznych, wyrodków…
Wyrodków? Wzdrygnął się.
Dobrze, załóżmy, że dwieście przeszłych pokoleń już nie ma władzy nad buntującym się ostatnim potomkiem… Potężne korzenie dawno uschły, ostatni liść zerwał się z drzewa i leci według woli wiatru, którą upodobał sobie uważać za własną… Niechaj trzy królestwa nigdy niczego się nie dowiedzą, niechaj Juta dobrowolnie i na zawsze wyprze się swojej rodziny… Niechaj tak będzie, ale żeby całe życie, całe ludzkie życie spędzić w chłodnym, nieprzytulnym zamku? Nie zobaczyć ani jednej twarzy, oprócz dawno i do znudzenia znanego oblicza Armana? Spędzać niekończące się godziny przed zamglonym magicznym zwierciadłem i po odrobinie wypraszając u niego to, co wszyscy ludzie mają w nadmiarze i nawet tego nie zauważają? I, na koniec, starzeć się obok ziejącego ogniem smoka, który nawet i za sto lat czy tak bardzo się zmieni?… Nie będą mieli dziecka, to oszukiwanie samego siebie… Juta nikogo nie będzie kołysać i uczyć chodzić… Ona uświadomi sobie swoją samotność…
Odwrócił się i jak ślepiec pobiegł z powrotem.
On, smok i mężczyzna. Musi podjąć decyzję. Zdecydować teraz, albo życie stanie się nieznośne…
— Arma-a-nie!
Juta starannie się uczesała i przewiązała włosy sznurkiem, opasała własnej roboty fartuchem — gospodyni jak się patrzy:
— A ja ciebie wszędzie szukam…
Odwrócił się, żeby nie widzieć jej jaśniejących oczu. Zdecydować — teraz. Jeśli pociągnie to dalej może nie starczyć mu sił.
Powiedział do ściany:
— Wybacz. Muszę lecieć. Zapewne na długo.
Rozdział ósmy