Zwyczajne życie
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Серия: Tereska i Okrętka #1
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Zwyczajne życie». Краткое содержание книги:
Po dziesięciu minutach zamieszanie uspokoiło się nieco. Nikt podejrzany się nie zjawił i przyczyna alarmu pozostawała nieznana. Symulujący brydża i beztroską zabawę taneczną goście trwali w pełnym napięcia oczekiwaniu i wreszcie niski, czarny facet zdecydował się zejść.
Na dole ujrzał starszego osobnika, sprzątającego szczątki donicy i palmy.
– Co jest? – spytał z niepokojem. – Co się stało?
– A cholera wie – odparł osobnik. – Tu nic nie było, to tam u was. Po cholerę wyrzucacie kwiatki przez okna? Trzeba mnie było uprzedzić!
– Był alarm. Dzwonek dzwonił. Nikt nic nie wyrzucał. Co się tutaj działo?
– Niech skonam, nic się nie działo, przecież mówię? Spokój był, cisza i nagle gruchnęło. Chyba ktoś od was popchnął, czy co? Tu żywa dusza nie wchodziła!
W głosie osobnika brzmiała odrobina niepewności. Nie miał najmniejszego zamiaru przyznać się do chwilowego oddalenia, szczególnie, że przedtem, przecież sprawdził i na całej ulicy nikogo nie widział. Może ktoś wszedł przez podwórze? Ale po to, żeby szarpnąć za linkę alarmową, musiałby wyjść na ulicę… Razem wziąwszy, było to coś zupełnie bez sensu.
– Znaczy, że co? – powiedział czarny podejrzliwie. – Duchy?
– A diabli wiedzą. Może jaki kot?
– I to akurat wtedy, kiedy wszystkich mamy na miejscu… – zaczął gwałtownie czarny i nagle urwał. Mamrocząc coś gniewnie pod nosem, wyjrzał na podwórze, wyjrzał jeszcze raz na ulicę, po czym ruszył po schodkach na górę. Nie przyszło mu na szczęście do głowy zajrzeć także do piwnicy, gdzie przytulona do ściany tkwiła okropnie zdenerwowana Tereska.
Bała się opuścić dom przez podwórze, nie wiedziała bowiem, czy jest tamtędy jakieś wyjście. Drogę na ulicę zagradzał jej facet sprzątający szczątki donicy. Wysłuchała rozmowy, nie pojmując na razie jej treści, odetchnęła nieco, kiedy ten jakiś drugi wrócił na górę, i doczekała chwili, kiedy sprzątający wyniósł ruinę palmy do śmietnika. Wówczas przemknęła szybko przez sień i wybiegła na Belgijską.
Gdzieś w połowie drogi do domu ochłonęła nieco po wstrząsających wrażeniach popołudnia i wieczoru. Szła piechotą. Szybki spacer uspokoił ją trochę po katastrofie z donicą. Zagłada palmy rozładowała napięcie po wstrętnym oszustwie.
W każdym razie coś zrobiłam – pomyślała filozoficznie. – Nie wiem, jakim sposobem, i całkiem gdzie indziej, ale jednak…
Wciąż jeszcze oszołomiona nieco rozmaitością przeżyć, zaczęła wszystko rozważać i zamyśliła się tak bardzo, że jawnie, nie kryjąc się i bez pośpiechu, przeszła obok otwartych drzwi szewskiego warsztatu.
Był to warsztat znajomy, którego właściciel miał właśnie u siebie jej pantofle. Świadoma otrzymania w dniu dzisiejszym zapłaty, użebrała u niego zmianę obcasów w niesłychanie krótkim terminie i dziś właśnie miała je odebrać. Zmartwienia i wstrząsy sprawiły, że całkowicie o tym zapomniała.
Szewc dostrzegł ją, przechodzącą przed drzwiami. Pantofle, zgodnie z obietnicą, miał gotowe. Był człowiekiem uczynnym, zamyślenie Tereski było doskonale widoczne, zerwał się zatem ze stołka i wybiegł z warsztatu na ulicę.
– Proszę pani! – zawołał życzliwie. – Proszę pani! Pani buty gotowe!
Tereska usłyszała za sobą okrzyk i odwróciła się. Ujrzała gestykulującego szewca i przypomniała sobie o usłudze. W jej zmąconej nieco psychice tkwiła świadomość jakiegoś ciosu finansowego, którego rozmiarów nie potrafiła w tej chwili ocenić, wiedziała tylko, że została ciężko skrzywdzona, że brakuje jej pieniędzy, że wymusiła przeróbkę obuwia na dziś, że powinna za te buty zapłacić, że nie ma czym i że chyba upadła na głowę, żeby tędy przechodzić! Przez krótki moment wpatrywała się w życzliwego rzemieślnika przerażonym, zrozpaczonym wzrokiem, po czym nagle odwróciła się i uciekła. Szewc kompletnie zbaraniał.
– Proszę pani… – wyszeptał z rozpędu, niebotycznie zaskoczony, patrząc za oddalającą się w galopie Tereską. Jeszcze nigdy żaden klient nie zareagował w taki sposób na taką informację. Postał chwilę, ocknął się z osłupienia i kręcąc głową wrócił do warsztatu.
Kompletnie wytrącona z równowagi Tereska, zziajana, dotarła do domu i zaraz za progiem wpadła na Januszka, rozwłóczącego po przedpokoju przewody elektryczne.
– Co tak lecisz jak do pożaru? – zainteresował się Januszek. – Uważaj, jak rany, chodzić nie umiesz?
Tereska złapała oddech, spojrzała na niego ponuro i wyplątała nogę z kłębu drutów.
– Szewc mnie gonił – mruknęła.
Januszek skrzywił się z niesmakiem.
– Mania prześladowcza – zawyrokował. – To jeżdżą za tobą, to cię szewc gania… Trzeba cię leczyć w zakładzie zamkniętym. Powiem ojcu, zamkną cię w Tworkach, a ja zajmę twój pokój.
– Wstrętne bydlę – powiedziała gwałtownie Tereska, zatrzymując się w połowie schodków. – Chlapnij tylko jęzorem, to zobaczysz! Mam same zmartwienia, spotykają mnie same nieszczęścia i świństwa, mogłam już dziś nie żyć, a ty jak taka pluskwa! We własnym domu człowiek ma wroga!
W głosie Tereski brzmiała tak wyraźnie rozpacz i rozgoryczenie, jej wybuch był tak nieoczekiwany i pełen przygnębienia, że Januszkowi, który w gruncie rzeczy miał dobre serce, zrobiło się jakoś niewyraźnie. Zaniepokoił się i poczuł przypływ braterskich uczuć.
– Obiad dla ciebie został w kuchni – powiedział wspaniałomyślnie. – Kisiel z kremem też został. Nie zeżarłem. Możesz sobie wziąć.
Ten niespodziewany objaw życzliwości, poprzedzający go wybuch, w połączeniu z uprzednim galopem od szewca aż do samego domu, znakomicie złagodziły kłębowisko uczuć Tereski. Wreszcie zaczęła myśleć.
Na obiad na razie nie miała ochoty. Rzeczywistość była obrzydliwa i odbierała apetyt. Życie wydawało się wstrętne, koszmarne, nie do zniesienia, przyszłość czarna i ponura, świat jako taki nie wart tego, żeby w ogóle na nim istnieć. Wszystko razem było rozpaczliwie zniechęcające.
To jest niemożliwe – pomyślała z determinacją. – Nie mogę żyć w takim stanie. Trzeba to wszystko przemyśleć i jakoś rozwikłać, bo inaczej będę musiała się utopić. Albo powiesić.
Usiadła przy biurku, wyciągnęła kawał papieru i przystąpiła do sporządzania spisu nieszczęść, uznawszy, że w żaden inny sposób się z nimi nie rozprawi.
W charakterze punktu pierwszego wystąpił oczywiście Boguś.
1. Boguś zginął.
Napisała to i na krótką chwilę melancholijnie zadumała się nad smętnymi słowami. Potrząsnęła głową. Roztkliwiać się będę potem – pomyślała i pisała dalej:
2. Nie mam pieniędzy.
3. Zrobiono mi wstrętne świństwo.
4. Wygłupiłam się w obliczu szewca.
5. Nie mam magnetofonu.
6. Muszę urządzić imieniny.
7. Nie rozumiem tych bandytów.
8. Poleciały mi oczka w pończochach.
9. Brakuje mi problemów.
10. Jestem beznadziejnie głupia i nieinteligentna.
Spis nieszczęść wykonywała sobie za każdym razem, kiedy dochodziła do wniosku, że robi się ich za dużo, i za każdym razem nieodmiennie dodawała ten ostatni punkt. Wciąż miała nadzieję, że kiedyś wreszcie będzie mogła go pominąć, i wciąż wydawał jej się jak najbardziej aktualny i słuszny.
Przeczytała swój spis dwa razy i jakby nieco otrzeźwiała. Rzeczywiście – pomyślała sarkastycznie – punkt dziewiąty w obliczu pozostałych dobitnie świadczy o dziesiątym…