Baltazar i Blimunda
- Автор: Saramago Jose
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Baltazar i Blimunda». Краткое содержание книги:
Do Mafry dotarły pogłoski o lekkim trzęsieniu ziemi w Lizbonie, ale obeszło się bez większych strat, jedynie w niektórych starych domach rozleciały się kominy, poodpadały fryzy i popękały mury, a jako że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, świetny interes zrobili na tym fabrykanci świec, gdyż w kościołach zaroiło się wprost od gromnic, szczególnie przed ołtarzami św. Krzysztofa, opiekuna nader skutecznego w razie dżumy, epidemii, piorunów, pożarów i burz, a ponadto powodzi, niebezpiecznych podróży i trzęsień ziemi, ale również i przed ołtarzami św. Barbary i św. Eustachego, którzy śmiało mogą z nim iść w zawody, gdyż wcale nie są gorszymi opiekunami w podobnych sytuacjach. Ale święci są jak ludzie budujący ten klasztor, a mówiąc o tych mamy na myśli także wszystkich innych, cokolwiek wznoszących bądź burzących, święci po prostu też się męczą i bardzo cenią sobie odpoczynek, a tylko oni sami wiedzą, ile wysiłku trzeba na to, by okiełznać siły przyrody, bo gdyby to były siły boskie, wystarczyłoby zwrócić się do Pana Boga z prośbą, Daj spokój, przestań już dąć, wstrząsać, podpalać i zalewać, przestań zsyłać zarazy i bandytów na drogi, i jeśli to nie byłby bóg zła, z pewnością usłuchałby tych próśb, ale że mamy do czynienia z siłami przyrody, a święci próżnują, więc ledwie zdołamy odetchnąć z ulgą po lekkim trzęsieniu, a już przychodzi taka burza, że najstarsi ludzie nie pamiętają, i to nawet bez deszczu czy gradu, już chyba lepiej, żeby padało, złagodziłoby to może nieco furię wichury, która miota zakotwiczonymi w porcie statkami, jakby to były skorupki orzechów, szarpie, targa i drze cumy, zrywa kotwice, unosi z redy statki, które się zderzają, rozpadają i idą na dno wśród krzyku marynarzy wzywających nie wiadomo czyjej pomocy lub też osiadają na mieliznach, gdzie wzburzone fale niszczą je do reszty. Całe nabrzeże jest zrujnowane, wiatr i fale wyrywają z posad kamienie i ciskają je z taką siłą, iż rozbijają okna i drzwi niby armatnie kule, cóż to za wróg, który zadaje tyle ran bez ognia i miecza. Wszystkie kobiety, co do jednej, czy to pani domu, czy służąca, czy niewolnica, klęczą przed świętymi obrazami w przekonaniu, że cały ten zamęt w przyrodzie spowodowany jest przez diabła, Matko Przenajświętsza, Pani Nasza Niepokalana, natomiast śmiertelnie bladzi mężczyźni, nie mając pod ręką Maura czy Indianina, których można by dźgnąć szpadą, przebierają paciorki różańca, ojcze nasz, zdrowaś-maryjo, wygląda na to, że skoro tylekroć ich wzywamy, to chyba jesteśmy sierotami bez ojca i matki. Fale biją z takim impetem na plaży Boavista, że bryzgi unoszone przez wiatr spadają niby rzęsisty prysznic na mury klasztoru Bernardynek, a nawet jeszcze dalej, na klasztor św. Benedykta. Gdyby świat był okrętem żeglującym po morzach, to tym razem na pewno by zatonął i wreszcie nastąpiłby jeden wielki potop, z którego nie uratowałby się ani Noe, ani gołąb. Na przestrzeni przeszło półtorej mili między Fundiçao i Belem cała plaża zasłana jest szczątkami statków, piętrzą się tam połamane maszty i resztki ładunków, gdyż wszystko, co nie było dostatecznie ciężkie, by pójść na dno, fale wyrzucają na brzeg, są to niepowetowane straty dla właścicieli i duży uszczerbek dla króla. Na niektórych statkach zrąbano maszty, żeby uchronić je od wywrócenia, ale mimo to trzy okręty wojenne zaczęły dryfować ku plaży, gdzie niechybnie by się rozbiły, gdyby nie udzielono im specjalnej pomocy. Trudno wprost zliczyć łodzie, czółna i barki, które się roztrzaskały na plażach, w sumie sto dwadzieścia większych jednostek osiadło na mieliźnie i uległo zniszczeniu, a o ofiarach w ludziach nawet nie ma co mówić, skąd można wiedzieć, ile trupów uniósł odpływ, a ile legło na dnie, jedyne co wiadomo, to że na plaże, niby paciorki różańca, zostało wyrzuconych przez fale sto sześćdziesiąt osób, płaczą teraz po nich wdowy i sieroty, o mój najdroższy ojcze, wśród topielców jest też parę kobiet, a więc może i jakiś mężczyzna zawoła, o moja najdroższa żono, jak widać po śmierci wszyscy idziemy w cenę. Trupów jest tak dużo, że grzebie się je byle gdzie, niektórych nie udało się zidentyfikować, rodziny mieszkały prawdopodobnie daleko i nie zgłosiły się w porę, ale nie czas żałować róż, gdy płoną lasy, gdyby niedawne trzęsienie ziemi było silniejsze i spowodowało wiele ofiar, postąpiono by identycznie, w myśl zasady, że należy grzebać zmarłych i ratować żywych, warto o tym pamiętać na przyszłość, na wypadek podobnej klęski, od czego uchowaj nas Boże.
Minęły już przeszło dwa miesiące od chwili, gdy Baltazar i Blimunda zamieszkali w Mafrze. Pewnego dnia, kiedy z racji kościelnego święta wstrzymano pracę na budowie, Baltazar wyruszył w drogę do Monte Junto, gdzie zostawił latającą maszynę. Znajdowała się nadal w tym samym miejscu i w tej samej pozycji, po staremu przechylona na jedną stronę, oparta na skrzydle i przykryta suchymi już gałęziami. Nasycony smołą górny żagiel, rozciągnięty nad pokładem, rzucał cień na bursztynowe kule. Dzięki przechyłowi kadłuba woda deszczowa nie zbierała się na płótnie, nie było zatem narażone na butwienie. Z kamienistej gleby wyrastał wokół maszyny nowy, bujny zagajnik, w którym były nawet jeżyny, co bez wątpienia należy uznać za rzecz niezwykłą, gdyż ani czas, ani miejsce nie były po temu, wyglądało na to, że passarola broni się jakimiś własnymi metodami, ale po takiej maszynie wszystkiego można się spodziewać. Tak czy inaczej, Baltazar na wszelki wypadek naciął świeżych gałęzi, aby zamaskować maszynę, tym razem przyszło mu to dużo łatwiej, gdyż zabrał siekierkę, kiedy zaś skończył pracę, obszedł dookoła tę swoją bazylikę i stwierdził, że wszystko jest jak należy. Następnie wszedł do maszyny i końcem szpikulca, którego w ostatnich czasach nie musiał używać, w jednej z desek pokładowych wydrapał słońce i księżyc, zostawiając w ten sposób nieomylny ślad na wypadek powrotu księdza Bartłomieja, który niechybnie zauważy i rozpozna ten przyjacielski znak. Baltazar pomaszerował z powrotem, wyruszył z domu o świcie, a wrócił już ciemną nocą, przemierzył w obydwie strony ponad dziesięć mil, wprawdzie przysłowie mówi, nie ma złej drogi do mej niebogi, ale jednak Baltazara zmęczyła ta wyprawa, ten, kto wymyślił to powiedzenie, musiał chyba uganiać się za nimfą i w końcu się nią nacieszyć, nie należy mu się więc dziwić.
Pewnego razu, gdzieś w połowie grudnia, Baltazar wracał do domu pod wieczór i jak zwykle Blimunda czekała na niego na drodze, ale tym razem była jakoś dziwnie poruszona, a każdy, kto zna Blimundę, dobrze wie, że odnosi się do wszystkiego z takim spokojem, jakby już to znała z innego życia, toteż Baltazar ledwie podszedł do niej, spytał z niepokojem, Czy coś nie w porządku z moim ojcem, ona zaś odpowiedziała, Nie, po czym zniżywszy głos dodała, Przyjechał pan Szkarłat, jest w domu wicehrabiego, co on tu robi, Czy jesteś pewna, widziałaś go, Tak, na własne oczy, Może to ktoś podobny do niego, To on, mnie wystarcza raz zobaczyć człowieka, a jego widziałam tyle razy. Weszli do domu, zjedli kolację, następnie cała rodzina ułożyła się do snu, każda z par na swoim sienniku, a stary Jan Franciszek razem z wnukiem, który śpi niespokojnie, całą noc tak się rzuca przez sen, że niech Bóg broni, ale dziadkowi to nie przeszkadza, zawsze to jakieś towarzystwo na bezsenne noce. I właśnie dlatego tylko on jeden usłyszał o jakiejś późnej godzinie, późnej dla kogoś, kto wcześnie się kładzie, jakąś subtelną muzykę sączącą się przez szpary w drzwiach i dachu, wielka cisza musiała panować tej nocy w Mafrze, skoro dźwięki zwykłego klawesynu przedostały się przez pałacowe okna i drzwi zamknięte z powodu zimna, a gdyby nawet nie było zimno, to tak nakazywała przyzwoitość, i dotarły do uszu przygłuchego starca, gdyby to jeszcze byli Baltazar i Blimunda, to co innego, oni od razu by odgadli, To gra pan Scarlatti, wiadomo przecież, że dzieło chwali mistrza, ale to już jest nasza uwaga, tak nam się powiedziało, bo jest takie porzekadło i pasuje do sytuacji. Następnego dnia o bladym świcie, przycupnąwszy przy rozpalonym ogniu, stary powiedział, Tej nocy słyszałem jakąś muzykę, Ines Antonina, Alvaro Diogo i wnuk nie zwrócili na to uwagi, starzy zawsze coś tam słyszą, ale Baltazar i Blimunda poczuli ukłucia zazdrości, jeśli ktokolwiek miał prawo słuchać tej muzyki, to wyłącznie oni. Baltazar poszedł do pracy, Blimunda zaś cały dzień krążyła wokół pałacu.
Domenico Scarlatti poprosił króla o zezwolenie na obejrzenie budującego się klasztoru. Znalazł gościnę u wicehrabiego, który wprawdzie nie przejawiał jakiegoś szczególnego umiłowania muzyki, ale ponieważ Włoch był królewskim kapelmistrzem i nauczycielem infantki, więc niejako opromieniał go blask dworu. Nigdy nie wiadomo, czy przygarnięcie kogoś nie przyniesie jakichś splendorów, a że jego pałac to nie pierwszy lepszy zajazd, wicehrabia starannie selekcjonuje gości. Po południu Domenico Scarlatti grał na rozstrojonym klawesynie wicehrabiego, a wśród audytorium zebranego w salonie była wicehrabina trzymająca na kolanach trzyletnią córeczkę Manuelę Ksawerę, która słuchała go dużo uważniej niż inni, przebierała przy tym paluszkami naśladując Scarlattiego, co w końcu zirytowało matkę, toteż oddała dziecko niańce. W życiu tej dziewczynki nie będzie zbyt wiele muzyki, podczas nocnego koncertu Scarlattiego będzie już spać, a za dziesięć lat umrze i zostanie pochowana w kościele Św. Andrzeja, gdzie spoczywa do dziś, jeśli na tym świecie dzieją się cuda i dziwy, to może pod ziemią dochodzi do niej muzyka wygrywana przez wodę na klawesynie zatopionym w studni w Sao Sebastiao da Pedreira, o ile studnia w ogóle jeszcze istnieje, bo każde źródło w końcu się wyczerpuje i zdrój wysycha.
Muzyk wyszedł, by obejrzeć klasztor, i dostrzegł Blimundę, udali jednak, że się nie znają, gdyż zapewne niejednemu w Mafrze wydałoby się dziwne, a dziwne to tyle, co podejrzane, iż żona Baltazara Siedem Słońc rozmawia jak równy z równym z muzykiem mieszkającym u wicehrabiego, co on tu właściwie robi, jak to co, przyjechał zobaczyć budowę klasztoru, na co mu to, skoro nie jest ani mularzem, ani architektem, a dla organisty jeszcze nie mamy organów, tu musi chodzić o coś innego. Przyjechałem, by zawiadomić ciebie i Baltazara, że ksiądz Bartłomiej de Gusmao umarł w Toledo, w Hiszpanii, mówią, że zwariował, a że nikt nic nie wspominał ani o tobie, ani o Baltazarze, zdecydowałem się tu przyjechać, żeby dowiedzieć się, czy żyjecie. Blimunda złożyła ręce, lecz nie jak do modlitwy, raczej jakby chciała wyłamać sobie palce, Umarł, Takie wieści dotarły do Lizbony, Tej nocy, kiedy maszyna spadła na góry, ksiądz Bartłomiej Wawrzyniec uciekł od nas i więcej nie wrócił, A co z maszyną, Ciągle tam jest, co teraz z nią zrobić, Miejcie na nią baczenie, dbajcie o nią, może pewnego dnia znów poleci, Kiedy ksiądz Bartłomiej umarł, Podobno dziewiętnastego listopada, akurat tego dnia w Lizbonie była wielka burza, gdyby ksiądz Bartłomiej był świętym, można by to uznać za znak niebios, Co to znaczy być świętym, panie Szkarłat, Co to znaczy być świętym, Blimundo.