Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Księżniczka
Księżniczka - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Księżniczka

Электронная книга - «Księżniczka». Краткое содержание книги:

Wampir wytwarza wokół siebie specyficzną atmosferę. Coś subtelniejszego niż zapach, co łowca wampirów wyczuwa szóstym zmysłem, zmysłem polowania. Ten zmysł sprowadził do Krakowa aż dwóch łowców.

Monika polubiła szkołę. Wśród koleżanek wzbudza sympatię, ale szepczą, nazywają ją Księżniczką; jest taka od nich różna. Widać, że ze Stanisławą i Katarzyną łączy ją jakieś porozumienie.

Czy można otrzymać złoto innym sposobem niż przez alchemię, naukę doskonałych? Można. Cena jest jednak wysoka. Mistrz Sędziwój ją zna, zna tajemnicę Bractwa Drugiej Drogi. Czy będzie musiał rozstać się z ukochanym miastem?

A inspektor policji ma trudny orzech do zgryzienia. Martwy człowiek, przyszpilony do podłogi szpadą, ślady trucizn, rękawica… Jakby tego było mało, co i raz pojawiają się kolejne trupy, odcięte dłonie, połamane japońskie miecze ze sklepu z pamiątkami… I praktykant – mądrala, wymiotujący nawet na widok mumii.

Zadanie inspektora: jak połączyć to wszystko w sensowną historię?
1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 45
Перейти на страницу:

Zatarł z radości długie, cienkie palce.

* * *

Dochodziła czwarta. Nocny strażnik uchylił drzwi sali egipskiej. Kropka laserowego celownika zatańczyła po pomieszczeniu. Pusto. Cicho. Martwo. Ma szczęście, komisja oczyściła go z zarzutów. Niczego nie zaniedbał. Z dyrektorem pomówił otwarcie. Opowiedział mu, co widział. Szef zna go od ośmiu lat. Uwierzył we wszystko. On też od dawna miał pewne podejrzenia co do mumii kapłana. Dlatego od razu wezwał fachowca z osikowym kołkiem.

Tylko czy to wystarczy? Strażnik nie był pewien, dlatego zdecydował się, wbrew regulaminowi, założyć dodatkowe zabezpieczenie. W drzwiach sali leży solidny radziecki potrzask na niedźwiedzie. Dwa stalowe półkola, najeżone kolcami, czekają na jeden nieostrożny krok. Gdyby kapłan znowu się obudził, z urwaną nogą daleko nie zajdzie…

* * *

O siódmej rano zaparkowali samochód opodal szkoły, tak, aby mieć dobry widok na wejście do budynku, a jednocześnie, żeby nie wzbudzić zaniepokojenia pracowników.

– Ładnie tu. – Laszlo rozejrzał się po okolicy.

Stare kamienice, nieco już zniszczone przez czas i dziesięciolecia zaniedbania, drzewa, mokre po całonocnej ulewie, sterczące nagimi konarami w szare niebo. A jednak to sympatyczny zakątek, wystarczy wyobrazić sobie, jak będzie wyglądał wiosną lub latem. Dla Węgra piękny jest z innego powodu. Tu spełnią się jego marzenia, tu przeżyje inicjację i stanie się prawdziwym łowcą wampirów.

Przymknął oczy. A może… Może gdy kropnie Monikę, powinien wyryć na kolbie samopału kreskę? Jak traper z westernu, jeden karb za każdego złodzieja bydła? Uniósł do oczu lornetkę. Pierwsze uczennice zaczynają się schodzić do szkoły. Jest i cielaczek…

– Dziabniemy ją?

– Nie. Nie teraz. – Arminius pokręcił głową. – Poczekamy, aż wyjdzie ze szkoły, pojedziemy za nią i poszukamy dogodnej okazji. Cierpliwości… Już nam nie ucieknie.

– Czemu nie tutaj?

– To proste. Jeśli przypadkiem sfuszerujemy zamach, to nie domyśli się, że śledziliśmy ją spod szkoły. I będziemy mogli powtórzyć ten manewr.

– Chyba nie ma ryzyka.

– Chyba nie. Ale zawsze trzeba zostawić sobie furtkę. Nie palić mostów. Wtedy, w razie czego, można przypuścić kolejny atak z pozycji, które są już opanowane…

* * *

Do dzwonka na lekcję zostały może cztery minuty. Księżniczka weszła do klasy i jak gdyby nigdy nic zajęła miejsce w swojej ławce. Gosia spojrzała na nią. Monika wytrzymała jej spojrzenie, uśmiechając się leciutko.

Jej koleżanka wyglądała na nieco zaskoczoną. Faktycznie wczoraj wampirzyca wyglądała porażająco. A dziś znowu zupełnie normalnie. Rozpuściła włosy, wypięła z uszu kolczyki, założyła jeansowe spodnie. Wszystko, co podkreślało jej nieziemską urodę, znikło.

– Zastanawiałyśmy się tak wczoraj po koncercie – odezwała się Magda – czy ty przypadkiem naprawdę nie jesteś księżniczką. Sprawdziłyśmy, w czasach, gdy Bośnia była niepodległym państwem, Stiepankovice…

Ich koleżanka uśmiechnęła się leciutko.

– Wybaczcie, ale ród książęcy Stiepankoviców wymarł w XV wieku.

– Może boczna linia? – jęknęła Gosia.

Nie przesłyszała się. One tak na to liczą. One chcą, żeby okazała się księżniczką. Nie wiadomo po co… Ale chyba się domyśla. W szarym, zwyczajnym życiu byłoby to jak promyk światła.

– O rany – westchnęła. – Ubzdurałyście coś sobie. U nas na Bałkanach to nazwisko popularne jak u was, na przykład, Malinowski.

– Ale wyglądasz jak księżniczka – szepnęła Gosia, przygryzając koniec warkocza.

– Nie żartujcie. Za dużo bajek się naczytałyście… Zakodowały wam się niebieskie oczy i jasne włosy, do tego pewnie smok, zamek i kwiatek w ręce… Nie mam pałacu, smoka, diademu, rycerzy.

– Nie przyzna się – mruknęła Gosia.

– Ale jakbyś kiedyś potrzebowała dam dworu, to pamiętaj o nas… – Magda puściła oko.

– Co!?

– Widać po tobie, że jesteś, jak to się u nas mówi, ulepiona z innej gliny. Jest coś, co łączy waszą trójkę: ciebie, panią Stanisławę i tego nowego biologa, Michała.

– To znaczy? – Przechyliła głowę.

– Nie rozumiemy was. Po nich widać, że tylko się bawią. Muszą mieć forsy jak lodu, ale uczą w szkole, bo w jakiś sposób to lubią. Jak gdyby zaspokajali w ten sposób potrzebę serca…

– A ja?

– Nie wiemy. Ale też do nas nie pasujesz. Chodzisz tu jakby od niechcenia. My zdobywamy wykształcenie, żeby mieć papierek i dostać się na studia. A ty… ty wyglądasz, jakbyś bywała tu dla rozrywki. Słuchasz poleceń, ale od niechcenia. Nie boisz się nikogo: ani dyrektora, ani fizyczki, nawet pani Stanisławy…

– Bo tak naprawdę nie zależy ci na ocenach – weszła jej w słowo Gosia. – Jesteś wolna. My walczymy, żeby wypaść jak najlepiej, a tobie to niepotrzebne, ty już coś osiągnęłaś. Dlatego sądzimy, że pisana jest ci inna przyszłość…

Zamyśliła się głęboko.

– Zawsze w życiu spadasz na cztery łapy – dodała Magda. – Bo po prostu takie jest twoje przeznaczenie.

Milczała długo. Tak długo, iż prawie straciły nadzieję na odpowiedź.

– Rzeczywiście byłam i na wozie, i pod wozem. I nie mylicie się. Lubię chodzić do szkoły, bo w przeciwieństwie do was nie boję się nauczycieli. I rzeczywiście nie przejmuję się ocenami. Są w życiu rzeczy ważniejsze niż trója ze sprawdzianu. Za kilka lat nie będziecie nawet pamiętały, jakie oceny dostaniecie z dzisiejszej klasówki. A co do strachu, wybaczcie… Trzy miesiące temu w ostatniej chwili wasi żołnierze uratowali mnie z rąk kilku gniewnych albańskich starców, którzy planowali udusić mnie łańcuchem. Chyba do końca życia nie spotkam nauczyciela, którego bym się mogła przestraszyć. Bo co on mi może zrobić? Przecież mnie nie zabije… – Nagle przypomniała sobie Siekluckiego i dreszcz przebiegł jej po plecach. – Zaś co do przeznaczenia. – Tu uśmiechnęła się szeroko. – Miałam w życiu dużo szczęścia i kilka razy udało mi się przeżyć tylko cudem… Ale spadać na cztery łapy po prostu się nauczyłam. Macie rację co do jednego.

Spojrzała na nie i uśmiechnęła się ciepło.

– Faktycznie płynie we mnie błękitna krew. Ale niech to zostanie między nami.

Kiwnęły przejęte głowami, wdzięczne za dopuszczenie do sekretu.

* * *

Wyszły ze szkoły. W powietrzu skąpo wirowały kropelki deszczu. Ochłodziło się znacznie. Stanisława zapięła szczelniej polar, Katarzyna postawiła kołnierz kożuszka.

– Przejdę się do biblioteki na orientalistyce – powiedziała alchemiczka. – Macie ochotę się ze mną przespacerować?

Katarzyna wytrzeszczyła oczy.

– Po co?

– Poczytać książki – wyjaśniła jej kuzynka z błyskiem w oku. – Jak to w bibliotece… Sprawdzę tę asyryjską księgę „Wrota pieca”, może akurat będą mieli?

– Wrócę do domu i przygotuję obiad – mruknęła informatyczka.

– Ja też wybiorę się do biblioteki. – Monika uśmiechnęła się lekko. – Może znajdę utwory Szoty Rustawelego? Nie czytałam „Witezia” od dobrych stu pięćdziesięciu lat…

Ruszyły w drogę. Katarzyna pomaszerowała w drugą stronę, nucąc pod nosem motywy z Partity c-moll Bacha.

– Jak dotąd Bractwo Drugiej Drogi nie objawiło się ponownie – powiedziała w zadumie alchemiczka.

– Może to dobrze? Znaczy, że sparzyli się w starciu z Alchemikiem, a teraz przestrzegają pilnie zasad konspiracji i nie planują konfrontacji…

– Nie da się wykluczyć… Ale jeśli do pokoju wpadnie szerszeń, wolę wiedzieć, w którym jest miejscu. Czuję, że są gdzieś w mieście.

Zatopione w rozmowie, nie zauważyły, że w ślad za nimi wolno jedzie czerwone audi na dyplomatycznych numerach archipelagu wysp Tuvalu. Laszlo prowadził ostrożnie, utrzymując spory dystans. Samopał leżał na kolanach siedzącego obok Arminiusa. Spłonka na panewce, kurek naciągnięty. Do lufy wsypali miarkę prochu, srebrna kula, przybitka… Parę razy hamował i zatrzymywał się na chwilę, ale ciągle był zbyt daleko, by zaryzykować strzał.

– Ona? – zapytał nauczyciela po raz czwarty.

– Ona – potwierdził.

– A ta druga, co z nią?

– A bo ja wiem? Nauczycielka z tej jej szkoły. Normalna chyba. Wyczuwam tylko jednego wampira. Sprawdzimy później.

Monika i Stanisława zatrzymały się przed wejściem. Węgier spokojnie spuścił szybę i ująwszy samopał, złożył się do strzału. Wokoło snuło się trochę ludzi. Bez znaczenia. Gruchnie jak z armaty, dziewczynę rozerwie na kawałki, wybuchnie panika. Nikt go nie zatrzyma, mało kto w ogóle skojarzy, skąd padł strzał. W USA musiałby się liczyć z koniecznością wymiany ognia, ale w tym kraju studentom nie wolno posiadać broni…

Odległość była, niestety, spora, ale jasna kurtka dziewczyny stanowiła dobry cel. Muszka, szczerbinka, powinien przy odrobinie szczęścia trafić ją między łopatki.

– No to ognia – mruknął stary łowca.

Spokojnym, miarowym ruchem, tak jak go dziadek nauczył, ściągnął spust. Strzeliła spłonka i zasyczał proch na panewce. Huknął strzał. I w tej samej chwili coś na ułamek sekundy zasłoniło cel. Laszlo gwałtownie wdusił pedał gazu i po chwili znikał już w perspektywie uliczki. Pierdut – tylna szyba rozprysła się w drobny mak. Brzdęk – zadzwoniły blachy bagażnika. Coś z gwizdem przemknęło tuż koło jego głowy i rozwaliło przednią szybę. Kto, u diabła, do niego strzela? Arminius klął po węgiersku i niemiecku, kryjąc się za siedzeniem. Łubudu! – coś rozerwało zagłówek, obsypując ich sieczką strzępków gąbki.

1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 45
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)