Kwadratura trójkąta
- Автор: Wolski Marcin
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kwadratura trójkąta». Краткое содержание книги:
Kolejny tom fantastycznej prozy Marcina Wolskiego prezentuje tym razem krótkie formy literackie z jego przebogatego dorobku, czyli WOLSKI W SHORTACH. Wchodzą tu słuchowiska z cyklu 60 minut na godzinę, Z przymrużeniem ucha i opowiadania z tomu Tragedia Nimfy 8. Specjalnym bonusem tomu jest znakomita powieść KWADRATURA TRÓJKĄTA, obok Agenta Dołu najlepsza powieść Wolskiego. Oto z nieznanych przyczyn, a może w wyniku boskiej interwencji, na daleką planetę po drugiej stronie Galaktyki, zostają rzucane grupki ludzi pochodzących z różnych kultur starożytnych na Ziemi: Rzymianie, Grecy, Fenicjanie, Słowianie i inni. Przez wieki budują swój własny model cywilizacji, w wielu punktach zbieżny ze współczesną nam rzeczywistością, w wielu innych – całkiem odmienny. Szybka fabuła, nagłe zwroty akcji, humor, zaskakujace pomysły, a dla znawców historii wiele smaczków i zagadek do odcyfrowania – wszystko to gwarantuje świetną zabawę. Od tej książki wprost nie można się oderwać!
Jak wszystkie rezydencje navigatorskie, również Castrum Goliathum ma swój "bezpieczny pokój", bunkier przekornie nazywany "Parthyjską Altaną". Do tej pory Cedrus nie używał jej do rozmów z Ursinem. Toteż Marek bardzo się zdziwił otrzymując późnym wieczorem wezwanie do tej caverny zdobionej przez pyszne reliefy ukazujące walkę smoków z Amazonkami. W rozsuwanym wejściu minął Ruffixa, który skłonił się z niezwykłym dla tego człowieka szacunkiem.
Cedrus blady, przemęczony, miał worki pod oczami, ale niewątpliwie był trzeźwy.
– Podobno wszystkie przygotowania zapięte na ostatni guzik? – zapytał.
Marek potwierdził:
– Takiej inauguracji jeszcze nie mieliśmy. Nawet kablowid ekumeński wykupił całość bezpośredniej transmisji. Rzecz bez precedensu.
– Wierzę – powiedział elekt i przeszedł do rzeczy. – Ile lat znamy się, Marku? – i kontynuował nie czekając na odpowiedź. – Prawie całe dorosłe życie. Mam nadzieję, że to wystarczy, by mieć odrobinę zaufania? Nie musisz potwierdzać, słuchaj. Doszło do mnie, że działasz na własną rękę, prowadzisz prywatne śledztwo.
– Ja… ale kto? – Przed oczyma stanęła mu twarz Ruffixa.
– Proszę o szczerość, powiedz mi, co się dzieje? Czy to ma związek z tym samobójcą z dnia wyborów… Jak mu…?
– Nazywał się Narens – rzekł Ursin. I opowiedział o wszystkim. O ich podejrzeniach związanych z tym zabójstwem. O pomyśle Druzzusa wdrożenia prywatnego śledztwa. O akcji dottora Darni i piętrzących się przeszkodach. Wreszcie o Leontiasie i jego pierwszych ruchach. Pominął jedynie ostrzeżenie Sclavusa przed wtajemniczaniem elekta. Quintus słuchał opowieści w milczeniu, parę razy jego dłonie zaciskały się nerwowo lub szukały szklanki.
– Dzielny człowiek z tego Słowianina – powiedział wreszcie. – Masz z nim stały kontakt?
– Nie. Jest bardzo ostrożny. Jego łącznik ma odezwać się do mnie wieczorem.
– Zorganizuj mi spotkanie z tym Leontiasem – powiedział impulsywnie elekt. – Jeszcze przed inauguracją.
– To przecież pojutrze.
– A zatem zobaczmy się jutro w nocy. I… Nikt nie może o tym wiedzieć. Ani Ruffix, ani Gnerus, ani nawet Druzzus… Znaczy, z Druzzusem sam porozmawiam.
– Postaram się, wodzu.
Lazaretum im. Marii i Marty na przedmieściu Viterbo należało do tych ogromnych nowoczesnych kombinatów medycznych, w których chorzy, lekarze i personel bywają tylko elementami wielkiej, nie ma co kryć, łatwo zacinającej się maszynerii. Wpół do octy dottor Darni w kitlu znalazł się w poczekalni lazaretum. Leontias podał mu salę, w której przebywał Gurus i fałszywe nazwisko, pod którym został zarejestrowany, zaś dottor już wcześniej dodzwonił się do swego kolegi, miejscowego starszego chirurga Manliusa. Ten oczekiwał go już w pokoju recepcyjnym. Po chwili mieli wszystkie dane pacjenta na wydruku.
– Chłopak będzie zdrów jak ryba – komentował Manlius – ogólne potłuczenia, silny szok, poza tym nic poważnego. Możemy go odwiedzić.
Czwarta kondygnacja składa się z rzędu izolatoriów rozmieszczonych wokół szerokiego korytarza. Przy obu końcach galerii czuwają dyżurne curatrony gotowe w każdej chwili śpieszyć pacjentom z pomocą. Obaj medycy weszli do izolatorium nr 432.
– Niemożliwe! Pół godziny temu rozmawiałem z chłopakiem – wykrzyknął Manlius, rozglądając się po pustym pomieszczaniu.
– Gdzie pacjent? – Darni dobiegł do bliższej curatrony. Ta szeroko otworzyła oczy.
– Pięć pacierzy temu zabrano chłopca na reanimację. Stwierdzono nagłe pogorszenie jego stanu.
– Kto stwierdził?
– Nie znam jej. Przedstawiła się jako dottor Claudia Dalboni. Chyba nowa, bo jej dotąd nie widziałam. Miała takie ciemne zrośnięte brwi. Towarzyszyło jej dwóch pielęgniarzy.
– Na którą salkę go zawieźli?
Curatrona przez chwilę posługiwała się menscompterem.
– Dziwne, nigdzie go nie ma… Zabieg nie został w ogóle zgłoszony, a ta… dottor Dalboni nie pracuje w naszym szpitalu.
Nogi ugięły się pod Darnim. W tym samym jednak momencie brzęknęły drzwi windy.
– Są w podziemiach, dottorze – wołała pobladła Dia, załadowali Gurusa do viviarki. Nie pozwólcie im wyjechać.
– Porwanie w naszym lazaretum?! – zdumiał się Manlius. – Nigdy do tego nie dopuszczę.
Widok opadających wrót parkingu wprawił Claudię w konsternację. Widziała zaniepokojone spojrzenia wspólników. Pozbawionych polotu facetów od brudnej roboty.
– Wiejmy stąd, szefowo – zaproponował jeden z nich. – Zanim pułapka zatrzaśnie się na dobre.
– Milcz.
Wyskoczyła z viviarki i dobiegła do stanowiska strażnika.
– Co to znaczy? Jesteśmy z gwardii navigatoriańskiej – machnęła plakietą służbową. – Bardzo mi się śpieszy. Otwieraj!
– Proszę poczekać – odparł służbiście. – Zaraz przybędzie tu mój szef. Ja dostałem polecenie…
– Reno – syknęła wymownie do najwyższego ze swych pomocników.
Fałszywy sanitariusz zbliżył się nieśpiesznym flegmatycznym krokiem i wypalił strażnikowi prosto w pierś. Potem zaczął szukać przycisku od bramy. Ale w tym momencie drzwi z tyłu viviarki otwarły się i wyskoczył z nich Gurus. Najpierw runął jak długi, ale natychmiast podniósł się i utykając rzucił do ucieczki. Reno uniósł repeter.
– Zostaw – powstrzymała go Claudia – to nasz zakładnik. – I sama pobiegła w ślad za Gurusem. Biegła jak łania, równym krokiem mistrzyni średnich dystansów. Grubasek nie miał szans.
– To ona – rozległ się nagle głos. Odwróciła głowę, po schodach zbiegała Dia. Fala wściekłości zalała czarnobrewą. Ta mała suczka żyła i w dodatku towarzyszył jej Darni, jeszcze jeden lekarz, trzej sekuryci… Uniosła broń i strzeliła w biegu.
Nie mogła chybić. Nie mogła. Ale w ostatniej chwili dottor Darni przeciął trajektorię lotu pocisku. Uderzenie w pierś rzuciło go na ziemię. Padając pociągnął Dię i nakrył ją swym ciałem. Sekuryci dobyli króciaków. Jeden z pocisków drasnął Claudię w udo. Uskoczyła za filar. Zrezygnowała z pościgu za chłopakiem. Kryjąc się między kolumnami pobiegła w stronę viviarki. Brama wyjazdowa już stała otworem. Kierowca musiał ją widzieć we wsteczniku, niemniej nagle wyprysnął do przodu. Puściła się za nim wykrzykując klątwy. Z przeciwka narastało wycie karetki. Kobieta biegła skosem, przesadzając rozjazdy, coraz bliższa nie zamkniętych drzwiczek. Przecięła jeden podjazd, drugi… Z zaskoczeniem przyjęła jaskrawą eksplozję świateł w twarz, rozdzierający skowyt syreny, pisk hamulców… Poczuła uderzenie w pierś, zdawała sobie sprawę, że wpada pod koła. A potem ogarnął ją mrok i cisza.
Dopiero po jakiejś quartinie, po stwierdzeniu zgonu dottora Darniego i Claudii Manlius mógł zainteresować się Gurusem i Dią. Ale oboje zniknęli.
– Co ja robię, co ja tu robię? – denerwował się Ursin klucząc po zatłoczonych uliczkach starej Florentyny. W popinie wyznaczonej na miejsce spotkania z Dią otrzymał od kelnerki fonikon, przez który nieznany głos polecił mu jazdę na zachód. Zdenerwowanie powiększał fakt, że wedle ostatnich wiadomości, których wysłuchał w swoim dionisionie, współpracował z kryminalistą. Rysopis Leontiasa jako nieznanego z nazwiska sprawcy rzezi w Portellito podawały wszystkie media. Lista oskarżeń była spora: od brutalnego napadu na grupkę straży obywatelskiej przygotowującej się do zabezpieczenia inauguracji po wysadzenie wytwórni ogni greckich. Był na czołówkach wiadomości. Na głowę Słowianina wyznaczono nagrodę tysiąca aureusów, a ścigali go pospołu i sekuryci, i vigilianci, i pretorianie z FOI, nie licząc rzeszy patriotycznie usposobionych obywateli. A Ursin miał umówić tego terrorystę z przyszłym SuperNavigatorem.
Paranoja!
Fonikon osobisty zadzwonił, gdy wjeżdżał na most Syren.