Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]
Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]

Электронная книга - «Wyspa zaginionych okrętów [Остров погибших кораблей - pl]». Краткое содержание книги:

Nic na świecie nie mogło stanowić smutniejszego widoku od tego ogromnego cmentarza. Morze grzebie zatopione okręty, ziemia — ludzi. Lecz na tym cmentarzu umarli leżeli nadzy, oświetlani palącymi promieniami słońca. Trzeba było ostrożnie stawiać każdy krok. Na pół zgniłe deski uginały się pod nogami. Podróżnicy mogli w każdej chwili zapaść się i znaleźć w ładowni. Przewidując to zabrali ze sobą sznury, by w razie potrzeby pomóc sobie nawzajem. Balustrady łamały się. Strzępy żagli po dotknięciu rozsypywały się w proch. Wszystko dookoła było pokryte grubą warstwą pyłu, rozkładu i zielenią zgnilizny… Na wielu pokładach walały się szkielety błyszczące w słońcu białymi koścmi lub ciemniejące resztkami skóry i strzępami odzieży. Z pozycji szkieletów, porąbanych czaszek można było wywnioskować, że ludzie, którz stracili zmysły w obliczu śmierci, kłócili się, buntowali, bezsesownie i okrutnie mordowali się nawzajem, biorąc na kimś pomstę za swe cierpienia i zmarnowane życie. Każdy statek był światkiem wielkiej tragedii, która rozegrała śię na nim przed piędziesięciu, stu lub dwustu laty…
1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 49
Перейти на страницу:

— Człowiek mądry powinien ze wszystkiego wyciągać zysk dla siebie — usłyszeli nagle jakiś głos.

— Hej, kto nas podsłuchuje? Trzeba teraz mieć się na baczności.

Niewidzialny przybysz odpowiedział:

— Czy mam trąbić jak samochód? To nie moja wina, że panowie mnie nie widzą.

— A, efemeryda! Dzień dobry. Niech pan siada na tym krześle. Nie było ruszane z miejsca od przeszło dziesięciu minut.

Jednak Metaxa, zanim usiadł, ostrożnie namacał krzesło. Ten środek ostrożności stawał się już przyzwyczajeniem.

— Upał — powiedział Metaxa.

— Ciekawa rzecz, pan jest Grekiem i stale skarży się na upał — rzekł Maramballe.

— W Grecji jest jeszcze gorzej. — Metaxa umilkł na chwilę, potem ciągnął dalej: — Teczka z aktami numer sto siedemdziesiąt cztery znajduje się u pierwszego sekretarza ministra, Leera.

— Co to za akta? — spytał Maramballe.

— Układ o tajnym porozumieniu między Niemcami a Rosją — odpowiedział Metaxa.

Maramballe poczuł na twarzy kłąb dymu z fajki Layle’a.

— No i co jeszcze? — zapytał Maramballe.

— Nic. Zakomunikowałem tylko panom pewną nowość. Sądziłem, że może panów zainteresować. Jest jeszcze jedna nowina. Lejtnant baron von Blittersdorf oświadczył się pannie Wilhelminie Leer.

— Przecież panny Leer nie ma w mieście! Skąd pan wie o tym wszystkim? — zawołał podniecony Maramballe. Wiadomość ta zaskoczyła go; zaczerwienił się mocno i był bardzo zadowolony, że Layle i Metaxa nie widzą jego twarzy. Lecz przypomniawszy sobie, że jednak ją zobaczą, usiłował przybrać jak najbardziej obojętną minę.

— A ludzie będą zawierać małżeństwa nawet w dniu końca świata — wycedził Layle. — Pana to martwi, Maramballe?

— Ani trochę — spiesznie odpowiedział Maramballe. — Nie miałem zamiaru żenić się z panną Wilhelminą. Zresztą, powiem otwarcie, ja nie bardzo wierzę w tę wiadomość. Wilhelmina… panna Leer powiedziała mi dziś przez telefon, że w chwili, kiedy się zaczęły dziać te dziwne rzeczy, znajdowała się za miastem i nie mogła dotychczas wrócić, wskutek zatrzymania całej komunikacji. Panna Leer przyjedzie dopiero dziś o szóstej wieczór. Więc w jaki sposób Blittersdorf mógł się jej oświadczyć? W każdym razie powiedziałaby mi o tym.

— Blittersdorf oficjalnie poprosił o rękę panny Leer jej ojca, Ruprechta Leera.

— No, to niech się Blittersdorf ożeni z Ruprechtem Leerem — roześmiał się Maramballe, chociaż w głębi serca przejął się bardzo energicznymi poczynaniami swego rywala.

Lejtnant Blittersdorf był od dawna kandydatem do ręki Wilhelminy, chociaż cieszył się większą sympatią pana Leera niż panny Leer.

Wilhelmina nie odmówiła zdecydowanie lejtnantowi, lecz odpowiedziała na jego oświadczyny, iż nie myśli na razie o wyjściu za mąż.

Maramballe nie kłamał zapewniając, że nie ma zamiaru żenić się z panną Leer, chociaż Wilhelmina bardzo mu się podobała. Tak daleko jego plany nie sięgały. Dzięki życzliwości panny Leer i dzięki temu, że bywał w domu Leerów, dowiadywał się wcześniej niż inni dziennikarze różnych nowin dyplomatycznych. Co prawda, nie udawało mu się dowiedzieć czegoś ważnego, sensacyjnego: drzwi do gabinetu Ruprechta Leera były przed nim szczelnie zamknięte. Jednak była to miła i pożyteczna znajomość. I oto teraz może nastąpić zerwanie tego kontaktu. Zazdrosny i impertynencki lejtnant baron Blittersdorf, wychowanek armii cesarskich Niemiec, nie będzie tolerował Maramballe’a. Poza tym Wilhelmina po ślubie zamieszka u męża i wskutek tego straci dla Maramballe’a połowę uroku.

„Niech to diabli, trzeba się zdecydować na jakąś większą akcję — myślał Maramballe. — Tak, Metaxa dał mi wyraźny impuls. Akta numer 174!… Co prawda, świat zajęty jest obecnie czymś innym. Ale co będzie, jeśli «koniec świata» skończy się tak nieoczekiwanie, jak się zaczął? A lepszej okazji się nie znajdzie; trzeba skorzystać z sytuacji i zdobyć ten sensacyjny dokument. I niech sobie wtedy Wilhelmina wychodzi za mąż za swojego barona, jeśli ma na to ochotę…”

— Wszystkie te układy straciły teraz wszelki sens i wartość — powiedział lekceważąco Maramballe.

Wyjął zegarek z kieszeni, podniósł go do oczu, poczekał, aż się tarcza ujawni, i wstał.

— Czas na mnie. Ile płacę? — zwrócił się do kelnera, który przyniósł kawę Metaxie.

Kelner zrobił rachunek.

— Cztery marki. I jeszcze jedna marka za pasztecik, który pan skonsumował owego dnia, kiedy restauracja była zamknięta. Gospodarz prosił, żeby panu przypomnieć o tym małym długu…

Maramballe wyjął portfel, przeliczył pieniądze „wywołując” je przed oczami i podał kelnerowi.

— Proszę. Widzę, że pańskiemu szefowi odechciało się umierać.

Maramballe pożegnał się i odszedł terkocąc automatyczną grzechotką, która przy każdym jego kroku wydawała niezbyt głośny, lecz charakterystyczny dźwięk. Przechodnie, którzy jeszcze nie zdążyli zaopatrzyć się w ten nowy wynalazek, oznajmiali o sobie monotonnym — „idę, idę”.

Na wszystkich skrzyżowaniach ulic głośniki przypominały o przepisach ruchu ulicznego.

Tłum na chodnikach szedł powoli i karnie, trzymając się prawej strony. Policjanci na skrzyżowaniach od czasu do czasu dawali sygnał trąbką, zatrzymując ruch tramwajów i pojazdów, by piesi mogli przejść na drugą stronę ulicy.

Samochody i tramwaje poruszały się również bardzo wolno, dając bez przerwy sygnały dzwonkami i syrenami. Dźwięki te były przytłumione, by uniknąć wzajemnego zagłuszania. Na ulicy zrobiło się o wiele ciszej niż dawniej. Mieszkańcom miasta szybko zaostrzał się słuch.

Nikogo już nie wprowadzał w błąd widok cichego upiornego tramwaju stojącego na przystanku. Wszyscy wiedzieli, że widzialny tramwaj dawno już odjechał. Lecz kiedy słychać było szum nadjeżdżającego niewidzialnego tramwaju, pasażerowie, orientując się dzięki dzwonkowi, po omacku znajdowali wejście i przestrzegając ściśle kolejki wchodzili do wagonu. Na szczęście słupki oznaczające przystanki, domy, jak wszystkie przedmioty nieruchome, były dobrze widzialne, chociaż były „przestarzałym” odbiciem przedmiotów.

VI. Zabawa w ciuciubabkę

Nie bacząc na stan oblężenia i wszystkie środki ostrożności, przestępcy dokonali kilku napadów rabunkowych. Dlatego we wszystkich domach zachowywano specjalną ostrożność, by razem z lokatorami nie przedostawali się do domów złodzieje, korzystający z chwilowej niewidzialności.

Kiedy Maramballe podszedł do domu Leera i zadzwonił, portier ostrożnie uchylił drzwi trzymając je na łańcuszku i wpuścił Maramballe’a dopiero wtedy, gdy poznał jego głos. Maramballe z trudem przecisnął się przez uchylone drzwi i poczuł, że portier dotknął lekko jego pleców, by się przekonać, czy nie ma kogoś za nim, i natychmiast zamknął drzwi.

— Czy panna Wilhelmina wróciła? — zapytał Maramballe.

— Przed chwilą — odparł portier.

Maramballe udał się po schodach zasłanych czarnym chodnikiem — przed „końcem świata” chodnik był czerwony — wszedł do wielkiego salonu i rozejrzał się dokoła.

Wilhelmina w stroju podróżnym, z małą walizeczką w ręku, stała przed otwartymi drzwiami gabinetu Leera i rozmawiała z ojcem. Ściślej mówiąc, poruszała bezdźwięcznie wargami. Potem ojciec tak samo bezdźwięcznie powiedział jej coś, pogłaskał po policzku i wszedł do gabinetu zamykając drzwi za sobą. Wilhelmina szybko poszła do swego pokoju, przez drzwi na prawo.

1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 49
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)