Złodziej Kanapek
- Автор: Камиллери Андреа
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Złodziej Kanapek». Краткое содержание книги:
Jednocześnie w Vigacie ofiarą morderstwa pada właściciel firmy handlowej, Aurelio Lapecora. Wdowa rzuca oskarżenie na kochankę denata, piękną Tunezyjkę imieniem Karima. Okazuje się, że przedsiębiorcza emigrantka szczególnie upodobała sobie majętnych starszych panów, którym świadczyła dość wymyślne usługi. Borykający się z bardzo trudnymi problemami osobistymi komisarz Montalbano dojdzie z czasem do wniosku, że pochodzenie osób uwikłanych w te dwie, zdawałoby się, zupełnie niepowiązane ze sobą sprawy będzie mieć kluczowe znaczenie dla rozwiązania jednej groźnej zagadki.
Na spotkanie z Valentem było jeszcze za wcześnie. Zaparkował przed restauracją, gdzie był już poprzednim razem. Pochłonął małże smażone z bułką tartą, sporą porcję spaghetti z małżami, tuńczyka zapiekanego z lubczykiem i karmelowaną cytryną. Dopełnił ciastkiem z gorzką czekoladą i polewą pomarańczową. Na koniec wstał, poszedł do kuchni i ze wzruszeniem, bez słowa uścisnął dłoń kucharza. Jadąc w kierunku biura Valentego, śpiewał na cale gardło: „Patrz, jak się kołyszę, patrz, jak się kołyszę w rytmie twista…”
Valente zaprowadził Montalbana do pokoju sąsiadującego z gabinetem.
– Już to praktykowaliśmy – powiedział. – Zostawimy drzwi półotwarte, a ty będziesz mógł nie tylko posłuchać, ale również zobaczyć, co się wydarzy w moim gabinecie. Wystarczy, że odpowiednio posłużysz się tym lusterkiem.
– Uważaj, Valente, bo to kwestia sekund.
– Zostaw to nam.
Komandor Spadaccia wszedł do biura Valentego i od razu było widać, że jest wściekły.
– Przepraszam, Valente, ale nie rozumiem. Mógł pan równie dobrze przyjść do prefektury i oszczędzić mi czasu. Mam mnóstwo roboty, wie pan?
– Proszę wybaczyć, panie komandorze – powiedział Valente z obleśnym uniżeniem – ma pan absolutnie rację. Ale natychmiast zatrę złe wrażenie, nie zatrzymam pana dłużej niż pięć minut. Muszę tylko coś uściślić.
– Słucham.
– Poprzednim razem powiedział mi pan, że wobec prefekta były jakieś naciski…
Komandor uniósł władczo dłoń. Valente od razu umilkł.
– Jeśli tak się wyraziłem, to źle. Jego ekscelencja nic o tym nie wie. Zresztą chodziło o głupstwo, jakich codziennie mnóstwo się zdarza. Z Rzymu, z ministerstwa, zadzwoniono do mnie, nie chcąc zawracać ekscelencji głowy takimi bzdurami.
Było oczywiste, że prefekt, po otrzymaniu telefonu od rzekomego dziennikarza „Corriere”, zażądał wyjaśnień od szefa swojego gabinetu. I musiała to być dość ożywiona rozmowa, której echo rozbrzmiewało jeszcze w mocnych słowach wygłaszanych teraz przez komandora.
– Proszę dalej – ponaglił Spadaccia.
Valente rozłożył ręce, nad jego głową rozbłysła aureola niewiniątka.
– To wszystko – powiedział.
Spadaccia osłupiał, potem rozejrzał się dokoła, jak gdyby chciał się upewnić, czy nie śni.
– Chce pan powiedzieć, że nie ma już do mnie żadnych pytań?
– Właśnie.
Uderzenie w stół było tak gwałtowne, że nawet Montalbano wzdrygnął się w sąsiednim pokoju.
– To są jawne kpiny, z których zda mi pan sprawę!
I wyszedł wściekły.
Montalbano podbiegł do okna, wytężając czujnie wzrok. Zobaczył komandora, który jak taran wypadł z bramy i skierował się do swojego samochodu, z którego wysiadł kierowca, żeby otworzyć przed pasażerem drzwiczki. Dokładnie w tej samej chwili z wozu policyjnego, który właśnie nadjechał, wysiadł Angelo Prestia, prowadzony pod rękę przez jednego z funkcjonariuszy. Spadaccia i właściciel kutra niemal wpadli na siebie. Bez, słowa każdy poszedł w swoją stronę.
Rżenie, jakie co jakiś czas wydawał z siebie Montalbano, kiedy sprawy układały się po jego myśli, przeraziło Valentego, który rzucił się do sąsiedniego pokoju.
– Co ci jest?
– Mamy go! – powiedział Montalbano.
– Proszę tu usiąść – usłyszeli słowa funkcjonariusza.
Prestia został wprowadzony do biura.
Valente i Montalbano zostali na swoich miejscach, wyjęli papierosy i wypalili bez słowa: w tym czasie właściciel i szyper „Opatrzności” cierpiał piekielne męki.
Weszli z minami zwiastunów nieszczęścia. Valente zajął miejsce za swoim biurkiem, Montalbano wziął krzesło i usiadł obok.
– Kiedy się wreszcie skończy ta zmora? – zaatakował szyper.
I nie rozumiał, że tym agresywnym zachowaniem odkrył przed Valentem i Montalbanem swoje myśli: był pewny, że komandor Spadaccia przyszedł potwierdzić jego słowa. Miał dobre samopoczucie, więc mógł sobie pozwolić na oburzenie.
Na biurku leżała gruba teczka, na której napisali drukowanymi literami: ANGELO PRESTIA – gruba, bo wypełniona starymi okólnikami, lecz szyper o tym nie wiedział. Valente otworzył teczkę i wyjął wizytówkę Spadaccii.
– To ty nam ją dałeś, potwierdzasz?
Przejście z wcześniejszego „pan” na gliniarskie „ty” zaniepokoiło Prestię.
– Oczywiście, że potwierdzam. Dał mi ją komandor, mówiąc, że gdybym po wyprawie z Tunezyjczykiem miał jakieś kłopoty, mogę się zwrócić do niego. I tak zrobiłem.
– Błąd – powiedział Montalbano z troską.
– Przecież tak mi kazał!
– Pewnie, że ci kazał, ale ty, zamiast zwrócić się do niego, kiedy tylko poczułeś, że coś śmierdzi, wizytówkę dałeś nam. I w ten sposób wpędziłeś tego dżentelmena w kłopoty.
– Kłopoty? Jakie kłopoty?
– To, że jest zamieszany w zaplanowane zabójstwo, nie wydaje ci się kłopotem?
Prestia zamilkł.
– Mój kolega Montalbano – wtrącił Valente – wyjaśnił ci przyczyny zaistniałego stanu rzeczy.
– A jaki jest stan rzeczy?
– Taki, że gdybyś zwrócił się bezpośrednio do Spadaccii, nie przekazując nam jego wizytówki, on postarałby się wszystko uporządkować, załatwić sprawę w rękawiczkach, nieoficjalnie. Ale ty, dając nam wizytówkę, wmieszałeś w to wymiar sprawiedliwości. Dlatego Spadaccii pozostało tylko jedno: wyprzeć się wszystkiego.
– Co?!
– A i owszem. Spadaccia nigdy cię nie widział, nigdy o tobie nie słyszał. Napisał oświadczenie, które dołączyliśmy do dokumentów.
– Co za skurwysyn! – wykrzyknął Prestia i spytał: – A jak wytłumaczył, że mam jego wizytówkę?
Montalbano wybuchnął serdecznym śmiechem.
– I tu też ci narobił koło pióra – powiedział. – Przyniósł nam fotokopię doniesienia, które dziesięć dni temu zostało zgłoszone w kwesturze w Trapani: skradziono mu portfel, a w nim, wśród innych rzeczy, były również wizytówki, nie pamięta tylko, czy miał ich pięć, czy sześć.
– Wpakował cię w szambo po uszy – podsumował Valente.
– A szambo jest głębokie – dodał Montalbano.
– Jak długo zdołasz utrzymywać się na powierzchni? – podkręcał ciśnienie Valente.
Pot wymalował rozległe plamy pod pachami Prestii. Biuro wypełnił nieprzyjemny zapach piżma i czosnku, który Montalbano określił jako zgniłozielony.
Prestia złapał się za głowę i wymamrotał:
– Wrobili mnie.
Przez jakiś czas trwał w tej pozycji, zanim podjął decyzję.
– Czy mogę się spotkać z adwokatem?
– Z adwokatem?! – zdziwił się Valente.
– Po co ci adwokat? – spytał Montalbano.
– Wydawało mi się, że…
– Co ci się wydawało?
– Że cię aresztujemy?
Duet uzupełnił się perfekcyjnie.
– Nie aresztujecie mnie?
– A skąd!
– Możesz iść. Jeśli chcesz.
Prestia potrzebował pięciu minut, żeby odkleić dupsko od krzesła i dosłownie wziąć nogi za pas.
– A teraz co się stanie? – spytał Valente, który zdawał sobie sprawę z burdelu, jaki wywołał.
– A to, że teraz Prestia pójdzie zawracać dupę Spadaccii. I następny ruch należy do nich.
Valente wyglądał na zmartwionego.
– Co ci jest?
– Nie wiem… nie jestem przekonany… Boję się, że uciszą Prestię. I my będziemy za to odpowiedzialni.
– Prestia jest już teraz na pierwszym planie. Usunąć go znaczyłoby tyle, co złożyć podpis pod całą operacją. Nie, jestem przekonany, że go uciszą, owszem, ale wypłacając mu jakąś niezłą sumkę.