Strach
- Автор: Мастертон Грэхэм
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Strach». Краткое содержание книги:
Jim Rook jest nauczycielem klasy specjalnej w Los Angeles. Jest bardzo lubiany przez uczniów, otwiera przed nimi świat, ukazuje nowe możliwości. Jim to postać niezwykle wyjątkowa. Ma rzadki dar – potrafi dostrzegać postacie przychodzące z zaświatów. Meksykanin Rafael Diaz to nowy uczeń w klasie Jima, który przeprowadza na części uczniów rytuał oparty na magii Majów, mający przepędzić z nich strach. Jeden z oczyszczonych zapada w śpiączkę, wkrótce rozpoczyna się seria bardzo brutalnych morderstw. Jim rozpoczyna walkę z czasem, aby zapobiec kolejnemu rytuałowi.
Akcja horroru niewątpliwie trzyma w napięciu, wiele się dzieje. Chociaż niektóre sceny, cóż, wydawały mi się nieco komiczne. Jakoś nie przemawiało do mnie wyjście jednej osoby z wnętrza drugiej (ale w końcu nie jest to książka oparta na faktach autentycznych). Całość psuło mi odwoływanie się do kart tarota, ponieważ osobiście uważam to za kompletnie nieracjonalne i bezsensowne. Być może mam zamknięty umysł, albo karty do mnie nie przemawiają… W każdym razie nie każdemu musi to przeszkadzać. Ogólnie fabuła jest bardzo dobrze zbudowana, nie braknie urozmaiceń a poza tym, jak sama nazwa wskazuje, można się przestraszyć. Napięcie jest doskonale stopniowane, z początkiem każdego rozdziału odkrywamy nową tajemnicę i często nie sposób oderwać się od książki.
Każdy bohater jest jedyny w swoim rodzaju. Uczniowie są bardzo różni od siebie, każda postać jest nam przybliżona, można odnieść wrażenie, że zna się tę doskonale dogadującą się ze sobą grupę ludzi. Postać Jima również bardzo intryguje ze względu na jego paranormalne zdolności. Równie ciekawa jest tajemnicza postać Rafaela Diaza.
Książka ta skłania do rozmyślań nad samą istotą strachu. Czytelnik dochodzi do wniosku, że tak naprawdę strach jest bardzo potrzebny, a sama myśl o tym, że mogłoby się strachu nie odczuwać wręcz napawa przerażeniem. Podnoszę jej ocenę głównie z powyższego względu i sądzę, że warto ją przeczytać. Czytając nie unikniemy stawiania się na miejscu bohaterów. Strach jest nieodłącznym elementem życia każdego człowieka, choć próbujemy oszukać samych siebie i pozbyć się go. Ale za jaką cenę chcemy to zrobić?…
– Przepraszam, proszę pana. Nic z tego. Rafael każe otworzyć drzwi – to pewnie powinniśmy je otworzyć.
Jim odwrócił się do Rafaela. Wyraz jego twarzy powiedział mu wszystko, co chciał wiedzieć. Przeciąg pod drzwiami stał się jeszcze mocniejszy, płomienie setek świec w kaplicy zaczęły migotać, a w ich blasku oblicza wszystkich gipsowych świętych ulegały zmianom – stawały się sceptyczne, roześmiane, przebiegle uśmiechnięte. Jim podszedł do drzwi i podniósł z podłogi ciężką dębową belkę.
Rafael pstryknął palcami. Rod i Martin natychmiast dopadli Jima i odciągnęli go w tył. Bez brutalności – to nie było potrzebne. Rod miał sześć stóp trzy cale wzrostu i był niezwykle wysportowany.
Drzwi dygotały i trzęsły się, jak gdyby tłum ludzi napierał na nie od zewnątrz. Ławice kurzu przesypywały się pod nimi, każdemu krokowi Jima towarzyszyły szelesty i poskrzypywania. Spróbował wyrwać się z uchwytu Roda, lecz bez powodzenia. W całym swoim życiu nie czuł się równie słaby i bezwolny.
– Otwórz drzwi, Mike! – zawołał Rafael. – Otwórz drzwi, tak by Lęk mógł wejść do środka!
– Nie! – wrzasnął Jim. – To poświęcona ziemia, ale Lęk zamieszkuje na poświęconej ziemi! Nie wpuszczaj go!
– Kłamie pan! – krzyknął Rafael. – Wszyscy wiedzą, że pan kłamie! Pańscy uczniowie pragnęli czegoś więcej niż poezji, pragnęli rzeczywistości! Pragnęli prawdy!
Jim. szamoczący się w ramionach Roda. spojrzał Mikę'owi prosto w oczy.
Mike, przysięgam na Boga, jeżeli otworzysz te drzwi, będzie to ostatnia rzecz, jaką uczynisz. Mike chwycił za klamkę.
– Niech pan da spokój. Zawsze pan przesadzał, mam rację? Sam niech pan powie. Jak to pan zawsze mówił? Starajcie się, by wszystko było prawdziwsze niż naprawdę.
– Nie otwieraj, Mike!
A jednak Mike, wciąż roześmiany, otworzył drzwi.
ROZDZIAŁ 15
Nikt inny w kaplicy tego nie widział, z wyjątkiem Jima. W chwili gdy Mike otworzył drzwi, do środka, niczym szara zawierucha, wdarł się zagięty szpon i oplótł Mike'a wokół pasa. Chłopak nie miał nawet czasu, by przestać się uśmiechać. Szpon wyciągnął go na dwór i cisnął na ganek. Jim usłyszał suchy trzask łamanego kręgosłupa, któremu zaraz zawtórowała seria ostrych chrupnięć towarzyszących łamaniu żeber.
– Co do jasnej… – zaczął zdumiony Rod, jako że widział jedynie, jak Mikę niespodzianie wyleciał za drzwi, najwyraźniej bez niczyjej pomocy.
Jim okręcił się i krzyknął mu prosto w twarz:
– Zamknij drzwi, idioto! Lęk go dopadł! Widzę go! Jest tutaj!
Zaskoczony Rod, nie bardzo rozumiejąc sens tych słów, puścił Jima. Ten dopadł drzwi i zaczął na nie napierać. Na ganku mroczne kłębowisko Lęku, o dziesiątkach wrogich twarzy i setkach szponów, pajęczych nóg i ludzkich ramion, kuliło się nad strzaskanym ciałem Mike'a z wyraźną uciechą.
– Nie! – krzyknął Jim.
Przynajmniej sześć spośród licznych twarzy Lęku zwróciło się w jego stronę, a pazury zadrżały niezdecydowanie.
– Mike! Wszystko w porządku? Co z tobą, chłopie? – zawołał Rod zza pleców Jima
Spróbował przepchnąć się obok, lecz Jim me przepuścił go.
– Czy kiedykolwiek mi zaufałeś? – zapytał. – Czy choć raz mi zaufałeś, a ja ciebie zawiodłem? Kiedykolwiek?
Nie, proszę pana. Nigdy pan mnie nie zawiódł. Nigdy. Więc zaufaj mi i tym razem. Nie powinieneś tam wychodzić.
– Ale Mike… chyba coś mu się stało.
– Rod, zaufaj mi! – nalegał Jim.
– Wszystko w porządku, Rod! – krzyknął od ołtarza Rafael. -Możesz tam wyjść, jeśli chcesz. Pan Rook pragnie jedynie odzyskać swój autorytet… prawda, panie Rook?
Mike nawet nie krzyczał. Był ciężko ranny; sądząc z nienaturalnie skręconej pozycji, w jakiej spoczywał na ganku misji, można by pomyśleć, że jest sparaliżowany. Lecz gdy Lęk pochylił się nad nim, stało się jasne, że chłopak wcale się nie boi. Oczywiście nie mógł go dostrzec, lecz musiał wyczuwać. Lęk rozwiewał mu włosy, jakby Mike znalazł się w sercu bezgłośnego huraganu.
– Mike! -zawołał Rod, raz jeszcze usiłując odepchnąć Jima na bok, lecz Jim złapał go za rękaw i syknął:
– Zaufaj mi, do cholery!
W tej samej chwili Lęk chwycił lewą nogę Mike'a i wykręcił ją – nie raz. nie dwa, lecz trzy razy. Jim usłyszał pękające mięśnie i ścięgna, dżinsy Mike'a nagle splamiła krew. Następnie Lęk urwał mu drugą nogę. Obie ułożył po bokach Mike'a, podczas gdy podrygujące kikuty ociekały krwią.
Potem ohydna plątanina ramion i pazurów złapała go za ramiona i wyrwała je ze stawów. Mikę zapewne już nie żył. Kiedy jednak Lęk ze zgrzytliwym chrupnięciem ukręcił mu głowę, Jim nie był w stanie dłużej na to patrzeć. Odwrócił się do Roda, który wpatrywał się w masakrowanego Mike'a.
Na jego twarzy malowało się przerażenie zmieszane ze zdumieniem.
– Co się z nim dzieje? On… on rozpada się na kawałki!
– Jest rozrywany na kawałki. Rod! Rozrywany na kawałki przez istotę, którą stworzył Rafael. To Lęk! Nie możesz go zobaczyć, lecz przysięgam, ze tam jest i pragnie zabić was wszystkich.
Rod nie był w stanie oderwać wzroku od Mike'a, wciąż przełykał ślinę, wydawało się, że zaraz zwymiotuje.
– On nie żyje – powiedział. – Nie mogę w to uwierzyć, proszę pana. Rozerwało go na kawałki i teraz nie żyje.
W tym momencie do drzwi podeszli Virgil i Charles, a za nimi Beverly, Maisie i Jane. Spojrzeli z niedowierzaniem na ciało Mike'a – byli wstrząśnięci, lecz nie wiedzieli, co począć, bo nie czuli strachu.
– Nie rozumiem, co się dzieje – stwierdziła Beverly, a łzy napłynęły jej do oczu.
– Mikę nie żyje – odparł Jim. – Musimy stąd szybko uciekać, zanim to samo spotka resztę z was.
– Wracajcie tutaj wszyscy! – zawołał Rafael. – Pora na egzorcyzm!
– Ale popatrz na to, chłopie – sprzeciwił się Charles. – Mikę nie żyje, chłopie. Strzępy z niego zostały.
– Owszem… z ciebie zostanie to samo, jeżeli się nie pośpieszycie.
Lęk uniósł swe mgliste, nieregularne ciało znad zwłok Mike'a, krew ściekała z jego szczęk i pazurów – choć dla wszystkich oprócz Jima wyglądało to tak, jakby krew pojawiała się w powietrzu.
– Chodźcie! – zawołał Rafael, kiwając na nich gwałtownie obiema rękami. -Jeśli teraz tego nie zrobimy, Lęk będzie na nas polował do końca życia!
Nastała długa, przesycona niezdecydowaniem i pełna napięcia chwila. Uczniowie miotali się zdezorientowani we wszystkie strony, spoglądając to na Jima, to na Rafaela, to na krwawe szczątki Mike'a, spoczywające na ganku. Lek tymczasem kierował się teraz ku nim. Nie zdawali sobie sprawy z jego bliskości, a gdyby nawet tak było, nie czuliby cienia strachu. Lecz w takich chwilach liczy się także zaufanie i nadeszła pora, by uczniowie zdecydowali się, czy ufają Rafaelowi bardziej niż Jimowi.
– Musimy to zrobić teraz! – krzyczał Rafael. – Chodźcie tu, zanim będzie za późno. Złączcie ręce w kręgu! – Jego policzki pozbawione były barwy, oczy jeszcze bardziej martwe niż poprzednio. Jim dostrzegał w twarzy Rafaela cień Xipe Toteca, chudego, nie znającego spokoju posłańca z piekła.
Lęk zbliżał się do szeroko otwartych drzwi misji niczym nadciągające powoli tornado. Suche liście wirowały wokół niego, masywna gliniana urna wywróciła się i strzaskała na podłodze. Jim spojrzał Rodowi prosto w oczy i zapytał:
– Pamiętasz swoją pierwszą lekcję ze mną, Rod? Czytałeś dla mnie Prawdę Williama Cowpera, zgadza się? I co powiedział Cowper? I o czym wtedy rozmawialiśmy?