Graf Zero [Count Zero - pl]
- Автор: Гибсон Уильям Форд
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7180-187-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Киберпанк
Электронная книга - «Graf Zero [Count Zero - pl]». Краткое содержание книги:
Przez snobistyczną kulturę świata sztuki, gdzie prawdziwy geniusz kryje się niczym ścigana zwierzyna… do elitarnego kręgu korporacyjnych technokratów.
Kiwnęła głową. Musiał przesunąć palcami po kadłubie, by znaleźć płytkie wgłębienia uchwytów. Mimetyczna powłoka ukazywała mu liście i mech, gałązki… A potem był już na górze, obok niej, i zobaczył rewolwer przy jej stopie.
— Ale czy to nie on miał lecieć? Czekałem na niego… na twojego ojca.
— Nie. Tego nie planowaliśmy. Mieliśmy tylko jedną lotnię. Nie mówił panu? — Zaczęła drżeć. — Niczego panu nie powiedział?
— Dosyć… — Położył jej dłoń na ramieniu. — Powiedział nam dosyć. Wszystko będzie dobrze…
Przerzucił nogi do wnętrza, pochylił się, odsunął od jej stopy Smith Wessona i znalazł kabel sprzęgu. Wciąż ją obejmując, podniósł wtyczkę i wcisnął do gniazda za uchem.
— Podaj procedury kasacji wszystkiego, co zapamiętałeś w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin — polecił. — Chcę wymazać ten kurs do Mexico City, twój lot z wybrzeża, wszystko…
— Nie wprowadzono żadnego planu lotu do Mexico City — oznajmił głos: bezpośrednie złącze neuralne na audio.
Turner spojrzał na dziewczynę i rozmasował szczękę.
— Gdzie mieliśmy lecieć?
— Do Bogoty. — Myśliwiec wyrecytował współrzędne punktu lądowania, do którego nie dotarli.
Zamrugała. Powieki miała tak ciemne jak oczodoły.
— Z kim pan rozmawia?
— Z samolotem. Czy Mitchell mówił ci, gdzie powinnaś dotrzeć?
— Do Japonii.
— Znasz kogoś w Bogocie? Gdzie mieszka twoja matka?
— Nie. Chyba w Berlinie. Właściwie jej nie znam.
Skasował banki pamięci samolotu; usunął to, co zostało z programów Conroya: przelot z Kalifornii, dane identyfikacyjne ich pozycji, plan lotu, który dostarczyłby ich na pas w odległości trzystu kilometrów od miejskiego centrum Bogoty…
Ktoś w końcu znajdzie myśliwca. Pomyślał o satelitarnym systemie szpiegowskim Maasa i zastanowił się, czy pomogą cokolwiek programy ukrycia i ucieczki, jakie kazał samolotowi realizować. Mógłby zaproponować maszynę Rudy'emu, na części, ale wątpił, czy Rudy zechce się w to pakować. Co prawda już pokazując się na farmie z córką Mitchella na holu wciągnie Rudy'ego w bagno po samą szyję. Ale nie miał gdzie iść, nie miał gdzie szukać tego, co teraz było najpotrzebniejsze.
Mieli przed sobą cztery godziny marszu po zapomnianych ścieżkach i wzdłuż porośniętej zielskiem, krętej dwupasmowej drogi krytej spękanym asfaltem. Drzewa wydawały się inne niż pamiętał, a potem uświadomił sobie, jak bardzo wyrosły przez lata jego nieobecności. W regularnych odstępach mijali kikuty drewnianych słupów, podtrzymujących kiedyś przewody telefoniczne, teraz osłonięte zaroślami głogu i wiciokrzewu. Już dawno ścięto te słupy na opał i zabrano kable. Na poboczu pszczoły brzęczały wśród kwiatów…
— Czy tam, gdzie idziemy, będzie coś do jedzenia? — spytała dziewczyna. Podeszwy jej białych tenisówek szurały o czarny asfalt.
— Pewno — pocieszył ją Turner. — Ile tylko zechcesz.
— Teraz chcę tylko wody.
Odsunęła z opalonego policzka kosmyk kasztanowych włosów. Zauważył, że kuleje; krzywiła się za każdym razem, kiedy stawiała na ziemi prawą stopę.
— Co ci się stało?
— Kostka. Chyba kiedy posadziłam lotnię. Skrzywiła się znowu, ale szła dalej.
— Odpoczniemy.
— Nie. Chcę już tam dojść. Dojść gdziekolwiek.
— Odpocznij — powiedział, wziął ją za rękę i poprowadził na skraj szosy. Naburmuszona usiadła przy nim, ostrożnie wyciągając nogę.
— Wielki rewolwer — zauważyła. Było gorąco, o wiele za gorąco na parkę. Założył szelki na gołe plecy, przykrył roboczą koszulą bez rękawów. Poły zwisały luźno, szarpane przez wiatr. — Dlaczego lufa tak wygląda? Od dołu jak głowa kobry.
— To układ celowniczy, do nocnych walk. — Pochylił się, by zbadać jej nogę. Puchła szybko. — Nie wiem, jak daleko jeszcze z tym zajdziesz.
— Często pan walczy w nocy? Z bronią?
— Nie.
— Nie jestem pewna, czy zrozumiałam, czym się pan zajmuje.
Przyjrzał się jej.
— Sam czasem nie bardzo rozumiem. Zwłaszcza ostatnio. Czekałem na twojego ojca. Zamierzał zmienić firmę, zatrudnić się u kogoś innego. Ludzie, dla których chciał pracować, wynajęli mnie i kilkoro innych. Mieliśmy dopilnować, żeby wyplątał się ze starego kontraktu.
— Przecież nie można zerwać tego kontraktu — stwierdziła. — W każdym razie legalnie nie można.
— Zgadza się. — Rozsupłał węzeł, poluzował sznurówkę. — Legalnie nie można.
— Aha… I tak pan zarabia na życie?
— Owszem. — Zdjął tenisówkę; nie nosiła skarpet. Kostka napuchła mocno. — To zwichnięcie.
— A co z innymi? Miał pan więcej ludzi w tych ruinach? Ktoś strzelał… I te flary…
— Trudno zgadnąć, kto strzelał. Ale flary nie były nasze. Może ochrona Maasa cię ścigała. Myślisz, że udało ci się ich zgubić?
— Zrobiłam, co Chris mi kazał — odparła. — Chris to mój ojciec.
— Wiem. Chyba będę cię musiał nieść przez resztę drogi.
— Ale co z pańskimi przyjaciółmi?
— Jakimi przyjaciółmi?
— No tam, w Arizonie.
— A… No tak. — Grzbietem dłoni otarł pot z czoła. — Trudno powiedzieć. Właściwie nie wiem.
Widział pobielałe niebo, błysk energii jaśniejszy niż słońce. Ale samolot twierdził, że nie było impulsu elektromagnetycznego…
Pierwszy z udoskonalonych psów Rudy'ego wywęszył ich po piętnastu minutach marszu. Angie siedziała Turnerowi na plecach, obejmując go za ramiona, z nogami pod jego pachami; mocno splótł palce na mostku. Pachniała jak dzieciak z lepszej dzielnicy: delikatnie ziołowy aromat mydła czy szamponu. Myśląc o tym zastanowił się, jak on sam pachnie… Rudy miał prysznic…
— Ojej! Co to jest?
Zesztywniała mu na grzbiecie, wyciągnęła rękę.
Smukły szary pies obserwował ich z wysokiego nasypu na zakręcie szosy. Wąską głowę okrywał mu czarny kaptur nabijany czujnikami. Dyszał z wywieszonym jęzorem i wolno odwracał głowę tam i z powrotem.
— Wszystko w porządku — uspokoił ją Turner. — Pies strażniczy. Należy do mojego przyjaciela.
Dom rozrósł się, wypuszczając dodatkowe skrzydła i przybudówki, jednak Rudy jakoś nie pomalował łuszczących się desek oryginalnej budowli. Ogrodził za to płotem cały teren ze swoją kolekcją pojazdów, ale kiedy przybyli, brama stała otworem, a zawiasy pokrywała rdza i zieleń. Turner wiedział, że prawdziwe zapory są gdzie indziej. Cztery wspomagane psy biegły za nim, gdy człapał po żwirowym podjeździe, czując na ramieniu bezwładną głowę Angie i wciąż obejmujące go mocno ramiona.
Rudy czekał na werandzie w starych białych szortach i granatowej koszulce, w której z kieszonki wystawało co najmniej dziewięć różnego typu pisaków. Spojrzał na nich i w geście powitania uniósł puszkę holenderskiego piwa. Za jego plecami wyszła z kuchni blondynka w wytartej koszuli khaki; trzymała w ręku niklowaną łopatkę. Włosy miała krótko ścięte, zaczesane do góry i do tyłu w sposób, który na nowo zbudził myśli o Koreance w kapsule Hosaki, o płonącej kapsule, o Webber, o białym niebie… Zachwiał się na żwirze podjazdu; szeroko rozstawił nogi, by utrzymać dziewczynę; nagą pierś znaczyły strużki potu zmywające kurz martwego centrum handlowego z Arizony. Spojrzał na Rudy'ego i blondynkę.
— Przygotowaliśmy dla was śniadanie — oświadczył Rudy. — Kiedy pojawiliście się na psim ekranie, pomyśleliśmy, że będziecie głodni.
Dziewczyna jęknęła.
— To dobrze — powiedział Turner. — Zwichnęła nogę w kostce, Rudy. Trzeba się tym zająć. I jeszcze paroma rzeczami, o których muszę z tobą pogadać.