Wynalazca wiecznosci
- Автор: Булычев Кир, Кривин Феликс Давидович
- Год: 1978
- Язык: польский
- Год: Czytelnik
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wynalazca wiecznosci». Краткое содержание книги:
O ile prócz nowych rzeczy braci Strugackich nie powstały ostatnio interesujące powieści, o tyle w opowiadaniach zaznacza się napór nowych autorów, wśród których czołową pozycję zajmują znany u nas z tomu „Ludzie jak ludzie” K. Bułyczow oraz interesujący i płodny W. Szczerbakow. Ciekawym zjawiskiem ostatnich lat jest wystąpienie dynamicznej grupy fantastów syberyjskich, reprezentowanych tutaj przez W. Kołupajewa.
Wszyscy wymienieni, wraz z A. Bałabuchą z Leningradu i F. Kriwinem z Użgorodu, są dobrze znani miłośnikom fantastyki w swoim kraju. Zupełnie nowe natomiast, nawet dla czytelnika radzieckiego, są nazwiska D. De-Spillera i A. Żytinskiego. Pierwszy z nich, doktor nauk matematyczno-fizycznych i autor kilku zaledwie opowiadań, zaskakuje przyprawiającymi o zawrót głowy pomysłami, które mogły się zrodzić tylko na skrzyżowaniu matematyki i poezji. Zamyka tom wielce obiecujący debiut młodego pracownika naukowego A. Żytinskiego.
Ważniejszy jeszcze od ilościowego rozwoju jest fakt ukształtowania się własnego, specyficznego stylu radzieckiego opowiadania fantastyczno-naukowego. W odróżnieniu od fantastyki anglosaskiej radziecka nigdy nie rozwijała się w izolacji od głównego nurtu literatury; stąd jej osadzenie w tradycji oraz wspólnota problematyki i stylistyki ze współczesną literaturą radziecką w ogóle.
Uderza w niej przede wszystkim patos moralny. Fantastyczny pomysł służy bardzo często ujawnieniu prawdziwego charakteru bohatera. Tak jest w powieściach W. Szefnera, K. Bułyczowa, w opowiadaniach F. Kriwina, W. Kołupajewa i L. Rozanowej.
Zgodnie z tradycją rosyjskiej i radzieckiej literatury wiele uwagi poświęca się szczegółowi obyczajowemu. Najczęściej jest to język i styl bycia uczonych, ale można też znaleźć — często w formie żartobliwej, jak u A, Żytinskiego — zafascynowanie żywiołem chłopskim, ludowym.
Charakterystyczną cechą radzieckiej fantastyki jest również jej romantyczna tonacja, liryzm i płynąca z tego nie śpieszność narracji, mogąca czasem przesłaniać autentyczne, nierzadko oryginalne pomysły fantastyczno-naukowe.
Wszystko to wskazuje, że fantastyka radziecka osiągnęła pewną dojrzałość, wzbogacając literaturę radziecką swoją fantastycznością, światową zaś literaturę science fiction swoją rosyjskością.
Usiadł. Wszyscy słuchali go zamknąwszy oczy: Sajkin przy całej swojej punktualności był wielkim nudziarzem.
— No tak — jakoś z niezadowoleniem zauważył Dym-Dym. — To, że sektor bezpieczeństwa znakomicie wywiązał się ze swego zadania jest tak oczywiste, że proponuję, abyśmy na razie tego tematu więcej nie poruszali. — Sajkin zaczerwienił się: rzeczywiście, wynikało z tego, że przez całe dziesięć minut bezwstydnie wychwalał własny sektor. — Pragnąłbym usłyszeć co innego: co myślicie na temat otrzymanych zdjęć?
Sajkin podniósł się niezgrabnie.
— Właściwie mówiąc… chciałbym zaczekać, aż będzie gotowych wszystkich trzysta zdjęć.
— Mamy zaledwie trzy zdjęcia — powiedziała Swietka — aparatura pracowała zupełnie źle. Należy jeszcze porozmawiać na ten temat.
— W swoim czasie — powstrzymał ją Dym-Dym. — No, więc cóż? Kręciły się pomiędzy zerem a nieskończonością, akumulatory same się rozładowały, godnie zachowywał się jedynie przełącznik automatyczny, który powinien był po trzydziestu sekundach zawrócić maszynę z powrotem, i to dlatego, że działał na zasadzie rozpadu radioaktywnego, a nie przy pomocy zwykłego mechanizmu zegarowego. Tak więc, jestem przekonany, że przy takiej kotłowaninie na wewnętrznych ściankach maszyny — i na powierzchni iluminatorów — mogły powstać drobniutkie iskierki, l ot, macie wasze jasne punkciki. A czerń — to ten sam świat przeszłości, którego nie są w stanie zanotować obecne przyrządy.
— Dobrze — powiedział Dym-Dym — bardzo dobrze. Oto jedyny człowiek, który powiedział: jestem przekonany. A reszta? Zwiesili nosy, rozkleili się. Ale dobrałem sobie współpracowników! Czegoście oczekiwali, młodzi ludzie? Błot z epoki mezozoiku, gdzie wylęg dinozaurów będzie wam demonstrować wulgarną walkę o byt i ilustrować dobór naturalny zgodnie z teorią Darwina? Nie marzcie o tym. Dinozaurów nie będzie — na mezozoik nie starczy nam energii dziesięciu Ajurjupińskich kaskad, Tak. W tej chwili należy uważać pierwszą próbę za pomyślną i przygotowywać się do następnej. Jutro do godziny dwunastej proszę przedstawić mi na piśmie swoje opinie dotyczące niezawodności przyrządów. To wszystko.
— Ale… — zająknął się Wowolur.
— Już powiedziałem: żadnych „ale”. Poleci znowu pies.
I jeszcze jedno: proszę nie paplać przed czasem. Odnosi się to zwłaszcza do dam — proszę wybaczyć moją impertynencję.
W chwilach rozdrażnienia Dym-Dym celowo stawał się ceremonialny i staromodny.
Do domu szli, jak zawsze, razem — Swietka, Sajkin i Arsen. Szli ponurzy, bacznie wpatrując się we wszystkie szczeliny w asfalcie. W końcu Swietka nie wytrzymała:
— Nie wiem, jak reszta, ale ja po tym doświadczeniu czuję się jak idiotka.
Natychmiast zapewnili ją, że pozostali nie’ czują się lepiej, z tą jedynie różnicą, że oni widzą się w roli ostatnich durniów.
— Daję słowo, chłopcy — Swietka nie mogła się uspokoić — byłoby lepiej, gdyby maszyna całkowicie odmówiła odchodzenia w przeszłość, albo wróciła cała pokiereszowana, albo nie wróciła w ogóle.
— Hm — powiedzieli chłopcy.
— Wówczas byłoby oczywiste, że eksperyment diabli wzięli. Zaczęto by się zastanawiać, co robić dalej, i niewątpliwie coś by wymyślono. Łatwiej jest, jeżeli coś się zdecydowanie nie uda — bo punkt zerowy już jest punktem nowego startu.
— W emocjach Swietki zawarta jest pewna chłopska prawda — powoli skonstatował Sajkin. — Niewątpliwie wszystkie wielkie odkrycia przechodziły przez etap, kiedy odkrywcy najzupełniej szczerze pragnęli, żeby ich doświadczenie diabli wzięli, a model razem z panami eksperymentatorami rozwalił się w drobny mak.
— Pytanie tylko — wtrącił Arsen, który w tym dniu utracił całą swoją wrodzoną wesołość — z czym mamy do czynienia: z wielkim odkryciem, czy wprost przeciwnie, z wielkim zakryciem?
— No, no — Sajkin zwrócił się do niego całym ciałem — nawet myśleć ci tak nie wolno. Tak, znalazł się drugi Nie główny Teoretyk.
— Znalazł się — przyznał Arsen. — Bo mnie również nie zadowala taki stan rzeczy. Tyle lat pracowaliśmy jak szatany, i przecież nie dla honorów, nie dla pieniędzy, nie po to, żeby „tam ta-tam, ta-ta-ta-ta-tam-tam” i „program dla wszystkich radiostacji Związku Radzieckiego”, przecież mordowaliśmy się wyłącznie po to, żeby ta podła maszyna zadrżała, potem zniknęła i w tym samym momencie znowu się pojawiła, i oto zaczęła opadać — myją ją i szorują, luk otwiera się szeroko — nurkujemy do wnętrza, a tam już — same prezenty: i przyrządy, i aparaty fotograficzne, które nastrzelały po setce zdjęć całkowicie zrozumiałych, i nawet ta nasza Źuczka, i wszystko jest precyzyjne i zrozumiale, i każda rzecz zawiera w sobie realne odbicie poszukiwanej przeszłości…
— Na talerzyku z błękitną obwódką — podchwycił Sajkin. Jego żarty zawsze słynęły ze swojej pierwotnej prymitywności. — A na zdjęciach były trylobity, amonity i troglodyci. Nie, Dym-Dym miał rację: rzeczywiście dobrał sobie współpracowników…
— Nawiasem mówiąc — powiedział Arsen — czy zwróciłeś uwagę, jak on nas wypytywał? Czego się chciał od nas dowiedzieć?
— Bo co? — zdziwił się Sajkin. — Pytał jak zawsze. Mnie osobiście wydało się, że on sam też nie wie, co wyszło na tych zdjęciach.
— Nie tylko tobie się tak wydało — potwierdził Arsen — bo tak jest rzeczywiście. Dym-Dym nie należy do osób, które się bawią w ciuciubabkę z ludźmi, z którymi przepracowali bez mała sześć lat. Gdyby wiedział dokładnie, co to jest, sam by nam wszystko wyjaśnił. Ale on nas pytał. Po co? Żebyśmy, żółtodzioby w dziedzinie nauki, oświecili jego, doktora, naczelnika laboratorium TCP? Śmieszne. Sajkin wyjaśniający doktorowi Markełowowi znaczenie o-trzymanych zdjęć… Piękny obrazek.
— No więc w takim razie po co? — zapytała Swietka.
— Jego interesowało nie to, cośmy mówili, lecz to, w jaki sposób mówiliśmy. Wiecie, dlaczego on trzyma Podymachina, chociaż ten zawsze i wszędzie mu oponuje? Za przekonanie. No i od nas też chciał tego przekonania. Według wszelkiego prawdopodobieństwa sprawy związane z tym TCP są o wiele bardziej skomplikowane, niż podejrzewamy. Dym-Dym sam nawet nie wie, co jest co, za mało ma statystyki, faktów. Ale zrodziły się w nim pewne podejrzenia. Ciężko mu jest, chłopaki. Przecież tej maszynie poświęcił niemalże całe swoje świadome życie, i oto teraz, kiedy zamiast pierwszych radości — taki eksperyment, „tram-ta-ta-tam i wszystkie radiostacje” — stanęliśmy wobec ogromnego nagromadzenia zagadek, to zupełnie naturalne, że on się rozejrzał dokoła: kto z nas, żeby się tak wyrazić, pozostaje wiernym rycerzem maszyny, rycerzem bez skazy i lęku. A rycerze porozklejali się — fotografijki, punkciki, nie ma dinozaurów.
— Też znalazł sobie porównanie — warknął Sajkin — rycerze. Już Mark Twain pokazał, że rycerstwo to przeżytek. A jeżeli teoria jest lipna, kto udowodni, że jest niesłuszne jeżeli wszyscy pozostaną jej wiernymi rycerzami?
— Och, chłopcy — westchnęła Swietka — gdybym widziała, że w fizyce wszystko jest takie nieokreślone, poszło bym na wydział teatralny. A mnie z głupoty pociągnęło do nauk ścisłych. No i gdzież tu jest ta ścisłość? W teatrze chociaż po każdej premierze ludzie zbierają się, napiją się czegoś, cieszą się.